Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Przez łzy

sobota, 26 grudnia 2009 16:21


Chrystusie...
(Julian Tuwim)

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...

I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie...




komentarze (0) | dodaj komentarz

Bombki

wtorek, 22 grudnia 2009 18:39

Choinka ubrana!
W tym roku odstąpiliśmy od tradycyjnego dekorowania drzewka w wigilijny poranek. Zwyczaj ten jest dobry, kiedy ma się nieco starsze dzieci, którym można powierzyć to odpowiedzialne zadanie a samemu zabrać się za ostatnie porządki i sprawy kuchenne. 
Kiedy ma się małe dziecko, to choinkę ubiera się samemu przy okazji pilnując Smyka, żeby sobie nie zrobił krzywdy - w tym roku pasjonowały go potłuczone bombki,
Nawet jedną usiłował polizać. 
Mąż, tradycyjnie osadza choinkę w stojaku i zakłada światełka - na tym kończy się jego wkład w ubieranie choinki.
Żeby więc zaoszczędzić sobie stresu pod presją czasu, kiedy to do pierwszej gwiazdki coraz bliżej, a postępów w przygotowaniach świątecznych nie widać, choinka stanęła w całej krasie odpowiednio wcześniej.

Okazało się, że mamy tyle ozdób choinkowych, (mimo corocznej selekcji w wyniku bliskiego spotkania z drewnianą podłogą) że nie wszystkie się zmieściły, a tu jeszcze ja własnoręcznie kilka zrobiłam. 

Z szydełkowych śnieżynek prezentowanych tutaj zostało mi tylko kilka najbardziej koślawych - reszta rozeszła się po świecie. Na szczęście mam otrzymaną rok temu od Splocika złotą gwiazdkę. Jest kilka zeszłorocznych Mikołajków oraz haftowana świeczka
A do kompletu zrobiłam w tym roku kilka szydełkowych bombek.



Na zdj.: Szydełkowe bombki - wszystkie


Szydełkowe bombki to nazwa myląca, ponieważ sama bombka jest tradycyjna a jedynie została udekorowana szydełkowym ubrankiem.
Bombek, zrobiłam w sumie dziesięć. Dziewięć z nich jest w kolorze starego złota - kupiłam je rok temu na poświątecznej wyprzedaży, a ponieważ zbytnio mi się na te zakupy nie spieszyło, tylko w takim kolorze się ostały. W zestawieniu z białą nitką wyglądają dość ładnie.



Na zdj.: Po prawej - bombka Smyka


Jedna bombka, która bardzo przypadła do gustu Hultajstwu, jest w kolorze czerwonego wina i jest nieco mniejsza od pozostałych. Okazało się, że schemat, z którego skorzystałam był za mały na złote bombki, więc żeby oszczędzić sobie prucia, czego serdecznie nie znoszę, wołałam przekopać stryszek w poszukiwaniu odpowiednio mniejszej bombki. Udało mi się nawet nie spaść z drabiny.



Na zdj.: Siermiężna


Po pierwszej bombce poszło już gładko. Trochę sobie urozmaiciłam monotonię robienia ciągle tego samego małymi zmianami, więc nie wszystkie bombki są takie same. Niektóre są zrobione z grubszej połyskującej nitki - te wyglądają bardziej siermiężnie i nie podobają mi się aż tak bardzo, choć refleksy światła odbijającego się od tej specjalnej nitki dodają im uroku.



Na zdj.: Szydełkowa bombka - jedna z tych ładniejszych


Inne są z cieńszej nitki i te, takie misterne, choć wymagały większego wkładu pracy, są dużo ładniejsze.
Kilka bombek niebawem znajdzie się u nowych właścicieli, nie wszystkie znalazły się na naszej choince. 
Gdyby można je było wsadzić do koperty i wysłać pocztą, pewnie ostałaby się jedna lub dwie.



Na zdj.: Szydełkowa bombka - jedna z tych ładniejszych


Schematy dostałam rok temu od Joli - oczywiście nie mogłam znaleźć wydruków, ale na szczęście miałam je zachowane w poczcie elektronicznej, więc wydrukowałam je ponownie.



Na zdj.: Szydełkowe bombki - wszystkie


A przy okazji, bardzo świąteczna historia, która mi się ostatnio przytrafiła.
W czwartek wieczorem pechowo odłamał mi się kawałek zęba. 
Nie jadłam niczego twardego, nie usiłowałam łupać orzechów na świąteczne wypieki zębami - z niewiadomego powodu odpadł kawałek ósemki.
W piątek moja dentystka miała wolne, więc mogła mnie przyjąć dopiero wczoraj.

Sprawa okazała się nieco bardziej skomplikowana, ale po niemal półtorej godzinie w fotelu dentystycznym wszystko zostało ponaprawiane.

A świąteczna niespodzianka czekała na mnie przy płaceniu, kiedy to sekretarka oznajmiła, że pani Dentystka nie skasuje mnie za część usługi, a od reszty dała mi 15% upustu, co w sumie zaowocowało o 30% niższym rachunkiem. A ja nie mam ubezpieczenia stomatologicznego i wszystko muszę płacić z własnej kieszeni. 
Zrobiło mi się bardzo miło.



komentarze (6) | dodaj komentarz

Prezent od Smyka

poniedziałek, 21 grudnia 2009 18:10

W przedszkolu dzieci przygotowały prezenty świąteczne dla rodziców.
W piątek czekała na mnie paczuszka, i choć pani zaznaczyła, że nie wolno mi jej otworzyć do świąt, ciekawość zwyciężyła.
Na zewnątrz prezent wyglądał tak:



Na zdj.: Prezent świąteczny od Smyka


Na wierzchu kartka, ozdobiona własnoręcznie przez Smyka a pod spodem "coś" zapakowane w papier ozdobiony pieczątlkami z motywami zimowymi - także dzieło Smyka.

Kiedy otworzyłam kartkę, w środku zobaczyłam coś takiego:



Na zdj.: Wnętrze kartki świątecznej od Smyka


Żczyenia wesołych świąt podpisane imieniem mojego dziecka. 
Imię to, jak wyjaśniła pani w przedszkolu, zostało napisane przez Krzysia własnoręcznie. 
Każde dziecko dostało kartkę ze swoim imieniem i je odwzorowało.
Myślę, że jak na czerolatka nie wykazującego na co dzień żadnego zainteresowania pisaniem literek to całkiem spore osiągnięcie, zwłaszcza, że ma takie długie imię.

Została jeszcze część zasadnicza prezentu.



Na zdj.: Prezent świąteczny od Smyka

Po odpakowaniu okazało się, że są to: zawieszka na choinkę z piernika (nomen omen w kształcie motylka) oraz odbicie rączki Smyka.
Piernik zapakowany był dodatkowo w bibułkę ozdobioną na kolorowo - tak, też przez Smyka. Piernikowy motylek z odgryzionym kawałkiem jednego skrzydła wisi już na choince. Odbicie dłoni Hultajstwa wisi natomiast na ścianie.

Na choince zawiesiłam jeszcze jeden przedszkolny upominek od Smyka.
Przy okazji święta dziękczynienia dzieci na zajęciach w przedszkolu miały się zastanowić za co są wdzięczne, za co podziękują przy świątecznym obiedzie. Potem panie zapisywały to na specjalnych zawieszkach w kształcie liści o jesiennych barwach.

Dzieci dziękowały za różne rzeczy, głównie zabawki. 
A odpowiedź Smyka była: "my mom" (moja mama), i tak też pani zapisała. 



Na zdj.: Zawieszka "Dziękuję za mamę"


komentarze (6) | dodaj komentarz

Hafcik świąteczny

piątek, 18 grudnia 2009 17:55

Jeszcze jesienią kupiłam taki maleńki komplecik to wyszycia ozdoby choinkowej w kształcie gwiazdki a w środku świeczka. W kąplecie był wzór, kanwa, ramka i nici.
Jedno deszczowe niedzielne popołudnie spędzone w domu i przychylność chłopaków, którzy zajęli się sobą (tzn. mąż zajął się Smykiem) i powstała taka oto ozdoba choinkowa:



Na zdj.: Haftowana ozdoba choinkowa - świeczka


Wzorek bardzo mi się podoba, a że nici zostało, to miałam zamiar wyhaftować kilka takich kartek świątecznych. Niestety w tym roku zamiaru tego nie udało mi się zrealizować - może uda się w przyszłym roku.

Zdjęcie nie wyszło najlepiej - aparat ciągle łapał ostrość na świecącą ramkę zamiast na sam haft a ja nie wpadłam na pomysł zrobienia zdjęcia przed oprawieniem w ramkę.

Ozdoba wisi już na choince, którą zaczęliśmy ubierać w niedzielę, ale do dziaisj nie udało nam się jeszcze skończyć - ciągle coś wypada, a te grudniowe popołudnia są takie krótkie.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Beczka i sok z cytryny

czwartek, 17 grudnia 2009 18:34

 

W kuchni.

 

- Mamusia, gdzie jest bećka?

- Beczka? A na co Ci beczka?

- Bedziemy lobić siok z cytlyny!

 

Hultajstwo szukało wyciskarki do cytrusów, żeby wycisnąć sok z grapefruita - stosowane przeze mnie w czasie przeziębienia. 

Teraz wyciskarka jest u nas nazywana „beczką".

 

 

 

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wzruszenie

środa, 16 grudnia 2009 18:28

Ostatnio listonosz przynosi nam sporo przesyłek winnych niż zwykłe listy.
Większość z nich zawiera upominki dla Smyka, co jest szalenie miłe, tym bardziej, że prezenty te są niespodziewane.

Wczoraj listonosz dotarł do nas dość późno, było już ciemno, ale za to JAKI prezent nam przyniósł!

Pomimo adresu wydrukowanego na naklejce, dość szybko zorientowałam się, że to od mojego brata - formularz celny wypełnił własnoręcznie, więc bez sprawdzania nadawcy z tyłu koperty wiedziałam od kogo ta wielka szara koperta.

 A w środku - aż mi mowę odjęło, kiedy zobaczyłam. Polały się łzy wzruszenia.



Na zdj.: Ostatnia (zbiorcz) strona kalendarza


W środku był kalendarz, a każdy miesiąc ozdobiony zdjęciami: trochę Smykowych, kilka fotografii brata, kilka starych zdjęć, jak choćby to sprzed lat ponad trzydziestu przedstawiające mnie i brata na balu karnawałowym w przedszkolu:



Na zdj.: Ja z bratem w przedszkolu


Ależ mnie ten mój kochany brat zaskoczył! I nawet kartkę świąteczną dołączył - wypisaną własnoręcznie! Ci, którzy znają Kubę wiedzą, że do pisania kartek nie jest skory, woli zadzwonić, co z resztą czyni dość regularnie.

Boję się tylko, że od tego ciągłego przeglądania kalendarz "zużyje się" zanim zacznie się ten nowy rok...


komentarze (6) | dodaj komentarz

Wrotki

wtorek, 15 grudnia 2009 17:53

 

W grupie Smyka w przedszkolu jest 16 chłopców. 

