Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Komplet kuchenny

wtorek, 13 października 2009 19:58

Na fali entuzjazmu po zrobieniu podkładek pod gorące naczynia w kształcie kwiatków (o czym pisałam tutaj), powstał komplet kuchenny: dwie łapki i dwie podkładki.




Na zdj.: Komplet kuchenny: 2 łapki i 2 podkładki-kwiatki.


Kolory optymistyczne, żółty i biały. Zdjęcie nie najlepszej jakości, ale ostatnio są problemy z dobrym światłem - jak to jesienią bywa.
Wykorzystałam 3 różne nitki bawełniane tej samej firmy: białą, żółtą, oraz cieniowaną.

Komplet nie ozdobi mojej kuchni, ponieważ będzie to prezent dla kogoś, ale o tym innym razem.

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zaobserwowane przez panią dyrektor przedszkola

poniedziałek, 12 października 2009 20:54

Grupa Smyka bwai się na placu zabaw. 
Trzymając rączkami furtkę stoi Smyk i wypatruje kogoś ze smutną miną a po policzku spływa mu samotna łza...



Pani dyrektor miała łzy w oczach,  opowiadaląc mi tę scenę.

Kiedy odbierałam tego dnia Krzysia, powiedzał:


- Ja na ciebie ciekałem.







komentarze (5) | dodaj komentarz

Zmiany, zmiany

piątek, 09 października 2009 22:01

Początek września przyniósł zmiany w  przedszkolu. 
Smyk został przeniesiony do starszej grupy.

Najpierw każdego dnia grupka dzieci była zaprowadzana do starszej grupy na kilka godzin, które spędzała tam z panią ze swojej, młodszej grupy. Smykowi ta zmiana nie za bardzo przypadła do gustu - był jedynym niezadowolonym i lekko popłakującym dzieckiem.

Potem przyszedł czas, kiedy przenosiny stały się faktem i zaczęłam go rano zaprowadzać do nowej sali.
Tutaj nastąpił zdecydowany protest. 
Jednego dnia tak płakał i wyrywał się za mną, że musiałam go mimo wszystko zostawić w młodszej grupie. Panie usiłowały go potem zaprowadzić do starszej grupy, ale wyrywał się wołając swoją ukochaną panią Benitę na pomoc.

Mimo, że minął już miesiąc, co rano jest płacz. 
Smyk tęskni za panią Benitą i kolegą Tidżejem.
W nowej grupie jedna z pań to mama Tidżeja. Czasem przyprowadzi syna, żeby Smyk mógł się z nim pobawić (miłość chłopców jest obustronna). Niestety Tidżej jest dużo młodszy od Krzysia i nie może jeszcze zostać przeniesiony do starszej grupy.
Ale za to jutro idziemy na urodziny Tidżeja, więc chłopaki będą mieli okazję poszaleć razem.

W nowej grupie dzieci już nie tylko bawią się beztrosko, ale powoli zaczynają mieć bardziej edukacyjne zajęcia.

Po obiadku same myją zęby - co im z tego wychodzi to wychodzi, ale uczą się to robić samodzielnie, bo jednak w większości przypadków to rodzice im ciągle jeszcze szczotkują ząbki.

Mają też swój własny plac zabaw z przyżądami dostosowanymi do ich wieku.

Kiedy przychodzę po Smyka, ten zapewnia mnie, że płakał rano "tylko tlosecke" poczym zdaje mi relację z tego co wydarzyło się tego dnia w przedszkolu. Panie przecierają oczy ze zdumienia, bo zazwyczaj cichutkiemu i nieśmiałemu Krzysiowi usta się nie zamykają.

Zdarza się, że dziecko naskarży na panią: 
- Mama Tidzieja ziuciała cukielki. Na  podłoge. Ja teś chcie cukielka!

Przetłumaczyłam. Panie śmiały się - w czasie leżakowania jedna z pań rzuciła drugiej cukierka, który spadł na ziemię. Dzieci spały. Jak widać nie wszystkie.
Hultajstwo dostał ckierka...






komentarze (5) | dodaj komentarz

Konkurs: "Tęczowa jesień"

czwartek, 08 października 2009 20:55


U Splocika konkurs!


 

TĘCZOWA  JESIEŃ


 

Szczegóły tutaj.


Ja biorę udział, a Wy?



komentarze (0) | dodaj komentarz

Zacieranie śladów

środa, 07 października 2009 18:02

Smyk bawi się wodą w łazienkowej umywalce.
Po jakimś czasie nie tylko On jest cały mokry, ale i podłoga wokół - to te fale, które wdarły się na brzeg i przelały...

Z pokoju słyszę odgłos zamykanych drzwi łazienkowych.
Pukam i proszę, żeby Smyk otworzył drzwi (zamknięte na zamek). 

- Ja musie coś wycicić.

 W końcu daje się namówić i wpuszcza mnie do łazienki. I co widzę? Kałużę tak wielką jak niemal cała podłoga w łazience (hm... nie wiedziałam, że nasza umywalka jest aż tak pojemna) oraz Hultajstwo ze swoim ręcznikiem w ręku usiłującym zatrzeć (zetrzeć?) ślady swojego udziału w łazienkowym tsunami.

Pochwaliłam, że sprząta co nabałaganił. 
Wyjaśniłam, że do wycierania podłogi służy nie ten ręcznik - mamy do tego celu taki jeden stary. Wręczyłam go dziecku zapewniając, że do wycierania podłogi nie musi zamykać drzwi do łazienki.







komentarze (7) | dodaj komentarz

Miotła

wtorek, 06 października 2009 17:51

Kolejny raz Smyk dorwał się do szafki nad umywalką w łazience.
Wypatrzył na górnej półce mój pędzelek do nakładania pudru, ale nie mógł do niego dosięgnąć, więc poprosił mnie o pomoc:

- Daj tą miotłę!
- miotłę... Proszę bardzo.


"Miotła" do tej pory się suszy, ponieważ przeistoczyła się później w łódź podwodną.






komentarze (6) | dodaj komentarz

Biscornu

poniedziałek, 05 października 2009 21:22

Pierwszy raz zobaczyłam biscornu na blogu u Splocika.
Ach, jakże mi się spodobało!



Na zdj.: Błękitno-granatowe biscornu.


Potem był wysyp na różnych blogach, aż w końcu i ja się odważyłam zrobić sobie takie cudeńko.

Wzór mojego biscornu pchodzi z tej strony
Są tu wskaząwki jak je wykonać oraz sporo propozycji odnośnie schematów.

Na początek zdjęcie obu kwadratów "na płasko":



Na zdj.: Części składowe czyli dwa kwadraty w wersji płaskiej.


Wzór na błękitnej kanwie wyszyty jest nićmi granatowymi, a na ciemno-niebieskiej, białymi.



Na zdj.: Strona granatowa.


Prawdziwym wyzwaniem dla mnie było obszycie koralikami, ale udało mi się.



Na zdj.: Strona błękitna.


Trochę za słabo wypchałam to moje biscornu, następne będzie bardziej puchate.

komentarze (13) | dodaj komentarz

Crater Lake

piątek, 02 października 2009 19:01

Trzeciego, ostatniego dnia wycieczki, pojechaliśmy nad Crater Lake
Dzięki naszemu Milusińskiemu byliśmy tam bardzo wcześnie rano, tuż po dziewiątej.



Na zdj.: Crater Lake.


Crater Lake to jezioro w kraterze wulkanu - jak łatwo się domyślić po nazwie.
Jest to najgłębsze jezioro słodkowodne w USA, w najgłębszym miejscu ma 589 metrów głębokości!
Jest ogromne - 8 km po przekątnej. Nawet obiektywem szerokokątnym trudno uchwycić je w całej okazałości, chyba, że się dysponuje helikopterem.



Na zdj.: Smyk z tatą na tle Crater Lake (Wizard Island w tle).

Oryginalnie nie było w nim ryb, ale gdzieś czytałam, że eksperymentalnie wpuszczono do niego trochę pstrągów. Nie za dużo, bo nie bardzo mają się tam czym odżywiać.

Ponieważ dziecko od rana tryskało energią, trzeba było znleźć dla niej jakieś ujście.
Zatrzymaliśmy się więc na parkingu przy punkcie widokowym, z którego prowadzi szlak na pobliskie wzniesienie Watchman
Na szczycie stoi budynek, w którym dyżurują strażnicy wypatrujący pożarów okolicznych lasów. Przy dobrej pogodzie można dojrzeć z góry zarówno pobliską Kalifornię jak i stan Waszyngton.



Na zdj.: Watchman - widok z parkingu.


Różnica poziomów między parkingiem a szczytem wynosi 108 metrów, ale szlak prowadzi zakosami i ma ok. kilometra a sama trasa nie jest zbyt męcząca. Akurat na możliwości moje i Hultajstwa!

Wprawdzie Smyk jak zwykle próbował szczęścia narzekając jaki to jest zmęczony i tata dał się nabrać, ale dzięki mojej interwencji większość trasy Smyk przebył na własnych nóżkach.



Na zdj.: Widok ze szczytu Watchman'a.


Na górze byliśmy jedynymi turystami, mieliśmy więc cały taras widokowy dla siebie. Kiedy wracając dochodziliśmy już do parkingu, minęliśmy strażniczkę maszerującą na posterunek. Ale tego dnia akurat nic się nie paliło (widzieliśmy z góry), tydzień później dym był tak gęsty, że nie można było dostrzec drugiego brzegu jeziora.



Na zdj.: Widok z Watchman'a na parking.


Pojechaliśmy jeszcze do miejsca, gdzie jest główne zaplecze turystaczne: restauracja, sklepik z pamiątkami, salki z planszami, filmami na wideo i innymi interaktywnymi bajerami. Hultajstwo pobawiło się przyciskając guziczki uruchamiające różne prezentacje a potem jeszcze pospacerowaliśmy po okolicy.

Pożegnaliśmy w końcu piękne błękity (woda w Crater Lake jest niesamowicie czysta, stąd taki cudowny kolor) i rozpoczęliśmy powrót do domu. Ale przecież nie mogliśmy tak po prostu pomknąć najkrótszą drogą, prawda?



Na zdj.: Widok na Wizard Island na Crater Lake.


Najpierw zatrzymaliśmy się nad Diamond Lake. Kiedyś wpuszczono do niego ryby Tui Chubs, które tak się namnożyły, że wytępiły niemal wszystkie inne zwierzęta oryginalnie żyjące w jeziorze. W 2006 roku wytruto je więc, a kiedy w wodzie nie było już trucizny wpuszczono lokalne gatunki. Teraz populacja pstrągów ładnie się już odbudowała i można je łowić (trzeba mieć pozwolenie).



Na zdj.: Wodospad Clearwater Falls.


Do domu wracaliśmy mniej uczęszczaną, węższą, ale za to bardziej malowniczą drogą. 
Po drodze zatrzymaliśmy się nad wodospadami: Clearwater, Whitehorse oraz Watkins.



Na zdj.: Wodospad Whitehorse Falls.


W ciągu tych trzech dni pstryknęłam trochę ponad 300 zdjęć, co i tak wydaje mi się niewiele jak na ogrom tego całego piękna, które dane nam było zobaczyć na własne oczy.



Na zdj.: Wodospad Watkins Falls.


 Na tym kończę zamęczaniem Was opisami naszych wojaży i wracam do zwykłych wpisów.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Newburry National Volcanic Monument

czwartek, 01 października 2009 22:17

Tuż po pouszczeniu parkingu High Desert Museum. Hultajstwo zapadło w sen a my pognaliśmy do Newburry National Volcanic Monument.

W kraterze po wulknie, który czynny był jeszcze ok roku 600 naszej ery (ostatni wybuch wulkanu w Oregonie - jak do tej pory) są dwa jeziora: Paulina Lake oraz East Lake. Kiedyś były ze sobą połączone w jeden akwen.

Pospacerowaliśy chwilę nad East Lake, potem pojechaliśmy nad Paulina Lake, a Smyk ciągle smacznie spał.
Pojechaliśmy więc obejrzeć wielkie pole lawy Big Obsidian Flow, o powierzchni 700 akrów, które powstało zaledwie 1300 lat temu. Tutaj króciutki filmi z tego miejsca.




Na zdj.: Big Obsidian Flow.

A Smyk dalej smacznie spał. Czekając na jego przebudzenie poczytałam gazetkę informacyjną, którą dostaliśmy wraz z biletami i zaproponawałam, żebyśmy pjechali na szczyt Paulina Peak - najwyższego zniesienia w okolicy.


Na zdj.: Tabliczka na szczycie Paulina Peak
podająca wysokość n. p. m. (w stopach)


Szutrowa droga na szczyt wije się oplatając zbocze góry i zdecydowanie nie polecam jej osobom cierpiącym na lęk wysokości. Mąż prowadził, nie wiem czy ja bym się odważyła. W końcu dotarliśmy na szczyt i oczom naszym ukazał się widok na całą okolicę.



Na zdj.: Widok z Paulina Peak: Paulina Lake po lewej, East Lake po prawej.


I w końcu Bąbel się obudził.
I musiałam go pilnować, żeby nie spadł mi z urwiska w dół, bo moje dziecię nie zdaje sobie sprawy jak niebezpieczne może się okazać zbyt niesforne brykanie w takim miejscu.

Z góry widać też pole lawy, na którym byliśmy wcześniej:



Na zdj.: Widok z Paulina Peak na Big Obsidian Flow.


Czarne chmury kłębiły się nad nami, ale nie spadła z nich ani jedna kropelka. 
Wisiały niemal tuż nad naszymi głowami dodając grozy niesamowitym widokom. 
Bojąc się, że jednak nas zmoczy (do czego ne doszło), salwowaliśmy się ucieczką na dół.
A tam okazało się, że wcale tak źle nie jest, więc jeszcze pojechaliśmy zobaczyć wodospad Paulina Falls.



Na zdj.: Wodospad Paulina Falls.


Nawet wybraliśmy sić na małą przechadzkę w górę potoku. Szukaliśmy mostku, żeby zobaczyć wodospad z drugiej strony, ale nie udało się nam do niego dojść.


Na zdj.: Wodospad Paulina Falls.


c. d. n.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tartak

środa, 30 września 2009 21:07

Obiecałam wczoraj napisać osobno o tartaku.

Stary, ponad stuletni tartak stanowi część ekspozycji High Desert Museum
Ale tylko w niektóre dni można obejrzeć na żywo jak kiedyś wyglądała w nim praca. 
Udało nam się - trafiliśmy na dzień, w którym tartak był czynny.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


Podobało się całej naszej trójce bez wyjątków. Dość długo staliśmy tam i przyglądaliśmy się, a panowie w czerwonych szelkach bardzo chętnie odpowiadali na wszystkie pytania i objaśniali co trzeba.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


Oczywiście zrobiłam sporo fotek  a nawet nakręciłam film, niestety nie mogę go przerzucić z aparatu na komputer, więc póki co film nie mojego autorstwa, ze strony muzeum: tutaj.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


I jeszcze obiecna druga część zdjęć z muzeum: tutaj.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.

komentarze (3) | dodaj komentarz

High Desert Museum

wtorek, 29 września 2009 20:37

Drugiego dnia naszej wycieczki, z samego rana wybraliśmy się do High Desert Museum w Bend.
Ponieważ nasz Bąbel zadbał o wczesną pobudkę, byliśmy na miejscu 5 minut po otwarciu.



Na zdj.: Rzeźba u wejścia do muzeum.


Usiłowałam znaleźć tłumaczenie terminu  high desert, ale nie udało mi się. Wydaje mi się jednak, że jest to rodzaj półpustyni.
Tak wygląda połowa Oregonu na wschód od Gór Kaskadowych.

Muzeum dzili się na kilka części.
W środku budynku obejrzeliśmy eksponaty przedstawiające życie Indian, którzy zamieszkiwali te tereny zanim zostali wymordowani przez białych. 
Sporo gablot i eksponatów z czasów przybycia na te tereny białych osadników. Przy wejściu na przykład stoi sobie taki oto dyliżans:




Na zdj.: Dyliżans w holu muzeum.