I już wiemy ile mniej więcej przyjęć urodzinowych nam wypada statystycznie w miesiącu.

Grudzień jest dość bogaty pod tym względem - bawiliśmy się zarówno w minioną sobotę jak i w niedzielę. Zwłaszcza sobotnie przeżycia imprezowe były dość ciekawe.

 

Rodzice małego solenizanta wynajęli całą halę do jeżdżenia na wrotkach. 

Wstęp mieli tylko zaproszeni goście. Większość kolegów małego Izajasza miała wrotki na nogach pierwszy raz w życiu (wrotki zapewnione - nie trzeba było mieć własnych). W zwiąku z tym śmiechu było co niemiara. Pierwsze minuty wszystkie dzieciaki, ze Smykiem włącznie spędziły głównie na pupie. Dobrze, że poza samym parkietem reszta lokalu wyściełana jest wykładziną dywanową.

Rodzice nieźle się musieli nagimnastykować, żeby podtrzymywać pociechy na rozjeżdżających się nóżkach. Mnie jeszcze przez dwa dni bolały mięśnie jakbym worki z kartoflami nosiła, no ale Smyk swoje waży.

Przezornie, ja wrotek nie zakładałam - ktoś w tandemie mama-Smyk musiał stać twardo na ziemi.

Chociaż przyznam, że Smyk dość szybko wyczaił, że jak się złapie bandy, to może się przemieszczać sam, bez wsparcia rodzicielki.

Jazda na wrotkach Hultajstwu spodobała się, ale, jak z żalem stwierdził, nie umie na nich jeździć.

 

 

 

 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Płatki śniegu - raz jeszcze

poniedziałek, 14 grudnia 2009 20:52

Ponieważ śnieżynki spotkały się z bardzo miłym przyjęciem i kilka osób miałoby ochotę sobie takie zrobić, dzisiaj opis, jak je wykonać.

Opis powstał przy pomocy Splocika, która chaos moich notatek przetworzyła na możliwy do wykorzystania opis wykonania.
Niebawem i u Splocika pojawi się wpis na śnierzynkowy temat, choć nie będzie to kopia tego wpisu (wyprawa w przyszłość czyli link do wpisu Splocika KLIK).



Płatek śniegu  Nr 21



 

Okr. 1: Zrobić pętelkę, 2 o. łańc. zamiast słupka [3 o. łańc., 1 sł.] x5, 3 o. łańc., zamknąć oczkiem ścisłym w pierwszy słupek.

Okr. 2: Przejść oczkiem ścisłym na łańcuszek z 3 oczek w poprzednim okrążeniu. 2 o. łańc. (zamiast słupka), 1 sł., 7 o. łańc., 2 sł. Powtórzyć [2 sł., 7 o. łańc., 2 sł.] na każdym łańcuszku z 3 oczek poprzedniego okrążenia. Zamknąć oczkiem ścisłym.

Okr. 3: [(2 o. łańc., 1 sł.) x3, 5 o. łańc., (1 sł., 2 o. łańc.) x3, zakończyć oczkiem ścisłym w środek słupka poprzedniego rzędu] - powtarzać do końca okrążenia.





Płatek śniegu  Nr 20



 

Okr. 1: Zrobić pętelkę, jedno oczko łańcuszka. [1 półsłupek nawijany, 12 oczek łaścuszka, 1 półsłupek nawijany] x6.

Okr. 2: [3 półsłupki nawijane, (3 słupki, pikotka, 3 słupki, 3 oczka łańcuszka, pikotka 8 oczek łańcuszka, pikotka,  3 o. łańcuszka, 3 słupki, pikotka, 3 słupki, 3 półsłupki nawijane. Oczko ścisłe między pętelkami] x6.

 

Półsłupek nawijany ( podwójny) na początku robi się tak jak słupek, ale zamiast przeciągać nitkę dwa razy przez kolejne dwie pętelki na szydełku, przeciąga się nitkę jeden raz przez trzy pętelki, które są na szydełku (poprzednie oczko, narzucona nitka i pętelka przeciągnięta u podstawy, jak do słupka). To zdjęcie odpowiada poprawionemu opisowi.



komentarze (2) | dodaj komentarz

Płatki śniegu

piątek, 11 grudnia 2009 18:25

Wprawdzie u mnie nadal trzaskające mrozy, ale śniegu ani widu ani słychu. 
I raczej się to nie zmieni w najbliższym czasie, więc nie zostaje mi nic innego jak dopełnić zimową atmosferę substytutem białego puchu. Zamiast tandetnego plastiku - szlachetna bawełna, i płatki śniegu z niej wyczarowane.




Na zdj.: Szydełkowe płatki śniegu - różne


Kupiłam sobie latem książeczę "99 Snowflakes". Upały były nieziemskie a książka na przecenie. Czterdziestostopniowy skwar trochę jednak przeszkadzał - pociły mi się ręce, ale koniecznie musiałam spróbować co i jak mi wyjdzie.



Na zdj.: Płatek śniegu nr 20


Dość szybko okazało się, że nie daję sobie rady z opisami po angielsku, mimo istrukcji obrazkowej objaśnijącej szyfry z opisów, więc skończyło się na kombinowaniu, którego efektem jest ta śnieżna "zaspa" na pierwszym zdjęciu.



Na zdj.: Płatki śniegu nr 20


Chociaż miałam początkowo ochotę zrobić niemal wszystkie z proponowanych 99 płatków śniegu, upał mocno stopił mój zapał, i ograniczyłam się do zaledwie trzech, z czego dwa naprawdę mi się podobają: numery 20 i 21.



Na zdj.: Płatek śniegu nr 21


Zrobiłam je z różnych nici: cieńszych i grubszych, z błyszczącą nitką, i takich zwykłych. 
Kiedy już ich naprodukowałam stosik cały i wyprałam, musiały swoje odleżeć w oczekiwaniu na krochmalenie i napinanie - to czego strasznie nie lubię. Tym bardziej, że mimo, że kupiłam już kilka paczek szpilek, to ciągle mam ich za mało i napinanie zawsze odbywa się u mnie na raty.


Na zdj.: Płatki śniegu nr 21


Mimo, że moje pierwsze płatki śniegowe są nieco koślawe to i tak mi się bardzo podobają. Kilka osób dostanie  je ode mnie w prezencie, niektóre może już dostały? To zależy od poczty. Porwałam się nawet na szalony pomysł wykorzystania ich do zrobienia kartek świątecznych - połączenie szydełka i haftu:



Na zdj.: Kartka świąteczna


Powstała wersja bardzo limitowana: sztuk 2. Po nieudanych doświadczeniach  z wycinaniem otworów w kartoniku dałam sobie spokój. Poza tym pięknie wyprasowana kanwa pomaryszczyła się po przyszyciu śnieżynek i przyklejeniu brzegów kanwy, kiedy wsadziłam kartkę pod stosik książek, żeby przycisnąć klej. 
Pomysł był świetny, a wyszło tak sobie...



komentarze (8) | dodaj komentarz

Niecodzienna propozycja

czwartek, 10 grudnia 2009 17:53

 

Leżę ze zbolałą minął na kanapie, cierpiąc z powodu rewolucji w jelitach.

Podchodzi Smyk i pyta:

 

- Co sie śtało?

- Boli mnie brzuszek.

- Ja ci pomoge pucić bąka. - Proponuje Hultajstwo.

- Ty mi pomożesz puścić bąka? Jak?

- Źlobie sie taki malutki (pokazuje paluszkami jaki malutki) i wejde do twojego bziuśka  znajde bąka i go pucie!






komentarze (5) | dodaj komentarz

Tęczowa Jesień - konkurs rozstrzygnięty

środa, 09 grudnia 2009 17:55

Konkurs Tęczowa Jesień, ogłoszony przez Splocika tutaj, został rozstrzygnięty.
Stało się to już w niedzielę, i mam nadzieję, że Splocikowi nie zrobiło się przykro, że piszę o tym dopiero dzisiaj.

Konkurs nie należał do najłatwiejszych - może dlatego zgłosiły się tylko cztery osoby.
Myślę, że to pierwszy etap windował poprzeczkę dość wysoko. 
Polegał on na zaprojektowaniu niewielkiego obrazka (50x70 krzyżyków) o tematyce jesiennej.

Wymyślić coś oryginalnego, nie ściągając z istniejących wzorów nachalnie pchających się z wszystkich czasopism - to było wyzwanie! Zwłaszcza dla osoby takiej jak ja, która nie może pochwalić się zbyt wybujałą wyobraźnią.

Chodziłam i myślałam, i dopóki nie wymyśliłam, nie zgłaszałam się do konkursu.

Natchnienie przyszło, kiedy przeglądałam ze Smykiem album ze zdjęciami. 
Jedno ze zdjęć zrobiłam Bąblowi na placu zabaw jesienią dwa lata temu. W tle - piękne, jesienne drzewo.
Zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy jeszcze nie miałam aparatu cyfrowego, więc go nie pokażę.
Nie mam też żadnego programu do zamieniania zdjęć na schematy, więc w ruch poszedł ołówek i kredki.
Niestety zachowała się jedynie czarno-biała kopia oryginalnego rysunku. Oto i ona:



Na zdj.: Czarno -biała kopia oryginału projektu konkursowego 



Teraz trzeba było te moje wypociny zamienić na schemat. W arkuszu kalkulacyjnym zrobiłam sobie kratkę odpowiedniej wielkości i eksperymentowałam z drukowaniem rysunku na niej. Po kilku próbach, zmniejszaniu itp. udało się uzyskać zadawalający efekt, ale to jeszcze nie był koniec pracy.

Teraz przyszła kolej na kolorowanie krateczek. Dzielnie mi w tym pomagało Hultajstwo.

Na koniec zostało przeniesienie tego wszystkiego z papieru do arkusza kalkulacyjnego i dobranie kolorów.
Schemat wygląda następująco:




Na zdj.: Schemat konkursowy


Kolory wybrane - postanowiłam sprawdzić w praktyce co z tego wyjdzie haftując swój własny projekt.
Nie spodobało mi się, obrazek czeka na dokończenie a ja zmieniłam koncepcję kolorystyczną.

Wysłanie projektu, schematu i legendy kończyło pierwszy etap konkursu.

Mój projekt haftowała Ona i Ja:



Na zdj.: Obrazek Ona i Ja wg. mojego projektu 


W drugim etapie dostałam do wyhaftowania projekt Mięty, kaczuszkę, bez legendy. 
Sama musiałam dobrać kolory - na tym właśnie polegał ten etap.

To była niezła zabawa. Znowu w ruch poszły kredki.
Najpierw chciałam, żeby kaczuszka była biała, ale potem przejrzałam wszystkie posiadane schematy z kaczuszkami i tam te kaczuchy były żółte. Poza tym, pomyślałam, że biały kolor nie odcinałby się za bardzo od białego tła, a jakoś założyłam, że do takiej kanwy powstał projekt.
Kolory dobrałam tak:


Na zdj.: Obrazek konkursowy wyszyty wg. schematu Mięty


Samo wyszywanie to już była czysta przyjemność.