Jest też kilka pierwszych samochodów, między innymi Ford  z korbą z przodu.

Ale to nie koniec atrakcji. W innym skrzydle muzeum przedstawiono wygląd oregońskiej półpustyni łącznie z przykładami fauny w pięknie urządzonych terrariach. Jest tam nawet akwarium z lokalnymi rybami! Niewielkie terraria z mniejszymi zwierzętami sprytnie wkomponowano w budynki sprzed 120 lat i kiedy zajrzałam w okienko szopki, stanęłam oko w oko z wężem...



Na zdj.: Przykład fauny półpustyni.

Słowo muzeum nie oddaje w pełni tego czym jest High Desert Museum. Jest to połączenie muzeum, skansenu, parku i mini ogrodu zoologicznego.

Po wyjściu z budynku - pięknie i z wielką dbałością urządzona część zewnętrzna. 
Potok poprowadzony tak, że co jakiś czas przechodzimy nad nim mostkiem, rośliny posadzone tak, że mamy przekrój tego, co można tutaj znaleść w naturze. Gdzieniegdzie ustawione rzeźby zwierząt z opisami, takie jak na pierwszym zdjęciu.
Woda potoku zasila basen - część terrarium wydry, która niestety spała sobie w swojej norce i nie miała ochoty wystawić z niej nosa - może było jeszcze zbyt wcześnie? 
No to poszliśmy dalej aż zawędrowaliśmy do indiańskiego tipi:



Na zdj.: Tipi.

Potem doszliśmy do rancza osadników sprzed 120 lat. Jest tam i niewielka chata, i piwniczka, i budynki gospodarskie łącznie z kurami na ogrodzonym wybiegu.



Na zdj.: Chatka osadników sprzed 120 lat.


Jest koral dla koni zrobiony z witek wierzbowych oraz... wychodek z okienkiem w kształ księżyca (bardzo zainteresował Smyka) oraz stary tartak.
Więcej o tartaku będzie następnym razem.



Na zdj.: Wnętrze chatki osadników.

Idąc dalej dróżką dochodzimy do budynku z lokalnymi ptakami drapieżnymi: sowami, jastrzębiami i orłami. Mają one tutaj swoje terraria (sowy w środku budynku, pozostałe na zewnątrz). Myślałam, że nie odciągniemy Hultajstwa od sów, tak mu się podobały.


Na samym końcu trasy jest mini plac zabaw dla dzieci urządzony w duchu muzeum. 
Są dość grube rury pod stertą piachu, przez które dzieci mogą przeczołgać się na drugą stronę, ale ja skierowałam Smyka w stronę pajęczyny:



Na zdj.: Smyk na pajęczynie w muzeum.

W piaskownicy można pobawić się w paleontologa i za pomocą leżących obok łopatek i szczotek odkopać szczątki zwierząt (są one wmurowane, więc nie można zabrać swojego znaleziska ze sobą).



Na zdj.: Kości czekające na swego odkrywcę w piaskownicy w muzeum.

Tego dnina w muzeum czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: pokaz mustangów. 
Koni, nie samochodów.



Na zdj.: Mustang.

Smykowi bardzo się one podobały, odważył się nawet jednego pogłaskać bez strat w paluszkach.

Jeżeli ktoś ma ochotę obejrzeć więcej zdjęć z muzeum, to tutaj znajdzie pierwszą część z podkładem muzycznym. Będzie i część druga, ale dopiero jutro.

Wizyta w High Desert Museum tak wyczerpała Hultajstwo, że zaraz po wyjeździe z parkingu zasnął słodkim snem a my pomknęliśmy dalej, o czym
c. d. n.



 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Smith Rock

poniedziałek, 28 września 2009 5:59



Smyk smacznie spał a my dojechaliśmy do Smith Rock National Park.

  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River

Smith Rock to miejce narodzin współczesnej amerykańskiej wspinaczki skałkowej. Nawet Hultajstwo spóbowało się powspinać, asekurowane przez tatę. 


Na zdj: Hultajstwo na ścianie. 


Ale i dla zwykłych śmiertelników, nie przepadających za dyndaniem na linie przy pionowej ścianie jest tu ciekawie. Kilka wspaniałych szlaków, chłodna woda w rzeczce...


  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River


Pięć lat temu ambitnieprzeszliśmy najtrudniejszym szlakiem. Tym razem ze względu na obecność Hultajstwa, pospacerowaliśmy głównie po płaskim, wzdłuż Crooked River, zwłaszcza, że żar lał się z nieba.


  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



W Smith Rock latem są temperatury  jak w pobliżu pieca w hucie. Kiedyś byliśmy tu pod koniec października i też było ponad 30 stopni Celcjusza.


Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



Znaleźliśmy sobie zacienione miejsce z dojściem do rzeczki i baraszkowaliśmy sw wodzie podziwiając takie widoki jak na zdjęciach powyżej i poniżej. Samo dojście w to miejsce a potem powrót do samochodu w tym upale tak nas wykończyło, że w sumie dobrze, że nie wybraliśmy się na żadną ambitniejszą trasę. 


Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



A tutaj jeszcze link do bardzo króciutkiego filmiku ze Smith Rock. 
c. d. n.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Dee Wright Observatory oraz Sisters

piątek, 25 września 2009 19:35

W piątek, tydzień temu, wzięliśmy z mężem dzień wolnego i urządziliśmy sobie mini wakacje, czyli wyjechaliśmy na trzy dni.

Wyruszyliśmy na wschód, na drugą stronę Gór Kaskadowych.

Pierwszy przstanek: Dee Wright Obserwatory, położone na przełęczy McKenzie, na drodze Nr 242. 
Droga 242 to stara droga, którą podróżowali do Oregonu pierwsi osadnicy. Jest bardzo wąska i kręta i odkąd wybudowaną nową drogę przez inną przełęcz, ta jest zamykana jesienią do czasu aż stopnieje na niej śnieg, czyli przeważnie do czerwca. 
Widoki są zabójcze, ale nie polecam osobom z lękiem wysokości. Od tych wszystkich zakrętów zawsze robi mi się niedobrze i z ulgą witam przerwę w podróży przy obserwatorium.



Na Zdj. Smyk z tatą na schodach prowadzących do Obserwatorium Dee Wrigh 
oraz samo obserwatorium,


Obserwatorium położone jest na wysokości 1730 m.n.p.m. a wybudowano je w czasie Wielkiego Kryzysu w ubiegłym stuleciu.
Nazwa - na cześć kierownika odpowiedzialnego za budowę obserwatorium.

Obserwatorium położone jest na ogromnym polu lawy - wokół nic tylko zwały skał wulkanicznych tak ostrych, że można zniszczyć buty doszczętnie.
Skały te posłużyły do budowy obserwatorium, które składa się z dwóch poziomów.
Górny, to odkryty taras, na środku którego znajduje się mosiężna tablica z nazwami widocznych z tego miejsca wzniesień i strzałkami wskazującymi który to szczyt.



Na zdj.: Widok z jednego z okienek w obserwatorium.


Pod spodem, w ścianach okrągłego pomieszczenia umieszcono okna i okienka różnej wielkości tak sprytnie, że stając przy każdym z nich, widzimy jeden szczyt, dokładnie w środku okna. Żaby wyjrzeć przez niektóre z nich trzeba stanąć na specjalnym stopniu. Przy każdym okienku znajduje się tabliczka z nazwą oraz wysokością wzniesienia.

Wokół obserwatorium, przez pole lawy prowadzi wyasfaltowany szlak, więc można sobie pospacerować w tym księżycowym krajobrazie.

Smyk stwierdził, że obserwatorium to "zamek" i tak się wyszalał po schodach, że zaraz po odjeździe z tego miejsca zasnął, choć było to dopiero południe.

A my pojechaliśmy dalej. 
Ponieważ do następnego miejsca mieliśmy już niedaleko, więc zatrzymaliśmy się po drodze w miasteczku Sisters.
Tata został w samochodzie ze Smykiem i też uciął sobie drzemkę, a ja pospacerował po Sisters i pstryknęłam kilka fotek. Można je zobaczyć tutaj.



Na zdj. Metalowy kogut na dachu jednego z domów w Sisters.


c. d. n.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Piżama

czwartek, 24 września 2009 18:21

 

Po powrocie z placu zabaw Hultajstwo najczęściej ląduje prosto w wannie - z powodów oczywistych. 

Po kąpieli, ponieważ jeście jest dzień ubieram go w czyste ubranka.

Kiedy nadchodzi pora spania, przebieram go w piżamę.

 

Pewnego dnia zarządzam ciszę nocną:

 

- Wkładamy piżamę i idziemy spać!

- Nie, ja cie spać w ublaniu!

- W ubraniu się nie śpi.

- Ja widziałem jak tata spał w ublaniu!

 

Ja też - kiedy kładł spać Hultajstwo i zasnął szybciej od niego...

 

 

 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Spacer nadmorską plażą czy plamy?

środa, 23 września 2009 19:06

W  połowie lipca wstąpiłam do sklepu z materiałami do rękodzieła wszelakiego.
Tego czego szukałam nie znalazłam, ale za to trafiłam na sporą przecenę organicznej włóczki bawełnianej: z 6 na 2 dolary za motek 50 gramowy.
Zapasy mam wprawdzie więcej niż spore, ale nie mogłam oprzeć się ani kolorom ani cenie.


Sweterek powstawał głównie w parkach i na placach zabaw gdzie spędziliśmy ze Smykiem lwią część lata.
Skończyłam go już pod koniec sierpnia, ale do tej pory nie było okazji w nim chodzić. Dopiero od niedawna poranki u mnie są na tyle chłodne, że trzeba zakładać coś cieplejszego. Ale popołudnia nadal rozpieszczają nas temperaturami w okolicach trzydziestki.



Na zdj.: Melanżowy sweterek z bawełny organicznej.


Zużyłam 450 gram włóczki Bernat Organic Cotton - kolor określony był numerem, 43117
Niesamowicie podoba mi się ten zestaw kolorów - kojarzy mi się ze spacerem nadmorską plażą w pochmurny dzień, kiedy wieje wiatr. Takie morze lubię najbardziej.

Sweter robiłam na dużo cieńszych drutach niż zalecane (2.5 i 3 mm) ponieważ mam tendencje do robienia bardzo luźno i poprzedni bawełniany sweter (ten) tak mi się po kilku praniach rozciągnął, że muszę  go spruć i zrobić od nowa.

A skąd te plamy w tytule?
Mąż zapytany czy mu się podoba sweterek stwierdził, że fajny, ale ta włóczka taka jakaś dziwna - w plamy...



komentarze (10) | dodaj komentarz

Definicja szczęścia

wtorek, 22 września 2009 19:21

W niedzielny poranek Hultajstwo budzi mnie stanowczo za wcześnie.
Ponieważ zachowuje się za głośno, uciszam go:

- Ciiiiii.... Nie tak głośno...


Smyk robi zmartwioną minę i pyta:

- Ty nie jesteś do końcia cienćliwa?


(Niezorientowanym polecam obejrzenie drugiej części Szreka.)







komentarze (2) | dodaj komentarz

30, 31 & 32/2009

poniedziałek, 21 września 2009 17:49

 

Ostatnio przeczytane:

Zagadka Katyliny (Steven Saylor)


Jest rok 63 p.n.e. Gordianus Poszukiwacz, fachowiec, którego dziś nazwalibyśmy prywatnym detektywem, niespodziewanie wchodzi w posiadanie czegoś, o czym marzy każdy Rzymianin: gospodarstwa na wsi. Przyrzekając sobie odciąć się zupełnie od przepełnionego zepsuciem i korupcją Rzymu, przenosi się z rodziną do Etrurii, by wieść życie rolnika.

W tym samym czasie jego wieloletni zleceniodawca Cycero realizuje własne największe marzenie: zwycięża w wyborach na najwyższe stanowisko w hierarchii rzymskiej republiki i zostaje konsulem.

Gordianusowi niedługo dane było się cieszyć wiejską sielanką... Cycero, potrzebując jego pomocy w szpiegowaniu swego przeciwnika, radykała Katyliny, składa mu propozycję nie do odrzucenia. Wir politycznej intrygi wciąga Gordianusa coraz głębiej... aż w końcu, niepewny losu własnego i całej rodziny, nie wie już, komu ofiarować swą lojalność w chwili najcięższej próby w swym życiu.

 




Kamienie na szaniec (Aleksander Kamiński)


Autor o swojej ksążce

Opowieść o wspaniałych ideałach braterstwa i służby, o ludziach, którzy potrafią pięknie umierać i pięknie żyć

 




Rzut Wenus (Steven Saylor)


Rzym, rok 56 p.n.e. Dwaj niezwykli goście - poseł egipski w towarzystwie kapłana-eunucha - odwiedzają Gordianusa, poszukiwacza, którego specjalnością jest prowadzenie dochodzeń w sprawach morderstw. Tym razem jednak chodzi o coś, czego ten znany czytelnikom z poprzednich powieści cyklu ""Roma sub rosa"" (Rzymska krew, Ramiona Nemezis, Zagadka Katyliny) detektyw zapewnić im nie może.



komentarze (0) | dodaj komentarz

Ach jaki ten język polski trudny!

czwartek, 17 września 2009 23:20

Mama kolegi Smyka wspomniała, że Smyk dostanie zaproszenie na urodziny Tidżeja (TJ) w pańdziernku.

Wieczorem tego samego dnia rozmawiamy na ten temat ze Smykiem, który chce wiedzieć, kiedy będą jego urodziny.


- Ty będziesz miał urodziny za dwa miesiące.
- Ja bede miał ulodziny na dwa piniondze?
- Nie, za dwa miesiące.
- Na dwa piniondze?

I tak kilka razy. 
Z wielkim trudem przyszło Smykowi poprawne wypowiedzenie "za dwa miesiące".




komentarze (6) | dodaj komentarz

Pierwsza wizyta u dentysty

środa, 16 września 2009 18:26

Dzisiaj rano Smyk pierwszy raz był u dentysty.


Uznałam, że czas najwyższy, żeby profesjonalista rzucił okiem na jego śliczne ząbki.


Najpierw poszukałam dobrego dentysty dla dzieci.
Okazuje się, że nie tylko ja mam traumatyczne wspomnienia z gabinetu dentystycznego z dzieciństwa - wszyscy moi koledzy w pracy, niezależnie od wieku mają tak samo przykre wspomnienia. 
A myślałam, że to tylko w Polsce dentyści kiedyś nie patyczkowali się z nieletnimi pacjentami.

Dentysta, który dzisiaj obejrzał ząbki Smyka specjalizuje się w stomatologii dziecięcej i poleciło mi go kilka osób. 

Krzyś dał sobie zbadać ząbki bez problemu i był bardzo grzeczny.
Szalenie podobało mu się akwarium z rybkami takimi jak w "Gdzie jest Nemo" (akwarium jest ze trzy razy większe od naszego domowego, które ma pojemność 165 litrów) oraz modele pociągów ustawione na półce pod sufitem wokół całego gabinetu.

Ząbki Hultajstwo ma w bardzo dobrym stanie, tylko jeden ma maleńki ubytek - nie widać go nawet gołym okiem, ale trzeba zadbać o to, żeby się  nie powiększył. 
Zrobimy to 28 września, odrazu umówiliśmy się na wizytę.
Ząbek obok ma naturalne wgłębienie, i żeby nie zbierały się tam resztki pokarmu i łatwiej było utrzymać higienę, wgłębienie to zostanie również wypełnione na tej samej wizycie.

Potem czeka nas jeszcze jedna wizyta na czyszczenie zębów.

Ciekawa jestem czy w Polsce w tej chwili też tak się dba o mleczaki.
Tutaj zakładają nawet koronki na mleczne zęby, chociaż mam ogromną nadzieję, że Smykowi nie będą one potrzebne.