Po zastosowaniu skomplikowanych przeliczeń, okazało się, że całkiem nieźle trafiłam z kolorami, osiągając 42,9% trafień, wygrywając tym samym w kategorii zgodności legend. Hip hip huraaaaa!!!!

Podziękownia należą się Splocikowi za zorganizowanie tej wspaniałej zabawy, oraz za podjęcie się bardzo niewdzięcznej roli jurorki. No i te wszystkie przeliczenia, obliczenia, których musiała dokonać!

Poniżej podaję linki do blogów pozostałych uczestniczek: 


Wszystkie projekty i wyhaftowane obrazki można obejrzeć na blogu Splocika tutaj.



komentarze (3) | dodaj komentarz

"I'm not having a good day!"

wtorek, 08 grudnia 2009 19:59

Od kilku dni mamy w Eugene "arktyczne" mrozy. W nocy temperatura spada do -12 stopni Celcjusza a wczoraj w ciągu dnia było nie więcej niż -2. Tutaj to niemal kataklizm. Jeszcze jakby spadło tak ze 2 cm śniegu to pozamykaliby wszystkie szkoły i przedszkola. Ale na śnieg nie ma raczej szans - znad Kanady napływa mroźne, lecz suche powietrze, a błękitu nieba nie zakłóca nawet najmniejsza chmurka.

W związku z temperaturą, wyciągnęłam z szafy zimowy płaszcz oraz kozaki, kupione ponad rok temu i jeszcze nie używane.
Do płaszcza pasuje spódnica. 
Wystroiłam się, przyszłam do pracy, płaszcz ściągnęłam i... okazało się, że spódnica szczelnie opatula mi nogi. 
Grrr...

Kilka nieudanych eksperymentów z różnymi płynami dostępnymi w biurze i w końcu udana próba z płynem "Antistatic computer screen liquid" - zdaje się, że do czyszczenia monitorów.

Zmieniam kozaki na lżejsze obuwie. Noga mi się przekręciła. Nie, nie zwichnęłam jej, ale za to rozwalił mi się but, który właśnie wkładałam.
Chińskie dziadostwo!

Nie mogę się opędzić od natrętnie powracającej frazy z bajki o Fifi, kiedy to bodajże Primrose przypaliła zupę: "I'm not having a good day!"

Te drobiazgi tylko dołożyły się do frustracji, jakie przeżywam od rana.
Moja bliska koleżanka ma dzisiaj urodziny. Pamiętam o tym. Mam dla niej prezent. 

Ale jak mam do Niej zadzwonić z życzeniami wiedząc, że w piątek jej Tata spadł z dachu stodoły zabijając się na miejcu, no jak?

Zadzwoniłam. 

Od soboty rozmawiałyśmy już kilka razy, wszystkie te rozmowy przebiegają w podobnym nastroju. I ta była podobna. 
Gdzieś tam pomiędzy, mimochodem, przemyciłam informację, że pamiętam.
Serce mi pęka  kiedy słyszę tę rozpacz w Jej głosie...



komentarze (6) | dodaj komentarz

"Tylko" katar

poniedziałek, 07 grudnia 2009 20:23

 

Dopadło nas przeziębienine. 

Niby nic wielkiego, po prostu katar, który rozłożył na łopatki całą rodzinę. 

Najpierw poległ mąż. Kiedy już poczuł się nieco lepiej, dopadło mnie. Hultajstwo, póki co, miota się na granicy pomiędzy zdrowiem a chorobą.

Tak więc jesteśmy wszyscy szalenie pociągający, mocno podrażnieni i zmęczeni. W nocy z soboty na niedzielę Smyk fundował mi pobudkę co pół godziny. Aż sprawdzałam czy nie ma gorączki, ale nie, po prostu źle mu się oddychało przez zapchany nos.

 

Humor poprwiłam sobie wczoraj wieczorem wchodząc na blog Splocika i czytając o wygranej w konkursie Tęczowa Jesień. Poświęcę temu osobny wpis, zapewne jutro, a dzisiaj co bardziej niecierpliwi mogą sobie poczytać tutaj

 

.

komentarze (4) | dodaj komentarz

W zastępstwie odtwarzacza CD

piątek, 04 grudnia 2009 18:40

Zepsuł nam się odtwarzacz w samochodzie, został wymontowany i od tego czasu jeździmy z dziurą czekającą na nowy odtwarzacz.
Sytuacja trwa już od kilku miesięcy - tak na co dzień jakoś nie odczuwamy braku muzyki w czasie jazdy.

Ale ostatnio Smyk życzy sobie słuchać swoich piosenek w drodze do przedszkola. Wyjaśniam sytuację. Smyk kwituje to żądaniem:

- Ty śpiewaj!

No to śpiewam. 
Co tam pamiętam bladym świtem. 
Bite 20 minut popisów wokalnych.

Jednego dnia całą drogę śpiewaliśmy ABC (alfabet). 
Innego dnia Smyk zażyczył sobie, żeby mu zaśpiewać "tamalusie":

Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia, 
Tańcowała dokolusia, dokolusia.

Ostatnio wyczaił, że znam kilka innych piosenek, które śpiewają w przedszkolu (wydrukowałam sobie słowa nieopatrznie) i teraz męczy mnie o "pajdela" ("Incy Wincy Spider") i inne, których niestety nie znam. Ale poprosiłam panią w przedszkolu o listę tytułów to się podszkolę i dalej będę ćwiczyć przeponę podziwiając z wiaduktu wschód słońca.





komentarze (7) | dodaj komentarz

"Cie to!"

czwartek, 03 grudnia 2009 19:05

 

Ostatnio Smyk ma fazę na „Ja chcę!".

 

Co tylko zbaczy w telewizji, zaraz woła:

- Ja cie to mieć!

- Ja cie tam być!

- Ja cie to lobić!

 

Na szczęście zachcianki te są jedynie chwilowe i Smyk szybko o nich zapomina - wszak pojawiają się w ich miejsce nowe. Wystarczy tylko zapewnić dziecko, że jak tam będziemy to TO zrobimy, albo jak będziemy w pobliżu, to TAM wstąpimy, albo, że jak zobaczymy w sklepie to TO kupimy. Uspokojone tym zapewnieniem, dziecko wcale nie żąda natychmistowego spełnienia zachcianki.

 

A jak to wygląda w sklepie, w dziale z zabawkami? 

Oczywiście Smyk chce niemal każdą rzecz, ale wystarczy, że dostanieją do łapki na kilka minut, poprzyciska co się da, dokładnie obejrzy i ma dosyć, zabawkę odkładamy na półkę. Taka wyprawa do sklepu trochę trwa, ale zazwyczaj wychodzimy jedynie z zabawkami kupionymi na prezent dla innych dzieci. Hultajswu wystarczy, że się wybawił, zakup nie jest mu potrzebny do szczęścia.

 

 

 

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kittiwake zielona

środa, 02 grudnia 2009 17:32

Zrobiłam sobie czapkę.
Już jakiś czas temu, ale do soboty nie miałam za bardzo okazji w niej chodzić. 
Prawdę powiedziawszy to w sobotę za długo czapka nie grzała mi głowy, bo na sankach było za ciepło, żeby chodzić w czapce.



Na zdj.: Zielona Kittiwake na właścicielce


Wzór czapki to Kittiwake z "Aran Knitting" Alice Starmore.
Zrobiona jest z włóczki Premiere Yarns Serenity (55% nylon, 45% akryl) - 330 m/100 gr. 
Zużyłam nieco ponad połowę motka, czyli jakieś 188 m. 
Zalecane druty to 3.25 - 3.75 mm, ale ja robiłam na okrągło na drutach 2.5 mm, bo przecież czapka ma być ciepła, a ja robię dość luźno.



Na zdj.: Zbliżenie motywu


Szalenie spodobał mi się kolor tej włóczki, a przy okazji jest taka mięciutka i milutka - dokupiłam dwa motki i zrobię sweterek dla Smyka. Akurat ostatnio odłożyłam kilka rzeczy, z których wyrósł i zrobiło się miejsce w szafce. Mam nadzieję, że włóczki wystarczy bo kupiłam dwa ostatnie motki, i choć sprawdzam w miarę regularnie, to od tego czasu już jej w sklepie nie było.



Na zdj.: Kittiwake - widok z tyłu


Po zrobieniu jej odczuwałam taki niedosyt, że zrobiłam drugą taką, tylko niebieską, dla koleżanki na urodziny - jej też się bardzo spodobała i bardzo ucieszyła ją moja propozycja prezentowa. Niebieska Kittiwake jest już gotowa, czeka tylko na dzień urodzin koleżanki, więc pokażę ją dopiero za jakiś czas.



Na zdj.: Zielona Kittiwake na trawce



komentarze (4) | dodaj komentarz

Santiam Snow Park

wtorek, 01 grudnia 2009 17:36

W piątek, w wiadomościach podano, że jeden z ośrodków narciarskich właśnie otworzył swoje stoki dla wielbicieli białego szaleństwa.
W związku z tym, w sobotę wybraliśmy się na śnieżne szaleństwo do Santiam Snow Park, położonego obok tegoż ośrodka narciarskiego miejsca, gdzie można pozjeżdżać na sankach z górki, ulepić bałwana i wyszaleć się na śniegu nie posiadając nart.



Na zdj.: Santiam Snow Park


Górka (na zdjęciu powyżej), specjalnie przystosowana do zjeżdżania na saneczkach, niewielka, o odpowiednim nachyleniu, oddzielona wałem śnieżnym od parkingu. 
Idealne miejsce dla dzieci i przez rodziny z dzieciakami głównie odwiedzane.

Pogodę mieliśmy wymarzoną: kilka stopni na plusie, bezchmurne niebo a do tego metr śniegu pod stopami.
Wdrapaliśmy się na górkę, zjechaliśmy na dół i wróciliśmy do samochodu, żeby pozbyć się kilku warst odzieży. Spokojnie można było biegać w samych swetrach, chodziaż my zosostawiliśmy sobie wiatrówki, rękawiczki i nieprzemakalne spodnie na śnieg.



Na zdj.: Smykowe rysowanie na śniegu


Smyk nie był zbytnio zainteresowany saneczkami, udało mi się go namówić na zaledwie parę zjazdów i to na kilkumetrowym kawałku - dużą górkę "zaliczył" raz z mamą i raz z tatą. Za to wyszalał się na śniegu: stoczyliśmy bitwę na śnieżne kule, zrobiliśmy kilka orłów w śniegu, ulepiliśmy bałwana, rysowaliśmy na śniegu a na koniec tata pomógł Smykowi wygrzebać norkę w śniegu - bardzo przydała się szufla do śniegu, którą zabieramy zimą na wyjazdy w góry.



Na zdj.: Smyk w śniegowej norce


Kiedy ja bawiłam się ze Smykiem, mąż wybrał się na krótki spacer po okolicy. 
Wrócił po 20 minutach zlany potem - wchodzenie po śniegu pod górę jest wszak dość męczące.
Teraz z kolei ja poszłam pooglądać sobie okolicę. W połowie górki musiałam przysiąść na zwalonym pniu i odsapnąć, bo serce chciało mi gardłem wyskoczyć. 
Posiedziałam i pogapiłam się na Mt. Washington:




Na zdj.: Mt. Washington


Odsapnęłam i poszłam jeszcze kawałek dalej, tylko tyle, żeby zrobić kilka ładnych zdjęć:



Na zdj.: Zimowy spacer


Kilka lat temu okolice te spustoszył pożar, kikuty nadpalonych drzew straszą do teraz, chociaż widać już młode drzewka pnące się do góry. Niestety, wiele czasu minie zanim w pełni zastąpią te zniszczone przez pożar.



Na zdj.: Spalony pożarem las


Spacer ten wykończył mnie, czułam jak trzęsą mi się nogi ze zmęczenia. 
Wyszło na to, że straszne z nas cieniarze - kilka minut na śniegu i padamy jak muchy! 
Najszybciej padł Smyk. W drodze powrotnej leżał sobie oglądając książeczkę i zasnął w trakcie przewracania stronicy:



Na zdj.: Smyk śpiący w samochodzie


W domu, po obiadku zmogło męża, a kiedy wstał po drzemce, zmogło i mnie. 
I chociaż jeczcze następnego dnia byliśmy nieco zmęczeni, to i tak bardzo nam się ten wypad w góry podobał i planujemy kolejne - chociaż zgodnie z czarnymi prognozami męża teraz to już ilekroć pojedziemy na sanki to będzie padał śnieg, albo i deszcz...

A tutaj jeszcze króciutki filmik ze zdjęciami z sobotniego wyjazdu na śnieg.



komentarze (3) | dodaj komentarz

Ogrodowi twardziele

poniedziałek, 30 listopada 2009 19:31

 

Tak mi jakoś schodziło, cały czas inne tematy okazywały się ważniejsze i zapomniałam pokazać zdjęcia moich „ogrodowych twardzieli".

Zdjęcia poniżej zostały zrobione miesiąc temu. Różnica na dzisiaj jest taka, że jedynie cynie już zmarniały, reszta ma się dobrze i kwitnie na całego, podniszczona jedynie ciągłymi deszczami i wichurami.

 

 

 

Wczoraj po obiedzie udało mi się wyjść do ogródka i trochę posprzątać.

Z żalem serca poprzycinałam jeszcze kwitnące róże, powyrywałam aksamitki i nasturcje.

 

 

 

 

Przycinając rozchodnika zauważyłam, że ma już zaczątki nowych pędów, a przecież to koniec listopada, do wiosny jeszcze daleko!

 

 

 

Dodatkowo zaczynają kwitnąć te roślinki, które kwiaty wypuszczają późną jesienią lub zimą: helloborus i sarcoccoca mają już pąki!

Kiedy przyjrzałam się lepiej bzom i forsycji, to albo mam omamy wzrokowe, albo dojrzałam pąki. Rododentdron też ma kilka kwiatów. Co się dzieje?

 

 

Kilka gałązek forsycji ścięłam i wstawiłam do wazonu - powinny zakwitnąć.

 

 

Pięknie kwitną pelargonie, ale to są prawdziwi twardziele. Przy drzwiach wejściowych mam teraz powieszony wieniec adwentowy a po obu stronach stoją i puszą się swoją różowością pelargonie. Dla mnie to bombowe zestawienie!

 

 

Zdjęć wczoraj żadnych nie zrobiłam, bo chciałam jak najwięcej zrobić w ogródku i ani się obejrzałam, jak zaczęło się ściemniać.

 

 

Przy okazji posadziłam tę część tulilpanów, których nie zdążyłam posadzić we wrześniu - zaczęły już puszczać pędy - nieźle... Ale u nas  można je sadzić nawet w kwietniu - wiem, bo sąsiad tak zrobił w zeszłym roku. Zakwitły mu w czerwcu.

 

 

Kiedy ja sprzątałam, Hultajstwo usiłował wleźć na drzewo i spadł. Na szczęście z niewielkiej wysokości i tylko się przestraszył i pobrudził. Musiałam go wsadzić na drzewo a potem, jak tylko nieco się oddaliłam, wołał za mną:

- Ty mnie pilnuj mamoooo!

 

 

 

 

Potem dorwał konewkę i zabrał się za podlewanie. Nie szkodzi, że od miesiąca głównie leje, więc wody na rabatkach jest więcej niż trzeba. Siebie przy okazji też nieźle podlał, więc trzeba było dziecko przebrać, ale za to jaką miał wspaniałą zabawę!

 

 

 

 

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nieznośny

piątek, 27 listopada 2009 17:29

 

Hultajstwo był ostatnio nieznośny. 

Niegrzeczny, momentani wręcz złośliwy. 

 

Nie wiem czy to taki okres, testowanie, jak daleko można się posunąć, czy to wpływ nękającego go ponownie uczulenia pokarmowego. Znowu ma całe nóżki obsypane wysypką. Był czas, że już alergia na gluten nie dawału mu się tak we znaki. Póki je niewiele mącznych rzeczy to nie jest źle. Chyba muszę mu w domu wykluczyć z menu wszystko co zawiera mąkę, bo w przedszkolu i tak coś tam zje z glutenem.

 

Wracając do złego zachowania.

Na porządku dziennym jest marudzenie przy obiedzie, które kończy się że karmieniem Smyka jakby miał nadał 1.5 roku. Wyczynia cuda na krześle, włazi pod stół, biega po kuchni. Mąż dostaje białej gorączki i ostatnio każdy obiad kończy się awanturą.

Kilka dni temu Smyk tak nawyczyniał, że jego kapeć wylądował na talerzu taty. Cudem jakimś mąż zareagował nad podziw spokojnie, wyrzucając niedojedzony obiad do kosza i wychodząc z kuchni.

Ja palnęłam dziecku kazanie, w wyniku którego przez pół godziny był idealnie grzeczny, potem nieco różki mu wylazły, ale ogólnie od tego dnia jest nieco lepiej. Wczoraj, mimo, że nie był w przedszkolu (święto dziękczynienia), cały dzień ładnie się zachowywał: i w sklepie ze mną, i w domu, i na obiedzie świątecznym u znajomych.

 

A może w ten sposób dziecko odreagowuje dłuższy pobyt w przedszkolu, gdzie zachowuje się wręcz idealnie - panie nie mogą się go nachwalić...

 

A może to wirusy czy bakterie? Smyk jeszcze nie do końca wyzdrowiał, męczy go katar, a te dwa dni, które razem spędziliśmy w domu, kiedy miał gorączkę były koszmarne z punku widzenia jego zachowania, ale to można wytłumaczyć chorobą.

 

A może to dlatego, że pogoda nie pozwala na zabawę na zewnątrz i dziecko nie ma gdzie dać ujść nadmiarowi energii?

 

A może jego zachowanie to porażka wychowawcza rodziców?

I tu pojawiają się tradycyjne pytania: co robię źle? Czy poświęcam Smykowi za mało czasu?

 

komentarze (9) | dodaj komentarz

Cała prawda o kobietach

środa, 25 listopada 2009 19:02

Ostatnio dostałam mailem - zapewne krąży już od jakiegoś czasu po sieci, ale może jeszcze ktoś z Was nie czytał. No to śmiejcie się, bo to samo zdrowie!


:-]                    :-]                    :-]                     :-]                    :-]


Kobieca definicja słowa "już" zawsze zawiera zwrot "jeszcze tylko...".


Kobiety nie można zmienić. tzn. można zmienić kobietę, ale to niczego  nie zmienia.


Jeśli laska ma króciutką spódniczkę, to facetowi powiewa czy jej  torebka pasuje do butów.


Ziewając mężczyzna pokazuje swoje złe wychowanie, kobieta swoje  możliwości.


Kobietę znacznie łatwiej rozebrać wbrew jej woli, niż ubrać zgodnie z  jej życzeniem.


Niekiedy kobieta traktuje faceta jak budzik - najpierw go nakręci, ale  skończyć nie da.


Uszczęśliwić kobietę można bardzo szybko, tylko jest to bardzo  kosztowne.


Jeśli zaprosiłeś dziewczynę do tańca, a ona się zgodziła, to się tak nie ciesz - najpierw będziesz jednak musiał z nią zatańczyć.


Kobieta, która przynosi rankiem piwko na kaca jest nie tylko mądra,  ale i piękna!


Biust - ozdoba czy ciężar? gdyby ozdoba - kobiety nosiłyby go na  wierzchu, gdyby ciężar - na plecach.


Kobiety mają dwa rodzaje pretensji: nie mają co na siebie włożyć i  mają za mało miejsca w szafie.


Gdy mężczyźnie źle - szuka żony, gdy mężczyźnie dobrze - żona jego szuka.


Jeżeli spotkałeś kobietę swoich marzeń, to o pozostałych marzeniach możesz śmiało zapomnieć.


Jaka jest różnica między mężczyzną a kobietą? 
Kobieta wymaga wszystkiego od jednego mężczyzny, a mężczyzna wymaga jednego od wszystkich kobiet.


komentarze (6) | dodaj komentarz

Harlequin Bootees

wtorek, 24 listopada 2009 18:22

Dawno nie było u mnie żadnych bucików dla niemowlaczków, prawda?

Trzeba to niedopatrzenie nadrobić!

Harlequin Bootees (wzór z "50 Baby Bootees to Knit" Zoe Mellor) zrobiłam latem - był to projekt "parkowy", tzn. Smyk szalał w parku a ja dziergałam.
Włóczka to bawełna, pozostałość po sweterku, jaki zrobiłam Smykowi trzy lata temu. Można go zobyczyć tutaj.



Na zdj.: Harlequin Bootees


Buciki zostały zrobione dla Elizy i Mikołaja, dzeciaczków mojej kuzynki, dla których wyhaftowałam też metryczki z misiami (prezentowane kilka dni temu.)



Na zdj.: Harlequin Bootees


Buciki różnią się nieznacznie dwoma szczegółami - wszak są przeznaczone dla bliźniaków, a one z założenia są bardzo podobne (choć może niekoniecznie chłopczyk i dziewczynka). Kto znajdzie różnice?