Z gabinetu Smyk wyszedł obładowany różnymi "skarbami", dentystycznymi (jak nowa szczoteczka) i nie tylko (naklejki) za to bez strachu.

A będąc przy temacie ząbków -  od tygodnia Hultajstwo po myciu zębów płucze usta specjalnym płynem dla dzieci i sprawia mu to niesamowią frajdę.






komentarze (4) | dodaj komentarz

Podkładka

wtorek, 15 września 2009 21:03

Jako jedna z nielicznych osób u mnie w pracy pijam herbatę.

Wodę gotuję w czajniku elektrycznym, którego spód dość mocno się nagrzewa co już nieco uszkodziło blat szafki, na której stoi czajnik.

Zrobiłam więc na szybko podkładkę, żeby nieco ochronić ten blat.

Podkłada wygląda tak:



Na zdj.: Podkładka pod czajnik elektryczny do pracy.


Nie jest to nic wyszukanego, ale spełnia swoje zadanie dość dobrze.

Zużyłam na nią odrobinę bawełnianej włóczki kupionej na garage sale (pisałam o tym tutaj.)



komentarze (2) | dodaj komentarz

Plany na przyszłość

poniedziałek, 14 września 2009 18:48


Jedziemy sobie rodzinnie samochodem. 
Rozmowa zeszła na przyszłość, dość odległą i w pewnym momencie pytam Smyka:


- Może zostaniesz lekarzem, co? Chciałbyś zostać lekarzem?
- Nie, ja cie zostać z mamą i tatą.









komentarze (3) | dodaj komentarz

Naleśniki

piątek, 11 września 2009 21:29

Kiedy Smyk miał zaledwie kilka miesięcy (cztery) okazało się, że ma uczulenie na gluten.
Ponieważ odżywiał się wówczas wyłącznie mlekiem mamy, to ja musiałam przejść na dietę bezglutenową.

W miarę upływu czasu uczulenie stawało się nieco łagodniejsze a ja mogłam zjeść od czasu do czasu kromkę chleba.

Kiedy Smyk podrósł i zaczłą zajadać inne pokarmy, nigdy nie chciał jeść pieczywa czy potraw mącznych. Jakby jego organizm wiedział, że tego typu rzeczy nie służą mu za bardzo.

Ale jakiś rok temu zaczęło się to zmieniać. 
Szkrab zaczął jeść chlebek - ale tylko suchy, bez żadnego masła, wędliny czy sera.

Wiosną zjadł pierwszego naleśnika.
Ależ się wtedy cieszyłam! 
Zjadł CAŁEGO naleśnika! 
Taki mały a tyle zjadł!

Poza tym, naleśniki poszerzyły nam nieco menu aprobowane przez Dziecko, a nigdy nie było ono zbyt bogate.

Z czasem opanowałam też proporcje produktów, żeby otrzymać trzy naleśniki: jeden dla Smyka, dwa dla mnie.

A wkrótce potem nadszedł kolejny przełom: po spałaszowaniu swojego naleśnika, Hultajstwo zaczął wołać o kolejnego. 
I teraz proporcje się odwróciły: to ja jem jednego naleśnika a Smyk dwa.

Nie mam zamiaru eksperymentować w celu opracowania proporcji na cztery naleśniki. 
Poczekam aż Hultajstwo dojdzie do trzech...

I jak to się dzieje, że kolejny raz zaskoczył mnie fakt, że moje dziecko dorasta?







komentarze (3) | dodaj komentarz

Czapka z dzwoneczkami

czwartek, 10 września 2009 18:41

 

Wiadomo, że dzieci szybko rosną.

Oznacza to między innymi nową kurtkę zimową co roku.

Na ten sezon Smyk ma aż dwie nowe kurtki: jedną dostał w spadku po synku znajomych, drugą kupiłam mu na garage sale.

Oczywiście są w innych kolorach niż te dotychczasowe, więc stare czapki nie bardzo do nich pasują.

Ponieważ jedna z nich jest żółta, a do tego nowa wiatrówka, choć ciemno-niebieska ma żółte wykończenia, postanowiłam zrobić Smykowi żółtą czapkę na tę zimę.

Niestety w przypadku czapek dla chłopców nie ma takiego bogactwa wzorów i fasonów jak w przypadku czapek dla dziewczynek.

Nie chciało mi się zbytnio kombinować, wszak było upalnie - czapkę robiłam w lipcu.

Powstała zupełnie prosta czapka zrobiona dżersejem, z podwójnym ściągaczem a jedynym ozdobnikiem są trzy dzwoneczki na trzech rogach wieńczących czapę.

 

Na zdj.: Żółta czapka z dzwoneczkami.

 

To te dzwoneczki właśnie sprawiły, że niemal nie mogłam ich doszyć do końca bo już mi Hultajswo wyrywał czapkę z ręki i wpychał na głowę a potem chodził w niej po domu mimo trzydziestostopniowych upałów. 

 

Na zdj.: Smyk w nowej czapce.


 

Udało mi się w końcu czapkę skonfiskować. 

Teraz czeka na nadejście chłodniejszych dni na najwyższej półce, tam, gdzie nie dosięgniej jej Smyk.

 

Na zdj.: Zbliżenie dzwoneczka.


 

Czapka jest zrobiona z włóczki Premier Yarns Serenity Worsted Weight (180m/100 gr) na drutach 3 i 3.5 mm. Zużyłam około pół motka.

Dzwoneczki - to te bożonarodzeniowe...

 

Na zdj.: Czapka z dzwoneczkami - widok z góry.


 

Teraz już mi się Hultajstwo nie zgubi na spacerze...

 

komentarze (6) | dodaj komentarz

Skojarzenia

środa, 09 września 2009 17:47

 

Smyk ma ostatnio fazę na koniki.

Zabawki-koniki.

Wracając z zakupów zatrzymałam się na jakiejś garage sale i kupiłam mu dwie figurki: brązowego z plastiku oraz jabłkowitego z porcelitu.

 

Jak łatwo się można domyślić ten drugi stracił dwie nogi i ucho w ciągu pierwszych piętnastu minut pobytu w naszym domu, uszkadzając przy okazji naszą pięknie odnowioną podłogę.

 

Smykowi żal było bardzo konika, ale postanowiliśmy z mężem go jednak nie sklejać, żeby oszczędzić resztę podłogi.

 

Przy okazji miała miejsce pogadanka na temat odporności różnych materiałów na rzucanie i upuszczanie. W skrócie: szkło potłuc łatwo, plastik nieco trudniej, acz jest to możliwe (a w wykonaniu Hultajstwa nawet bardzo prawdopodobne).

 

Kilka godzin później Hultajstwo szalejąc po domu upadł. Pytam czy bardzo się potłukł, na co rezolutny Szkrab odpowiada:

 

- Ja nie potukłem się. - Chwilę myśli i pyta:

- Ja jeciem plastiku?






komentarze (4) | dodaj komentarz

Gruszki

wtorek, 08 września 2009 20:05

Gruszki sztuk cztery dojrzały i zostały spałaszowane jakiś miesiąc temu.
Smaczne były.


Na zdj.: Gruszka.

Niestety jabłonka długo niedomagała i niemal spisałam ją już na straty, ale w końcu zaczęła wypuszczać nowe listeczki, ale w tym roku wisi na niej jedno smętne maleńkie jabłuszko.

Oba drzewka zostały posadzone tej wiosny, więc nie narzekam. Po prostu nie mogę się doczekać przyszłorocznych zbiorów.

W owocowym temacie: białe winogrona już zjedzone, co do kuleczki. 
Ciemne coraz ciemniejsze, ale nadal zbyt cierpkie aby je zjeść.

Natomiast jesienne maliny rozpeiszczają nas swoją słodyczą, a maliniak nieco rozrósł się od zeszłego roku ku naszej ogromnej radości.

Trzy lata temu posadziłam niewielki krzak jaśminu, ale nie odpowiadało mu miejce i co podrósł, to gałązki usychały. W tym roku przesadziłam go i już widzę, że nowe miejsce bardziej mu służy, bo nie dość, że ładnie rośnie to jeszcze zakwitł. A jak pachnie!