Początkowo kusiło mnie, żeby w miejsce pomponów przyszyć dzwoneczki, ale zrezygnowałam z tego pomysłu z dwóch powodów. Po pierwsze nie wiem jakby to nieustanne dzwonienie znieśli rodzice maluszków. Po drugie nie byłam pewna czy poczta przepuszcza przesyłki międzynarodowe przez wykrywacz metalu czy nie, a nie chciałam, żeby paczuszka była otwierana.


komentarze (8) | dodaj komentarz

37-41/2009

poniedziałek, 23 listopada 2009 17:55

 

Ostatnio przeczytane:

Przyczynki (Kazimierz Wójtowicz)

Przyczynek nr 105: O czterech ludziach

 

"Było sobie czterech ludzi, którzy się zwali: KAŻDY, KTOŚ, KTOKOLWIEK i NIKT. Mieli do wykonania bardzo ważne zadanie i KAŻDY był pewien, że KTOŚ się do niego na pewno zabierze. Mógł to wprawdzie zrobić KTOKOLWIEK, ale nie zrobił tego też NIKT. Wtedy KTOŚ wpadł w gniew, gdyż było to zadanie dla KAŻDEGO. KAŻDY zaś myślał, że wykona je może KTOŚ, a w dodatku NIKT nie wiedział, że owego dzieła nie wykonał KTOKOLWIEK. Na koniec KAŻDY oskarżał KOGOKOLWIEK, podczas gdy NIKT nie zrobił tego, czego dokonać mógł KAŻDY."

 


Pogromca Zwierząt (J. F. Cooper)

 

James Fenimore Cooper (1789-1851) był pisarzem wszechstronnym. Pisał romanse i powieści szpiegowskie, ale sławę przyniosła mu romantyczna panorama amerykańskiego osadnictwa - Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka, który jest do dziś klasycznym wzorem przygodowej powieści indiańskiej. Natty Bumppo, zwany Sokolim Okiem, syn białych pionierów i wychowanek Indian, to człowiek odważny, kierujący się szlachetnymi zasadami. W Pogromcy Zwierząt przeżywa swoje pierwsze prawdziwie męskie potyczki z życiem.

 

 


Madame (Antoni Libera)


Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu, a także rozrachunek z epoką Peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.

 

 


Rozmowy nad Curlow Creek (David Malouf)


Niebywale sugestywna i dramatyczna powieść ukazująca rozdźwięk między przeznaczeniem a sprawiedliwością, obowiązkiem a współczuciem. Jest rok 1827. W małej chacie w odległych rejonach Australii dwóch Irlandczyków spędza noc na rozmowie. Pierwszy z nich jest skazańcem, który ma być powieszony o świcie. Drugi - to żołnierz odpowiedzialny za wykonanie wyroku. W miarę poznawania swojej przeszłości odkrywają, że ich losy są ściśle ze sobą związane, przekonując się zarazem, że wobec nieuniknionego wszyscy stają równie bezradni i samotni.



  

 


Grek Zorba (Nikos Kazantzakis)

 

Książka opisuje losy znajomości młodego człowieka, który wydzierżawia kopalnię na Krecie i spotkanego przypadkiem w jednej z kantyn greckiego portu Pireus, niemłodego już człowieka o bujnej przeszłości. Alexy Zorba zostaje zatrudniony przez młodego człowieka jako nadzorca jego kopalni i razem wyruszają na Kretę. W ten sposób rozpoczyna się wielka przygoda obojga ludzi, a kolejne rozdziały książki ukazują nam cechy bałkańskiej mentalności, niezatapialnego optymizmu i radości życia. Książka przedstawia kulturę i zachowanie mieszkańców Bałkanów, których prezentuje jako ludzi impulsywnych, ale również ciepłych, kochających muzykę, taniec, śpiew, dobrą zabawę, piękno natury, radość życia, dobrą kuchnię i miłość. Grecja na stronach książki jest przedstawiona jako cudowna, ciepła i słoneczna kraina. W powieści często pojawiają się bałkańskie przysłowia i mądrości ludowe, które Zorba przytacza niemal w każdej sytuacji. Jego filozofię życiową można sprowadzić do hasła: "Ciesz się z każdej chwili, bo życie jest tylko jedno".

 

 

 

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Fłonećko

niedziela, 22 listopada 2009 9:49


Podczas zabawy, czytania, oglądania bajki, często nazywam Smyka rybką, kotkiem, serduszkiem, misiem - przeważnie imię to jest jakoś powiązane z tym co akurat robimy, np. jeśli oglądamy bajkę o Kreciku, to zwracam się do Smyka np. "Mój ty Kreciku."
Za każdym, każdym, razem Hultajstwo protestuje:

- Nie jeciem klecik/ziabka/kotek tylko jeciem fłonećko! 

Stawia się nawet wtedy, kiedy nazywam go słonkiem. Jest moim słoneczkiem, i już!



komentarze (2) | dodaj komentarz

Misie

piątek, 20 listopada 2009 0:09

W maju natkęłam się na blogu Goreti na takie schematy i zdjęcia przepięknych metryczek z misiami:



Na zdj.: Zdjęcie obrazków ze strony Goreti.


Oglądałam je i oglądałam bez końca i marzyło mi się je wyhaftować.
I co?
I jakieś dwa tygodnie później dowiaduję się, że moja kuzynka niebawem zostanie mamą bliźniąt właśnie.
Chłopczyka i dziewczynki!

Nie mogłam sobie poradzić ze ściągnięciem schematów z blogu, zostawiłam więc wiadomość Autorce z prośbą o kontak mailowy. Odpowiedź, ze schematami, dostałam błyskawicznie i zabrałam się za wyszywanie. 

Do rozwiązania było wprawdzie jeszcze sporo czasu, ale wyhaftowanie dwóch metryczek jednak zajmuje trochę czasu. Trochę się bałam, że okaże się w końcu, że będą dwie dziewczynki albo dwóch chłopców, ale dzieciaczki okazały się bardzo grzeczne i nie zmieniły płci - wiadomo jak to bywa z tym USG: niby wykazuje, że ma być Pawełek, a potem wyskakuje Julia.

Metryczki dotarły do Maluszków już jakiś czas temu, i do tego spodobały się rodzicom, więc spokojnie mogę zaprezentować zdjęcia.



Na zdj.: Haftowana metryczka dla Mikołaja.



Na zdj.: Haftowana metryczka dla Elizy.



Na zdj.: Oba obrazki.


Goreti - bardzo Ci dziękuję za pomoc!
Goreti - muchas gracias por su ayuda!


A tych, którzy rozczarowani są brakiem bucików czym prędzej uspakajam: butki też zrobiłam - pokażę następnym razem.

komentarze (9) | dodaj komentarz

Podziękowanie

czwartek, 19 listopada 2009 18:15

Dziękuję wszystkim za życzenia urodzinowe dla Smyka, a także za życzenia powrotu do zdrowia, które właśnie się spełniły.
Hultajstwo już zdrowe rozrabia w przedszkolu.

Przez trzy dni miał gorączkę w porywach do 39 stopni i nic więcej. 
Tylko gorączkę, żadnego kaszlu, kataru, biegunki, wysypki.

Gorączka nie pozwalała mu spać, więc i ja sypiałam w nocy po pięć godzin. 
Od 5 rano byliśmy już na nogach. Dosłownie, bo gorączka nie pozbawiła Smyka energii i brykał na całego, tyle, że był marudny i ciągle się na mnie o coś obrażał.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy temperatura zaczęła spadać. 
Zeszłej nocy spaliśmy dobrze a dzisiaj odpoczywamy nieco od siebie.
Wprawdzie Hultajstwo nie był zachwycony perspektywą pójścia do przedszkola, ale "trudno-darmo" jak mawiała moja ś.p. babcia. Mama też musi zadbać o swoje zdrowie ... psychiczne.







komentarze (1) | dodaj komentarz

Smyk ma 4 lata

wtorek, 17 listopada 2009 5:39


Dzisiaj Smyk kończy cztery lata.
W tym roku obchodziliśmy ten dzień po amerykańsku, czyli zaprosiliśmy gości do pizzerii.

Wybraliśmy miejsce uwielbiane przez Solenizanta, nie ze względu na pizzę, której Smyk nie jada, ale na wewnętrzny plac zabaw, na którym potrafi szaleć do upadłego.

Na przyjęcie przyszedł oczywiście najlepszy kumpel z przedszkola, T.J. i chłopaki dali z siebie wszystko w suchym basenie.





O godzinie piątej wszyscy goście mali i duzi zostali ponownie zagnani do stołu, i tak mniej więcej o 17.05 (czyli o godzinie, o której Hultajstwo przyszło na świat) zaśpiewaliśmy wszyscy Happy Birthday i Smyk zdmuchnął świeczki.





Tort z Ironmanem - to spełnienie marzenia Solenizanta. 
Zlizał ze swojego kawałka całą masę, a resztę zostawił.

Jeszcze tylko szybkie otwarcie prezentów i powrót na plac zabaw.



Wieczorem ledwie zdążyłam wykąpać Smyka - zasnął, zanim dotarł do łóżka, przytulony do tatusia w fotelu...


*          *          *

 

Smyk jednak chory - to nie nadmiar emocjii, niestety.
Dzien urodzin spedzamy w domu.

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Grypa czy nadmiar wrażeń?

poniedziałek, 16 listopada 2009 17:56

Weekend mieliśmy pełen emocji - dwie imprezy urodzinowe (dziecięce), w sobotę i w niedzielę.

Dziś w nocy Smyk obudził mnie około trzeciej nad ranem - miał gorączkę. 
Nie wiem czy to nadmiar emocji (wcześniej przez sen na zmianę płakał i śmiał się), czy to grypa, na którą zapadają po kolei wszyscy nasi znajomi - to się wyjaśni już wkrótce.

W nocy jednak chciałam sprawdzić czy poza gorączką coś jeszcze dziecku dolega, więc pytam:

- Czy coś Cię boli synku?
- Tak, klengosuw. 
- ??? Kręgosłup????
- Tak. - Z niezmąconym spokojem potwierdziło Hultajstwo.

Rano gorączki już nie było. Smyk z apetytem zjadł śniadanie a  w samochodzie "robił miny", między innymi "kaczy dzób", więc się nieźle uśmialiśmy oboje.
A co będzie dalej - zobaczymy.



komentarze (1) | dodaj komentarz

Implant

piątek, 13 listopada 2009 20:57

Tydzień temu wstawiono mi w miejsce wyrwanego rok temu zęba implant.

Na godzinę przed planowaną wizytą połknęłam otrzymaną wcześniej od dentysty tabletkę walium, więc kiedy mąż dowiózł mnie do gabinetu, było mi już wszystko jedno.

Potem popodłączano mnie do różnorakiej aparatury monitorującej co trzeba, wstrzyknięto w żyłę odpowiedni środek, a kiedy odzyskałam przytomność, było już po wszystkim. Nad moim bezpiecznym "snem" czuwały aż trzy pielęgniarki!

Pamiętam natomiast doskonale instrukcje, jakie otrzymał od dentysty mąż (w mojej obecności), że ma mi być tego dnia "pelęgniarką i rodzicem", nie pozwolić mi nic robić poza leżeniem na kanapie i otoczyć wszelką możliwą opieką.

Mąż bardzo się tym przejął, więc resztę dnia przeleniuchowałam. 
Obejrzałam film, a kiedy literki przestały mi się rozmazywać przed oczami, czytałam, czytałam i czytałam.

Niestety przez kilka dni chodziłam lekko opuchnięta i nieco obolała, ale dzisiaj już nic mi nie dolega. We wtorek idę do kontroli i na ściągnięcie szwów, a po upływie 120 dni będę mogła założyć koronkę.

Poniżej, dzielę się z Wami rysunkiem, który wykonał przy mnie odręcznie dentysta, wyjaśniając procedurę wstawiania implantu.

Kiedy zaczął tak równiutko rysować te wszystkie ząbki, poczynając od tego z numerem 20, to mi opadła szczena z podziwu  dla jego zdolności plastycznych i nie mogłam się skoncentrować na treści przekazu. Prawda, że rysunek wygląda jak rycina z książki?




komentarze (5) | dodaj komentarz

Łapki

czwartek, 12 listopada 2009 19:29

Smyk w końcu załapał na czym polega zabawa w łapki.
Usiłowałam Go nauczyć już wcześniej, ale widać był jeszcze za mały.
Wczoraj natomiast - pełen sukces!

Hultajstwu zabawa tak się spodobała, że przegraliśmy całe popołudnie, a dzisiaj zarówno mama jak i tata mają obolałe dłonie, bo graliśmy ze Smykiem na zmianę, dość często dając mu jednak fory symulując spóźniony refleks.

Do tego dochodzi jeszcze ból mięśni od nieustannego śmiechu przez cały czas zabawy, ale to akurat jest dobre dla zdrowia.





komentarze (0) | dodaj komentarz

Serce

środa, 11 listopada 2009 18:47

Vivi, wracaj szybko do zdrowia!





Posyłam Ci ciepłe myśli - niech Cię wspierają.


Serduszko wykonane przez Ewę - fotkę pożyczyłam sobie z Jej blogu.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Kogucik i kurka

wtorek, 10 listopada 2009 17:39

Jakiś czas temu kupiłam sobie książeczkę z różnymi wzorami do haftu krzyżykowego "Quick as a wink".
Przeglądałam ją już wielokrotnie - tyle tam pięknych schematów!
Niektóre z nich to dość spore projekty, inne to wpadające w oko drobiazgi.

Dzisiaj chcę Wam pokazać takie  właśnie maleństwo.



Na zdj.: Saszetka na baterie - strona z kogucikiem.


Schemat kogucika i kurki w zamyśle autorki zdobi ręczniczek do rąk. 
Ja wykorzystałam go do ozdobienia maleńkiej saszetki, wykonanej z resztki kanwy pozostałej po innych pracach.
Z jednej strony puszy się kogucik, z drugiej, kwoka pilnuje piskląt.



Na zdj.: Saszetka na baterie - strona z kurką.


Pierwotnie miała to być saszetka na ziółka, głównie miętę, której nie lubią zaglądające do nas od czasu do czasu mrówki.
Saszetka jest jednak zdecydowanie za mała do tego celu, za to idealnie mieszczą się do niej... baterie.

Na każdej wycieczce mam kłopot z bateriami. W kieszonkach plecaka mieszają się zapasowe i te już wyczerpane, "chowają się" pod resztą zawartości, jednym słowem, zawsze mnie irytuje ta sytuacja. Teraz mam saszetkę na baterie te naładowane, a już niebawem będzie też osobna saszetka na baterie wyczerpane (już jest wyhaftowana, tylko czeka na zszycie i wykończenie).

Na zdjęciach, saszetka pozuje jeszcze wypchana ziółkami.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Protest

poniedziałek, 09 listopada 2009 20:03

Tydzień temu Smyk dostał nowy fotelik samochodowy. To już w zasadzie nie fotelik, tylko podkładka pod pupę, ostatni etap przed dorosłym podróżowaniem bez fotelika.

Taki ładny, czysty, nie oblany żadnym jogurtem, soczkiem czy też czymś innym...

Fotelik został z miejsca oprotestowany i strajk trwał cały tydzień.

Dlaczego?

Bo się w nim nie da "dziemnąć"!

Bo nie ma tych osłonek z boku, na których dziecko mogło sobie oprzeć główkę i zasnąć! 
A teraz trzeba używać mięśni i trzymać głowę prosto!

Ale jak się jest bardzo zmęczonym, to i w nowym foteliku da się zasnąć, tylko wtedy rodzice muszą podłożyć coś pod głowę, a w zasadzie między głowę i drzwi samochodu. 
Przetestowane wczoraj...






komentarze (4) | dodaj komentarz

Przejaśnienia

czwartek, 05 listopada 2009 21:06

Pada często, jak to jesienią, ale zdarzają się przejaśnienia.

Każdą słoneczną chwilę skrzętnie wykorzystujemy bądź jadąc do parku albo na plac zabaw, albo po prostu wychodząc do ogródka.



Na zdj.: Stół i krzesła na tarasie, pokryte liściami.


A w ogródku czeka na nas grabienie liści.
Lecą one nieprzerwanie z naszego dębu. 



Na zdj.: Nasz dąb w jesiennej krasie.


Jeszcze są w pięknych, żywych barwach, ale już niedługo zimno i plucha zrobią swoje i zostaną tylko nijakie odcienie szarości.

Grabimy, grabimy, a końca tej pracy nie widać. Póki co, jeszcze nam to sprawia przyjemność.



Na zdj.: Trawnik zasłany suchymi liściami.


Większość liści idzie na kompostownik, z części jednak robimy wielką stertę, w którą wskakuje Hultajstwo, zagrzebuje się, wyskakuje - jednym słowem ma wspaniałą zabawę!



Na zdj.: Smyk-Motylek kontempluje stertę suchych liści.


Zieleni w ogródku już niewiele. Te liście, które jeszcze nie opadły, już zmieniły kolor. Jagody już dawno zjedzone, ale za to krzewy cieszą oczy czerwienią liści.




Na zdj.: Krzak jagodowy w czerwieni.


Podobnie jest przed domem. Tam liście zgrabiamy na ulicę. Niedługo przyjadą odpowiednie służby i je zabiorą. Tak jest co roku według harmonogramu ogłaszanego w prasie i telewizji. Miasto podzielono na cztery rejony i co tydzień liście są zbierane w innym rejonie, a potem jest jeszcze druga runda. Aktualnie jedżą po centrum.



Na zdj.: Jesienny dereń.


A liście lecą z drzew nieprzerwanie.



Na zdj.: Czerwone liście derenia.


I jak tu nie kochać jesieni?


komentarze (3) | dodaj komentarz

A gdzie dziecko?

środa, 04 listopada 2009 19:08

Smyk ogląda "Film o pszczołach"
Scena w pokoju: Vanessa, Barry i Ken. Nagle Smyk pyta:

- A gdzie mają w tym filmie dziecko?

Bo przecież każda kobieta to nie pani, ale mama (ewentualnie babcia) a każdy mężczyzna to tata (lub dziadek). 
A wiadomo, że jak jest mama i tata to musi być i dziecko, prawda?





komentarze (3) | dodaj komentarz

Podkładki raz jeszcze

wtorek, 03 listopada 2009 18:13

Z resztek bawełny kupionej na garage sale, prezentowanej tutaj, zrobiłam dwie kolejne podkładki kuchenne.
Tym razem dla siebie i bardzo skromne w formie.


Na zdj.: Podkładki: kwadratowa i prostokątna.


Mam dwa naczynia żaroodporne, dość często używane. Jedno jest kwadratowe, drugie prostokątne, i za każdym razem, kiedy wyciągam je z piekarnika i chcę postawić na stole okazuje się, że nie mam odpowiedniej podkładki. 
Albo raczej nie miałam, bo teraz już mam.



Na zdj.: Podkładki i naczynia, pod które są przeznaczone.


Podkładki są zrobione podwójną nitką, żeby były grube i właściwie spełniały swoją rolę. Obie są już użytkowane i spisują się dobrze.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Trick or treat?

poniedziałek, 02 listopada 2009 18:43

Sobotni wieczór, siąpi deszcz. 
Smyk w przebraniu pirata (w ostatniej chwili zmienił zdanie co do przebrania), i Patryk jako Piotruś Pan z obstawą, czyli mamusiami, grasują po okolicy żądając słodyczy, bo jak nie to... TRICK!

Za każdym razem Patryk woła "Trick or treat!" zaraz po zapukaniu do drzwi (przyciski dzwonków zostały zignorowane przez chłopaków), zanim je ktokolwiek otworzy, więc gospodarze nie mają szansy podziwiać jego melodyjnego głosu. Smyk milczy jak zaklęty.

Po kilku domach chłopaki zaczynają wykazywać oznaki przyuczenia, czyli wołają gromkim głosem "Thank you". Obdarowany cukierkami, nawet Smyk odważa się wydać z siebie głos. 

Do kolejnego domu chłopaki biegną. Nie z powodu cukierków, choć i ten aspekt wieczornej wycieczki ich cieszy. Główny powód jest taki, że każdy z nich musi iść pierwszy. Przynajmniej o pół kroku przed kolegą. I tak się to kończy: galopem. A mamusie - za pociechami, żeby ich przyhamować zanim wpadną na ulicę. 

Ruch kołowy zerowy. Wszyscy albo chodzą od domu do domu, albo siedzą w domu obdarowują łakociami. Sporo osób siedzi w domu i ogląda na żywo relację z meczu futbolowego naszej drużyny uniwersyteckiej z Południową Karoliną. Smaczku dodaje fakt, że transmisja leci na cały kraj a to wielki prestiż dla takiego zaścianka jak nasz. 
W świetle reflektorów i strugach deszczu Karolina dostaje baty jakich nie dostała od przynajmniej trzydziestu lat. 
Rozemocjonowani fani hojnie sypią cukierki i wracają szybko przed ekrany.

Nie wszyscy ulegli futbolowej gorączce. Niektórzy znajdują czas na przyjazne zagadywanie dzieci. Gospodyni w jednym z domów usiłuje wyciągnąć od chłopaków za kogo są przebrani:

- Who are you? - Dosłownie: "Kim jesteście?", ale tutaj ma znaczyć "Za kogo jesteście przebrani?" 

Pytanie jak najbardziej uzasadnione, bo nie dość, że ciemno choć oko wykol, to jeszcze przebranie schowane pod kurtkami przeciwdeszczowymi. 
Patryk nie traci refleksu i szybciutko odpowiada:

- Patryk and Krzyś!








komentarze (3) | dodaj komentarz

Pajampowy

piątek, 30 października 2009 17:12

Smyk nie potrafi powiedzieć poprawnie wyrazu "pomarańczowy". 
Zamiast tego mówi "pajampowy".

Dzisiejszy wpis jest pajampowy. Gdzie się człowiek nie obejrzy tam dynie, a większość z nich w tym właśnie kolorze.

I u nas na kominku zagościła kolekcja dyń (na zdjęciach poniżej):











Ta z lewj strony na pierwszym zdjęciu została wybrana przez Smyka na wycieczce na farmę, na którą pojechali z przedszkola jakieś dwa tygodnie temu. 
A te fikuśne na zdjęciu powyżej przywieźliśmy z  farmy w minioną niedzielę.