Na zdj.: Jaśmin.


I na koniec jeszcze cynie, wysiane z nasion zebranych dwa lata temu. 
Zapomniałam gdzie je schowałam i dopiero tej wiosny znalazłam przypadkiem.



Na zdj.: Cynia jasnoróżowa.



Na zdj.: Cynia amarantowa.


Na zdj.: Cynia czerwona.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o pomidorach, ale to następnym razem.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Głodne dziecko

piątek, 04 września 2009 17:58

 

Smyk snuje się po domu wieczorową porą.

Zagaduje, że chce cukierka, ale spotyka się z odmową - już jest po kąpieli i myciu zębów.

 

W końcu opierając się o framugę drzwi mówi:

 

- Ja cie coś zjeść zieby ja nie umzieła... 





komentarze (6) | dodaj komentarz

Zapasy na zimę

czwartek, 03 września 2009 17:42

 

Lato, to tu gdzie mieszkam czas garage/yard sales.

Kiedy tylko przestaje w Oregonie padać, już wiosną co niecierpliwsi przeglądają domy i pozbywają się swoich śmieci.

Wiadomo wszak, że to co dla jednych wydaje się bezużytecznym śmieciem, w oczach innych jawi się jako najbardziej poszukiwany skarb.

 

W większości przypadków rzeczy oferowane na tych wyprzedażach to rzeczywiście śmieci, ale czasem uda się znaleźć coś ciekawego.

 

Tego lata uzupełniłam swoje i tak już niemałe robótkowe zapasy o kilka „zdobyczy", szczególnie jeśli chodzi o haft.

Najpierw kupiłam za 8 dolarów całą reklamówkę muliny. Po wysypaniu zawartości na dywan wyglądało to dość beznadziejnie:

 

Na zdj.: Kłębowisko muliny - zawartość reklamówki.

 

Ale po krótkiej zabawie udało się wyodrębnić całkiem sporo bo 200 nienapoczętych motków mulinki. Wiele z kolorów jest po kilka moteczków, czyli, że będzie ich można użyć do większych projektów. Sporo było też mulinki nawiniętej na kartoniki, bez opisów wprawdzie, ale mi to absolutnie nie przeszkadza. 

Pozostał jeszcze wielki nierozsupłany węzeł gordyjski. Spoczywa sobie na dnie szafy - jakoś nie mam serca go wyrzucić.

Co jakiś czas, w przypływie natchnienia łapię za jakąś wystającą nitkę, ciągnę i nawijam na kartonik. 

 

Na zdj.: Nienapoczęte mulinki ułożone wg kolorów.

 

Na innej wyprzedaży kupiłam sporo kanwy w różnych kolorach i jeszcze trochę mulinki - powstaje już z nich jeden projekt, ale musi zaczekać z prezentacją aż go ukończę.

 

Kolejna wyprzedaż - całe pudełko po butach bawełny, takiej grubszej, jak na akcesoria kuchenne - też za dolara.

 

Na zdj.: Bawełna kupiona na garage sale.

 

Dołączyła ona do wcześniej zakupionych motków, z których zrobiłam podkładki-kwiatki (prezentowane tutaj).

Mam już kilka pomysłów na zagospodarowanie tej bawełny podczas słotnych jesienno-zimowych wieczorów.

 

Staram się już nie kupować włóczek do robienia na drutach, bo mam całkiem spory własny zapas, ale czasem po prostu nie można nie kupić. No bo jak nie kupić 0.8 kg mieszanki wełny z nylonem (95/5%) za 1 dolara? No jak przejść obojętnie obok, zwłaszcza, że jest to taki piękny cieniutki granat?

 

W kwestii materiałów do robótkowania jestem zatem do zimy przygotowana odpowiednio. 

Jedyną rzeczą, której może się okazać mam niewystarczająco to... czas.


 

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Póka

środa, 02 września 2009 18:31

 

Kiedyś na garage sale kupiłam Smykowi niewielką gumową pszczółkę, postać z "Filmu o pszczołach" (Adama, dla tych którzy film kojarzą).

 

Smyk był zachwycony i przez jakiś czas z zabawką się nie rozstawał ani na chwilę. Później jakby mu nieco przeszło.

 

Pewnego poranka dojeżdżamy już do  przedszkola kiedy Smyk nagle stwierdza:

 

- Cie póke!

- Co chcesz?

- Póke!

- Półkę?

- Nie! Póke!!!

 

Za nic nie mogliśmy się dogadać o co dziecku chodzi, polały się łzy, niestety nie wpłynęły one na polepszenie mojej domyślności.

Dopiero po jakimś czasie wpadłam na to, że chodziło o pszczółkę... 

Ale zbitki „psz" ,  „sp" i  „sm" są póki co poza możliwościami wymowy Hultajstwa. 

Stąd póka (pszczółka), pać (spać), pok (smok) itp.

 

 

 

 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kabeje

wtorek, 01 września 2009 17:51

 

Po lipcowym remoncie wprowadziliśmy kilka niewielkich zmian, między innymi odtwarzacze DVD/VHS przenieśliśmy na niższą półkę, na wysokość wzroku Smyka i w zasięgu jego rączek.

 

Teraz po każdym seansie bajkowym Smyk podchodzi do odtwarzacza i sam go wyłącza. Ponieważ nie zawsze pamięta, który przycisk ma przycisnąć w którym sprzęcie, lekko dotyka każdego po kolei pytając „Ten?"

 

Podłączanie kabelków wzbudziło żywe zainteresowanie Hultajstwa, wyjaśniliśmy mu w prosty sposób o co chodzi.

 

Kilka tygodni później Smyk bawił się w kuchni kiedy ja gotowałam obiad.

Ustawił na stole tarkę do jarzyn i w większe otworki zaczął wciskać części robota kuchennego (końcówki do ubijania piany).

 

 

Na zdj.: Smyk-kostruktor przy pracy.

 

 

W końcu z dumą zaprezentował dzieło hultajskiej myśli technicznej:

 

- Pac mama!

- Co robisz?

-  Ja łąciam kabeje zieby tu moźna bajke oglądać!

 



Na zdj.: Odtwarzacz konstrukcji Smyka.


Osobom będącym na bakier z techniką, elektroniką czy dziedzinami pokrewnymi wyjaśniam, że zdjęcie powyżej przedstawia telewizor z podłączonymi kabelkami od DVD/magnetowidu i teraz dzięki naszemu dziecku możemy oglądać bajki także  w kuchni.

 

 

komentarze (6) | dodaj komentarz

Piękny kapelusz

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 17:58

 

Tata wychodząc z domu z zamiarem podlania ogródka wkłada na głowę czapkę bejzbolówkę. 

Smyk spogląda na tatę i woła z zachwytem:

 

- Jaki Ty mas pięęękny kapelus!





komentarze (5) | dodaj komentarz

Serwetka z kwiatuszkiem

piątek, 28 sierpnia 2009 19:37


W ramach zagospodarowywania resztek i reszteczek zrobiłam niewielką (27x30cm) serwetkę filetową:



Na zdj.: Serwetka filetowa z kwiatuszkiem w środku.


Serwetka jest skromniutka - jedynie w środku zdobi ją motyw kwiatuszka. 
Pasuje idealnie na niewielki stoliczek a wyglądają razem  tak uroczo, że koleżanka myślała, że kupiliśmy nowy mebel.

Nie wiem z jakich to nici, bo kupione już napoczęte na jakijś garage sale, ale to jedne z tych cieńszych.

Tym razem kwadraciki wyszły w miarę "kwadratowe", ponieważ zastosowałam radę znalezioną gdzieć w necie: zamiast słupków robiłam słupki podwójne.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ksyś/Ksiś

czwartek, 27 sierpnia 2009 18:07

 

Czy ja już wspominałam o tym,że od jakiegoś czasu Smyk już nie mówi Syzyś?

W końcu nauczył się mówić Ksyś.

 

Bawiąc się w parku, dzieci naszych polskich znajomych wołają na Smyka Krzyś, a anglojęzyczne dzieciaki podłapują i wołają Ksiś. Wymówienie poprawnie imienia Krzyś przekracza możliwości... chyba wszelkich nacji poza Słowianami...

 

Ponadto Smyk nauczył się w końcu mówić cielwony - dotąd kolor czerwony to był kejwony.

 

Nadal Hultajstwo nie rozróżnia formy męskiej od żeńskiej używając tej ostatniej mówiąc o sobie. 

Dodaje też często niewłaściwe końcówki do czasowników i rzeczowników zapewniając nam niezłą rozrywkę.

Poprawiamy i pozostaje nam jedynie nadzieja, że w końcu załapie poprawne formy.

 

 

 


komentarze (5) | dodaj komentarz

Nad rzeką

środa, 26 sierpnia 2009 20:18

W minioną niedzielę wybraliśmy się na krótką wycieczkę nad rzekę McKenzie. 
To z niej mamy wodę w kranie a jest to jedna z lepszych wód w USA pod względem jakości.

Celem wycieczki nie było leniwe leżakowanie na brzegu, ale poćwiczenie zastanych mięśni.

Zaczęliśmy od jednego z ulubionych naszych miejsc, czyli od wodospadu Sahalie, w pobliżu którego zaparkowaliśmy samochód.



Na zdj.: Wodospad Sahalie


Wzdłuż urwistego brzegu rzeki prowadzi wąską dróżką szlak. Można udać się w górę biegu rzeki, np. do jeziora Clear Lake, albo w dół, tak jak to zrobiliśmy tym razem.

Po drodze szumiała nam dość głośno kipiel McKenzie a my rozkoszowaliśmy się widokiem krystalicznie czystej wody.



Na zdj.: Rzeka McKenzie


Wkrótce dotarliśmy do kolejnego wodospadu: Koosah Falls. 



Na zdj.: Wodospad Koosah


Smykowi najbardziej podobała się tęcza - na szczęście nie usiłował dotrzeć do jej końca. 



Na zdj.: Smykowa "Tęcza"


Dotychczas stąd wracaliśmy do punktu wyjścia, ponieważ spacer wzdłuż McKenzie stanowił tylko część dłuższego wyjazdu.

W niedzielę poszliśmy jeszcze dalej w dół rzeki, aż do sztucznego zbiornika Carmen.




Na zdj.: Carmen Reservoir


Tam zabawiliśmy chwilę i rozpoczął się powrót. 
Niestety Smyk był już zmęczony i tata musiał go nieść przez większość drogi.

Potem pojechaliśmy jeszcze nad pobliskie jezioro Big Lake. Hultajstwo zasnął w samochodzie a kiedy zaparkowaliśmy nad wodą, tata myszkował sobie po okolicy a ja wybrałam sobie miejsce z widokiem na lustro wody, wyciągnęłam druty i oddałam się relaksowi w promieniach popołudniowego słońca.

PS
Więcej zdjęć znad McKenzie można obejrzeć tutaj (z podkładem muzycznym.)


komentarze (7) | dodaj komentarz

26-29/2009

wtorek, 25 sierpnia 2009 18:18

 

Ostatnio przeczytane:

Trudny trup (Joanna Chmielewska)

 

Fragment powieści: "Co najmniej przez kilka miesięcy szukałam trupa. Nie rozkopywałam grobów i ugorów, nie zwiedzałam kostnic, starych piwnic ani śmietników, nie gmerałam w gliniankach. Szukałam we własnym umyśle i w ludzkich plotkach, także w mediach, prezentujących wydarzenia okropne i krwawe w taki sposób, żeby przypadkiem jakieś niewłaściwe tajemnice nie wyszły na jaw. (...) Trupa żądała ode mnie Martusia."





Walka o ogień (Joseph Henri Rosny)


Spokojne życie pewnego plemienia zostaje przerwane wypadkiem w wyniku którego gaśnie przechowywany przez nich ogień. Trzech młodych wojowników wyrusza na poszukiwanie nowego ognia, przemierzając sawannę, spotykając prehistoryczne stworzenia i inne plemiona, np. plemię kanibali ... Akcja powieści toczy się na tle dzikiej i bujnej przyrody. W olbrzymich gajach i na rozległych sawannach żyją gromadki pierwotnych ludzi, którym w każdej chwili, zwłaszcza w porze nocnej, zagrażają różne niebezpieczeństwa, szczególnie ze strony potężnych, dzikich zwierząt: mamutów, tygrysów, lwów, niedźwiedzi jaskiniowych.

Na podstawie tej powieści nakręcono w 1981 roku film pod tym samym tytułem.



  



Ramiona Nemezis (Steven Saylor)


Rzym, rok 72 p.n.e. Powstanie niewolników pod wodzą Spartakusa w fazie kulminacyjnej. W eleganckiej willi nad morzem ginie z ręki mordercy bogaty Rzymianin, poszlaki obciążają dwóch zbiegłych niewolników. Gordianus Poszukiwacz - rzymski pierwowzór prywatnego detektywa z czarnych kryminałów Chandlera i Archera - usiłuje dojść prawdy, tocząc walkę z nieubłaganym czasem i niebezpiecznymi ludźmi. Jeśli mu się nie uda, zginie stu niewolników...



 


Rzeźnia Numer Pięć (Kurt Vonnegut)

 

Nota wydawcy: "Rzeźnia numer pięć w zamyśle autora miała być jego pierwszą książką. A jednak Vonnegut potrzebował dystansu lat, a także doświadczenia wynikającego z publikacji czterech wcześniejszych powieści, by wreszcie przelać na papier swe doświadczenia z czasów, kiedy jako jeniec wojenny był świadkiem bombardowania Drezna. W rezultacie powstała książka uchodząca za jedną z najwybitniejszych amerykańskich powieści antywojennych; książka o pisarzu, który nie potrafił wymazać z pamięci wspomnień z czasów wojny, chociaż z racji swojego zawodu od lat zajmuje się tworzeniem fikcji; książka silnie autobiograficzna, mieszająca dokument z science fiction, pełna trupów i gwałtu, oskarżeń i egzorcyzmów, panicznego strachu i miłości; wreszcie - mówiąc słowami autora - książka "krótka i popaprana, bo o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego".






komentarze (4) | dodaj komentarz

Lew

poniedziałek, 24 sierpnia 2009 20:56

Jakiś czas temu pisałam o książeczce pokazującej jak krok po kroku narysować zwierzątka.

Udało mi się niedawno namówić Smyka do narysowania kolejnego zwierzaka, tym razem padło na lwa.


Na rys.: Lew narysowany przez Smyka.


Wprawdzie na lew w wykonaniu mojej Pociechy (ok, oczy narysowałam ja) wygląda bardziej jak szczurek, ale co tam...
Wokół lwa buchają ogienie czyli płomienie ognia.

A pod spodem zdjęcie strony z książeczki - to dla tych, którzy mieliby ochotę narysować sobie takiego kociaka.



Na rys.: Instrukcja jak narysować lwa.


komentarze (2) | dodaj komentarz

Brzydki nawyk

piątek, 21 sierpnia 2009 17:38

 

Niedawno Smyk zaczłą pchać paluchy do buzi. 

Nie jest to obgryzanie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale widzę, że intryguje go zabawa paznokcie + zęby, zwłaszcza powstające przy tym odgłosy.

 

Martwi mnie to. 

Jako dziecko obgryzałam paznokcie i do teraz często pcham paluchy do buzi np. przy czytaniu.

 

Kiedy mówię Smykowi, żeby tak nie robił, odpowiada mi na to, że ja też tak robię. 

No wiem! I wiem też jak trudno się od tego odzwyczaić i dlatego nie chcę, żeby On do tego prztywykł!

 

 

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Aniołki

czwartek, 20 sierpnia 2009 17:46

Margie. Koleżanka z pracy.

Ostatnio życie dość mocno Nią potarmosiło - nie wiem czy to jej Anioł Stróż na chwilę przysnął, czy się gdzieć zapodział, ale widać potrzebne mu wsparcie. 
Otrzymał je w postaci trzech haftowanych aniołków:



Na zdj.: Haftowane aniołki dla Margie. 


Obrazek powstał na jasno niebieskiej kanwie Aida 14 a motyw aniołków pochodzi z książki "Quick as a wink", chociaż tam były inaczej wykorzystane. Gwiazdki dodałam sama od siebie - wyszyte są złotą nitką, żeby było jeszcze bardziej "anielsko".



Na zdj.: Aniołki w ramce. 

W rzeczywistości kanwa ma odcień nieco mniej intensywny, zdjęcie w ramce lepiej oddaje kolory, tylko nie wiem skąd to załamanie materiału w środku - oglądałam obrazek kilka razy i tak naprawdę tego nie ma! 


komentarze (6) | dodaj komentarz

Złamana gałąź

środa, 19 sierpnia 2009 17:34

 

Bawiąc się z wnuczką sąsiadów, Smyk tak się rozbrykał, że z radości chciał sobie podyndać na gałęzi drzewa rosnącego przed domem sąsiadów.

 

Drzewko młode jeszcze, gałązki ma lichutkie i Hultajstwo złamał tę, na której się zawiesił.

 

Niestety widziała to wnuczka sąsiadów i niezwłocznie nakablowała i mi i sąsiadowi.

 

Dobrze, że Smyk ma u niego szczególne względy, więc skończyło się jedynie na stwierdzeniu faktu.

 

 

 

 

komentarze (3) | dodaj komentarz

Ognisko

wtorek, 18 sierpnia 2009 20:26

Niedawno spotkaliśmy się w kilka rodzin na tradycyjnym polskim ognisku.

Znajomy znajomych miszka kilka kilometrów za miastem, w lesie, w pobliżu przepływa potok a sarenki i jelonki przychodzą paść się do ogródka.

Znikome ślady cywilizacji - idealne miejsce na tego typu imprezę.

Dzieciaki (sztuk 8) mogły biegać i wrzeszczeć do woli.

Wprawdzie rodzice mieli pewne obawy czy aby dom gospodarza nie zostanie zrównany z ziemią, ale ostał się i to nawet w jednym kawałku.

Gospodarz dzieci lubi i na igraszki milusińskich patrzył łaskawym okiem sycąc uszy ich śmiechem, bo jak sam stwierdził, dawno tyle go w tej okolicy nie było.

Kiełbasa pieczona na patyku nad ogniskiem smakowała wyśmienicie, ale dzieciaki bardziej cieszyło palenie słomy wyciąganej z kostek, które służyły nam za siedziska. Spalili jej sporo, cudem jakimś pobliski dom nie poszedł z dymem.

Jak widać kusiliśmy licho dość mocno i w końcu je obudziliśmy. 
Dało ono znać o swojej obecności przez żądełka os, które skądś się znalazły i pokąsały piątkę z ósemki dzieciaków. 
Ciekawe, że nie użądliły nikogo z dorosłych ani 3-miesięcznego niemowlaka w wózku...

Nikt nie jest uczulony na jad, więc na łzach się skończyło. Długo też nie były one przelewane bo palenie słomy okazało się zajęciem zbyt absorbującym, żeby marnować czas na płacz.



Na zdj.: Smyk pokazuje gdzie użądliła go osa.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Jak Hultajstwo "dał nogę" z domu

poniedziałek, 17 sierpnia 2009 18:03

 

Korzystając z chwilowego ochłodzenia (tzn. temperatury zaczynające się od dwójki a nie od trójki czyt czwórki) zabrałam się za porządki przed domem.

 

Kiedy ja plewiłam, przycinałam, sadziłam i podlewałam, Smyk bawił się z wnuczką sąsiada (sąsiad naprawiał coś tamw swoim RV).

 

Dzeciaki świetnie się bawiły i tak zeszło nam na miłych każdemu zajęciach ponad dwie godziny. W końcu stwierdziłam, że trzeba potomka zagnać do domu i nakarmić zanim ssanie w żołądku przełoży się na jego marudzenie.

 

Tak też zrobiliśmy. Po zjedzeniu dwóch miseczek zupy pomidorowej, kiedy ja jeszcze kontemplowałam pyszną herbatkę, Hultajstwo udał się do kuchni sam i po chwili usłyszałam szuranie krzesła.

 

Pomyślałam, że pewnie znowu ciągnie krzesło do pralki, żeby po nim dostać się do szafki z detergentami i bawć się proszkiem do prania (tzn. przesypywać i rozsypywać). 

Ale nagle zrobiło się dziwnie cicho. Za cicho, jakby nikogo w kuchni nie było.

 

Idę sprawdzić co się dzieje.

 

Smyk przyciągnął krzesło, ale do drzwi z kuchni do garażu. Po owtorzeniu tychże, stojąc na krześle był w stanie dosięgnąć do przycisku otwierania właściwych drzwi garażowych (na zawnątrz). Ponieważ poziom garażu jest o dwa stopnie niżej niż poziom domu, normalnie nie jest w stanie sam dosięgnąć do włącznika i ja go podnoszę kiedy bardzo chce włączyć/wyłączyć drzwi.

 

Otworzył garaż i kiedy tam dotarłam znikał już za rogiem domu sąsiada.

W skarpetkch, bo kto by sobie zawracał głowę zakładaniem butów, prawda?

 

Zamek w drzwiach z kuchni do garażu już od dawna nie stanowi dla mojego dziecka żadnej zapory, więc zamykanie drzwi na klucz n a nic się nie zda ...

 

 

 

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Takie kwiatki!

piątek, 14 sierpnia 2009 17:41

Jeszcze w lipcu znalazłam gdzieś w necie zdjęcie uroczych podkładek pod gorące naczynia w kształcie kwiatków. Wydrukowłam sobie zdjęcie - opisu nie było.

Tego samego dnia, w drodze z pracy do domu zatrzymałam się na jakiejś yard sale i kupiłam bawełnę w kilku kolorach - idealną na takie właśnie podkładki.

W domu musiałam, po prostu MUSIAŁAM je zrobić.



Na zdj.: Kwiatki - podkładki pod gorące naczynia.


Pierwsza powstała biała z niebieskim środkiem.
Ponieważ opisu nie było, musiałam sama pokombinować jak podkładkę wykonać.

Niebieski kwiatek z białym środkiem powstał po kilku dniach. Ma mniej płatków i są one nieco krótsze.



Na zdj.: Zastosowanie praktyczne podkładek - dzbanek na każdej z nich.


Mimo, że płatki nie są ze sobą połączone (tylko przy środku), podkładki całkiem nieźle się sprawdzają w kuchni. Płatki zawijają się lekko do środka, dodając dodatkowej przestrzeni między powierzchnią stołu czy blatu szafki a gorącym naczyniem.

Podkładki są zrobione z białej i dżinsowo niebieskiej bawełny Lily Sugar'n Cream Solid (109 m/71gr). 
Trudno mi oszacować ile dokładnie zużyłam włóczki, ponieważ oba motki były napoczęte, powiedzmy, że po 0.8 każdego koloru. Szydełko 3.5 mm - stanowczo za małe, ale nie posiadam większego.



komentarze (6) | dodaj komentarz

Tolcik

czwartek, 13 sierpnia 2009 17:38

 

W przedszkolu jakieś dzieci obchodziły swoje urodziny.

Tego dnia po południu Smyk oświadcza mi, że też chce mieć urodziny. 

Tłumaczę mu jak to z tymi urodzinami jest ale On obstaje przy swoim i do tego żąda tolcika urodzinowego.

 

Ponieważ miałam zakamuflowane w spiżarce takie małe żelkowe ciasteczka przypominające torciki, dałam trzy dziecku. 

Smyk ułożył je na stole, zdmuchnął na każdym z nich wyimaginowaną świeczkę (lub świeczki), odśpiewaliśmy Happy Birthday i torciki zostały spałaszowane.

 

Po chwili Hultajstwo ponownie zażądało tolcików i cała sytuacja (ze śpiewaniem i dmuchaniem