Dzisiaj w przedszkolu dzieci mają Harvest Party, czyli coś jakby bal dożynkowy.
Oczywiście, dzieci które chcą (czyli zdecydowana większość), mogły przyjść przebrane. Smyk wystąpił w stroju rycerza, tym samy co w zeszłym roku, choć już nieco ciasnawym. 
Przebranie nie dodało mu odwagi. "Napadnięty" przez Batmana, szybko schował się za mamę, ale od tyłu zaszedł go pirat...

Łakocie na jutro przygotowane, dynia nie wydrążona zdobi schodki do drzwi wejściowych, 
Smyk marudzi o pestki z dyni a ja zapomniałam je kupić będąc w środę w sklepie. 
Zdaje się, że jutro po zmroku, razem z Hultajstwem wypuścimy się dopełnić halołinowych tradycji.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Winorośl

czwartek, 29 października 2009 16:34

Owoce już dawno zjedzone, pozostało jedynie mgliste wspomnienie i apetyt na te przyszłoroczne.

Teraz pozostaje paść oczęta, a jest czym. 

Na zdjęciach poniżej - jesienna winorośl.









komentarze (3) | dodaj komentarz

Napiony

środa, 28 października 2009 18:00

Spragniony Smyk wypija duszkiem wodę, odstawia kubeczek i stwierdza:

- Telas jeciem napiony.


Skoro po zjedzeniu jest się najedzonym, to po wypiciu jest się napionym, prawda?






komentarze (4) | dodaj komentarz

Thistledown Farm

wtorek, 27 października 2009 17:49


W niedzielę wybraliśmy się na farmę Thistledown. 
Gospodarstwo to położone jest na opłotkach naszego miasta a tuż przed Halloween stanowi szczególną atrakcję dla dzieciaków, ponieważ można sobie pojechać wozem zaprzężonym w perszerony na pole pełne dyń i wybrać sobie którą się chce.



Na zdj.: Szopa na farmie Thistledown.

Tę część programu odpuściliśmy sobie, ponieważ było dość mokro i zimno i jakoś nie mieliśmy szczególnej ochoty taplać się w błocie. Oczywiście wyrażam tutaj zdanie swoje i męża. Przypuszczam, że Hultajsto byłoby innego zdania, ale przezornie nie pytaliśmy go.



Na zdj.: Dynie.


Najpierw załatwiliśmy zakupy. Dynię wybraliśmy spośród wielu wystawionych wzdłuż płotu przy parkingu - decyzję, która to ta właściwa podjęli mężczyźni czyli Smyk z tatą. 

Plan jest taki, że dynia ma zostać pozbawiona wnętrzności i wycięta w halołinowego duszka, pytanie tylko czy uda się to zrobić przed tegorocznym Halloween, czy dopiero na przyszły rok ...

Smyk nie emocjonuje się wycinaniem dyni, ale cały czas mówi o tym, że chce jeść nasionka dyni, a one są ciągle w środku, niedostępne dla niego.

Przy okazji kupiliśmy na farmie kilka malutkich dyń ozdobnych oraz kilka kilogramów pysznych organicznych jabłuszek, z których połowa już została zjedzona. Po takich sklepowych jabłkach człowiek zapomina, że te nie sypane chemią mogą być takie słodkie, soczyste i chrupiące.

Zakupy załadowaliśmy do bagażnika i poszliśmy zaliczać atrakcje.
Na pierwszy rzut poszedł labirynt z kostek siana i słomy. 



Na zdj.: W labiryncie z siana .


Tak się spodobał Hultajstwu, że spędziliśmy w nim przynajmniej godzinę goniąc się wokół kostek siana. Ja usiłowałam dziecku zrobić zdjęcie, a On uciekał z postanowieniem, że nie da się złapać w obiektyw aparatu. Zabawę mieliśmy pyszną, tylko potem ciężko było doczyścić kurtkę z polaru z tego siana.

W mnie odezwały się wspomnienia z dzeiciństwa, bo pachniało tam jak w stodole mioch dziadków.

W końcu udało nam się wywabić Smyka z siana i poszliśmy oglądać zwierzątka, które z anielską cierpliwością znosiły głaskanie małymi rączkami, targanie za uszy i łapanie za rogi.



Na zdj.: Zwierzątko do głaskania.


Jedynie kogut biegający po podwórzu odmawiał współpracy i nie pozwalał się złapać i pozbawić pięknych piór w ogonie.

Hultajstwo nie omieszkał spróbować go złapać. Biegał i gonił - pożytek taki, że się trochę rozgrzał. Koguta nie złapał.



Na zdj.: Koza.


Na koniec zmierzyliśmy się z labiryntem na polu kukurydzy. Ruszyliśmy błotnisą ścieżką przekonani, że labirynt jest krótki i niezbyt skomplikowyny tak, jak ten w sianie. Nieprawda. Ktoś, kto go wytyczał postarał się bardzo i dość szybko udało nam się zgubić. 



Na zdj.: Wejście do labiryntu na polu kukurydzy.


Chodziliśmy więc i szukaliśmy wyjścia ciesząc się, że do nocy jeszcze dość daleko. W końcu przyjęliśmy taktykę "na słuch" i wybieraliśmy kierunek w zależności od dobiegajłcych nas okrzyków radości lub rozczarowania innych zgubionych w labiryncie.
Zapewne wycieczka nie byłaby aż tak udana, gdyby Smyk nie zaliczył potknięcia zakończonego upadkiem w błotko tak, że z wyjątkiem buzi cały był upaprany niczym prosiaczek. Na szczęcie pralkę mamy sprawną.




komentarze (6) | dodaj komentarz

Skarpety

poniedziałek, 26 października 2009 16:57

Tematowi skarpet Antonina poświęciła ostatnio kilka wpisów.

Ja także uległam szaleństwu skarpetowemu, chociaż nieco przez przypadek.

Trafiłam na wyprzedaż w środku lipca i kupiłam włóczkę na skarpetki przecenioną z dziesięciu na dwa dolary za 100 gramowy motek. Kolory takie sobie (ten turkusowy wyjątkowo mi się  nie podoba), ale za taką cenę nie ma co kręcić nosem.



Na zdj.: Moje pierwsze skarpetki zrobione na drutach.


Skarpetki robiłam głównie na placach zabaw, kiedy pozwalała na to pogoda, więc zanim je skończyłam minęło półtora miesiąca.
Zapał miałam średni - nie robiłam jeszcze skarpetek i chciałam zobaczyć co mi z tego wyjdzie. A co wyszło, to widać.



Na zdj.: Skarpetki z melanżowej włóczki.


Wzór to jeden z prostszych  modeli Dropsa - szukałam według grubości włóczki, żeby dopasować ilość oczek. Zaczynałam robić od góry z 72 oczek na dwóch drutach 2 mm z żyłkł - obyło się bez prucia.



Na zdj.: Spód skarpet.


Trochę było kombinacji, kiedy zaczynałam drugą skarpetkę, ponieważ zależało mi, żeby na obu paski układały się tak samo - dwa czy trzy podejścia i udało się. 
Skarpetki są zrobione podwójnym ściągaczem (2 oczka prawe, 2 oczka lewe), jedynie pięta i "podeszwa" są zrobione zwykłym dżersejem.



Na zdj.: Zdjęcie skarpetk autorsta mojego męża..


Włóczka to Sockotta Sock Yarn z Plymouth Yarn (379 m/100gr). Skład: 45% bawełna, 40% wełna, 15% nylon.
Zużyłam 80 gram na niezbyt wysokie skarpetki, ale ja mam sporą stopę zakończoną długimi paluchami.



Na zdj.: Skarpetki z melanżowej włóczki.


Udało mi się namówić męża do zrobienia kilku zdjęć. Zazwyczaj kręci strasznie nosem w takich sytuacjach, ale chyba ładna, słoneczna pogoda dobrze na Niego wpłynęła i dał się uprosić i nawet się postarał, żeby zdjęcia były jak trzeba. Dwa pierwsze zdjęcia sama zrobiłam, trzy kolejne są autorstwa męża.

Na wspomnianej wyprzedaży kupiłam jeszcze jedną włóczkę, ale coś mi się wydaje, że trochę poleżakuje w motku zanim zostanie przerobiona na skarpetki.

komentarze (11) | dodaj komentarz

Miasto nocą

piątek, 23 października 2009 18:52

Wczoraj kolejny raz zepsuł się służbowy samochód męża, chociaż ma dopiero dwa lata.
Samochód został odholowany na autoryzowany warsztat, ale trochę potrwało zanim było po wszystkim, a męża trzeba było z warsztatu odebrać.

Jedyny problem tkwił w tym, że było już dość późno, bo po dziewiątej wieczorem.
Na szczęście akurat wczoraj Smyk spał w przedszkolu, więc pora spania nieco nam się przesunęła.

W obawie, że dziecko mogłoby mi zasnąć w samochodzie, zadbałam o umycie zębów przed wyjazdem, ale zaraz za pierwszym rogiem, kiedy tylko wjechaliśmy w strefę oświetloną nie tylko latarniami ale i innymi ciekawymi światełkami, okazało się, jaka naiwna byłam w kwestii spania w samochodzie.

Ponieważ dawno już Bąbel nie podróżował nigdzie nocą, więc na chwilkę oniemiał widząc te wszystkie kolory, ale tylko na momencik, a potem z ekscytacji buzia mu się nie zamykała. To nawet dobrze, bo dzięki temu ja nie zasnęłam za kierownicą...

Ponieważ wcześniej padało, światła odbijały się od mokrego asfaltu, jeszcze potęgując feerię barw wokół, a wypadło nam jechać ulicami, przy których jest sporo skrzyżowań (czyli sygnalizacji świetlnej), sklepów i restauracji hojnie reklamujących się neonami. 
Ach, jakże się Bąbel cieszył! I jak niewiele trzeba, żeby sprawić dziecku tyle radości!

Poczułam przedsmak nadchodzących świąt, kiedy to kto żyw, dekoruje obejście światełkami.
Oj szykuje się nam  kilka przejażdżek po mieście ze Smykiem...







komentarze (4) | dodaj komentarz

Z sennika Smyka

czwartek, 22 października 2009 19:25

Za oknem ciemno, budzik właśnie dał znać, że to już 6.30 rano.
Zaledwie przebrzmiał, odzywa się Smyk:

- Mama, ja mam ałi... 

Już miałam zerwać się, by w świetle lampy dociekać przyczyn boleści, kiedy Bąbel dodał:

- Klowa mi uglyzła noge...
- Zaraz to obejrzymy...  A dlaczego krowa ugryzła Cię w nogę?
- Bo ja nie ciałem jeść siana.

W ciągu dalszych dywagacji udało mi się ustalić co następuje:

Smyk był na placu zabaw, gdzie znajdowała się również krowa (czarno-biała), i jej łóżeczko z siana. Ponieważ Smyk nie chciał jeść siana to krowa ugryzła go w nogę.

Sen musiał być bardzo wyrazisty, ponieważ przez cały dzień Smyk był przekonany, że to mu się naprawdę prztrafiło. Przeżywał tę historię cały ranek. Kiedy dojechaliśmy pod przedszkole, oświadczył, że pokarze pani swoje ałi na nodze (to od ugryzienia przez krowę), zadarł spodnie i długo szukał rany najpierw na jednej, potem na drugiej nodze, zdziwiony, że niczego nie może tam dojrzeć...

W  końcu zarządał kija. Zapytany po co mu on, odpowiedział:

- Chce kija zieby zabić klowe!
- Kijem? Kijem to można krowę odgonić. Ale po co ją będziesz zabijał, przecież krowa daje mleko na twoją czekoladę na gorąco, to nie zabijaj jej może, co?

Stanęło na tym, że krowa jeszcze pożyje.

A wieczorem, po powrocie z pracy, tatuś usłyszał mrożącą krew w żyłach opowieść, jak to krowa ugryzła Hultajstwo w nogę...









komentarze (2) | dodaj komentarz

Słoneczniki

środa, 21 października 2009 17:43

Szewc bez butów ponoć chodzi, prawda?
Niestety nader częSto sprawdza się to porzekadło w praktyce.

Kilka zakładek dla innych wyhaftowałam, a sama ratuję się kartkami urodzinowymi bądź świątecznymi.

Chociaż właściwie powinnam użyć czasu przeszłego, bo w końcu postarałam się o zakładkę i dla siebie:



Na zdj.: Zakładka w słoneczniki.


Schemat słoneczników pochodzi z książki "Quick as a Wink", z której już wcześniej korzystałam - jeszcze kilka ładniutkich wzorków tam jest, więc zapewne tytuł ten będzie się od czasu do czasu pojawiał we wpisach robótkowych.

Zakładka wyszyta jest na pasie kanwy w kolorze ecru, z tyłu podszyta materiałem w tym samym kolorze. 
Przy haftowaniu wykorzystałam nieopisane nici kupione na garage sale latem.



Na zdj.: Zakładka w słoneczniki.


Zakładka wyszła wesolutka - w sam raz na zaciągnięte deszczem, pełne melancholii jesienne dni, jakie u mnie w końcu nastały.


komentarze (5) | dodaj komentarz

Jaka to literka?

wtorek, 20 października 2009 19:09

W przedszkolu dzieci poznają literki. 
Nie uczą się ich jeszcze pisać, a jedynie rozpoznawać.

Jedno z ćwiczeć polegało na wyklejeniu wielkiej litery A małymi kolorowymi literkami A.

Odbierając Smyka znalazłam w odpowiedniej przegródce jego pracę do zabrania do domu. Wskazując wielką literę A pytam:


- Jaka to literka?
- Duzia!

Nie da się ukryć...





komentarze (5) | dodaj komentarz

Mini wykopki

poniedziałek, 19 października 2009 18:26

Październik to miesiąc, kiedy zaczyna u nas padać, ale nadal jest dość ciepło i trafiają się piękne słoneczne dni, albo chociaż popołudnia.

Tak jak wczoraj, kiedy to biegaliśmy z krótkim rękawem za piłką po dywanie z liści, które obficie sypnęły się po ostatnich wiatrach.

Podobnie w zeszły czwartek, po porannym deszczu, popołudnie dopieściło nas ciepłem, więc spędziliśmy je ze Smykiem w ogródku.

Hultajstwo wygrzebywał sobie norki w  ziemi poczym usiłował się w nie wciskać, a że spodnie miał jasne, więc miał tym większą radochę.

Ja zrezygnowana machnęłam ręką i zajęłam się porządkami na grządkach.

Przy okazji natrafiłam na ziemniaki. 
Całkiem o nich zapomniałam.
Posadziłam jendego ziemniaka wiosną, kiedy okazało się, że zaczął kiełkować.
Tak eksperymentalnie, żeby zobaczyć, czy taki "przemysłowy" ziemniak wyrośnie.
A potem o nim zapomniałam. 
A ziemniak sobie rósł pomiędzy pomidorami, potem część nadziemna uschła a ja, grzebiąc w czwartek w ziemi, dokopałam się do kilku ziemniaczków.



Na zdj.: Orzechy włoskie oraz ziemniaki.


Czyli wykopki mamy już za sobą!

Przy okazji porządkowania grządek pozbawiłam wiewiórki części ich zapasów na zimę, czyli orzechów włoskich zakopanych pracowicie przez lokatorów naszego dębu.
Orzechy pochodzą z drzewa sąsiadów.

Mamy też za sobą pierwszy maleńki przymrozek, na szczęście temperatura nie spadła aż tak bardzo, więc nie wymroziło wszystkiego. Kwitnie jeszcze sporo kwiatów, chociaż deszcze je nieco podniszczyły. Wśród nich chryzantema, którą posadziłam jako kwiat jednoroczny w ubiegłym roku. Kiedy po przymrozkach nadawała się do wyrzucenia, obcięłam tylko gałązki tuż nad ziemią i zapomniałam o niej. A ona wypuściła nowe liście późną wiosną i teraz odwdzięcza się pięknymi kwiatami.




Na zdj.: Chryzantema.


A na koniec kilka zdjęć archiwalnych.
Tak mi jakoś zeszło we wrześniu, że ich nie pokazałam.



Na zdj.: Wrześniowy ogródek.


I słoneczniki ozdobne. Dostałam rozsadę od koleżanki a wyrosły z nich badyle na prawie 3 metry. Dość dobrze się też trzymały w wazonie. 



Na zdj.: Słoneczniki ozdobne.


komentarze (7) | dodaj komentarz

Tak mniej więcej

piątek, 16 października 2009 19:02

Smyk podłapuje ostatnio sporo wyrażeń, gorzej jest z odpowiednim zastosowaniem.
Dzięki temu ugruntowuje swoją pozycję rodzinnego rozśmieszacza.


W drodze z przedszkola do domu:

- Chce sociek, tak mniej więcej.






komentarze (2) | dodaj komentarz

33-36/2009

czwartek, 15 października 2009 19:43


Ostatnio przeczytane:

Wehikuł czasu (Herbert George Wells)


Młody naukowiec ma jedną pasję: podróże w czasie. 

I pewnego dnia udaje mu się skonstruować wehikuł, którym można przemierzać Krainę Czasu. Wyrusza w podróż i przenosi się w rok 802 701.

 

 

 

 

Malowany Welon (W. Somerset Maugham)


Piękna Kitty wychodzi za Waltera bez miłości i zaraz po ślubie wyjeżdża z mężem z Anglii do Chin, gdzie on pracuje jako bakteriolog. Tam poznaje Karola: czarującego i przystojnego zastępcę gubernatora. Gdy romans wychodzi na jaw, Walter przyjmuje pracę w mieście, ogarniętym epidemią cholery, a szantażowana przez niego Kitty musi jechać wraz z nim. Smutek, napięcie, ironia, współczucie, po mistrzowsku przywoływane pożądanie, strach i wyrzuty sumienia czynią z MALOWANEGO WELONU prawdziwe dzieło sztuki.


 

 

Opowiadania (Sylvia Plath)

 

Opowiadania Sylvi Plath zdecydowanie niepodobały mi się, kiedy je czytałam po raz pierwszy po skończeniu liceum. 15 lat później nadal odczucia takie same.

 

 

 

Przyłbice i kaptury (Kazimierz Korkozowicz )


Akcja książki "Przyłbice i kaptury" rozgrywa się w latach 1408-1410. Główny bohater to Hubert z Borów, zwany Czarnym. Jest on tajnym sługą królewskim, mającym za zadanie uwolnić porwaną przez Krzyżaków krewną Kanonika Dunina. Bert wyrusza na poszukiwania. W niedługim czasie jego własna siostra, Zyta, zostaje uprowadzona przez jednego z okrutnych zakonników. 

Czarny wplątuje się w wiele romantycznych, niebezpiecznych, a czasem śmiesznych historii. Gdzie tylko się pojawi, niweczy plany rycerzy w białych płaszczach. Jednak Krzyżacy użyją każdego podstępu, zapłacą wiele złota, by mieć w swoich chytrych rękach Huberta...

Książka "Przyłbice i kaptury" to ciekawa i wciągająca opowieść z czasów, gdy Zakon Krzyżacki był największą udręką Polski. Wiele intryg i zbrodni tworzy wokół tej powieści niezwykłą atmosferę kryminału. Dzięki pięknemu wątkowi miłosnemu ta książka ma nietypowy urok.


 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zaginęła

środa, 14 października 2009 20:37

Jedna z Blogerek - Tirena ,potrzebuje naszej pomocy, zaginęła Jej Siostra.


ZAGINĘŁA
6  PAŹDZIERNIKA  2009 R. 


Marta Wiencek

84-letnia mieszkanka Czechowic-Dziedzic poszukiwana jest przez policję i Centrum Itaka. Marta Wiencek wyszła z domu we wtorek rano po zakupy do sklepu i od tego czasu nie skontaktowała się z rodziną.

Zaginiona czechowiczanka ma 154 cm wzrostu, szczupłą budowę ciała, włosy długie, czarne ze śladami siwizny (mogą być upięte w kok), oczy piwne. 

W dniu zaginięcia ubrana była w popielatoszary żakiet, czarne półbuty na płaskim obcasie, jasnobrązowe rajstopy. Zaginiona zabrała ze sobą torbę na zakupy w czerwono-czarne paski i czarny portfel. 

Kobieta cierpi na zaniki pamięci.

Proszę o wszelkie informacje o miejscu pobytu Marty pod nr tel. 507 815 800, 032 210 3554 lub z najbliższą jednostką policji pod numerem telefonu 997 lub 112.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Smyk zaskoczył mnie po raz kolejny

środa, 14 października 2009 20:30

Wczoraj byliśmy z Hultajstwem do czyszczenia zębów.

Pani najpierw wszystko Smykowi wyjaśniła co będzie robić, pokazała wszystkie narzędzia, pozwoliła podotykać, zademonstrowała jak co działa. 
Bąbel dostał na oczy okulary i pani zabrała się za czyszczenie ząbków. Procedura taka sama jak u dorosłych.

Smyk grzecznie szeroko rozwierał paszczę i nie wykazywał żadnych oznak strachu, cierpienia itp.

Wręcz przeciwnie - bardzo mu się to czyszczenie zębów podobało! Był wręcz zachwycony, ku zdumieniu pani i moim.

Ja dodatkowo byłam zaskoczona ilością osadu na zębach  mojej Pociechy - nie spodziewałam się, że może tego być aż tak dużo. 
Pewnie dlatego, że osad ten był mleczno-biały, a nie tak jak u mnie herbaciano-brązowy.






komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 20 marca 2010

Licznik odwiedzin: 95493

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

W Polsce jest godzina: U Motylka jest godzina:

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Statystyki

Odwiedziny: 95494
Bloog istnieje od: 1236 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: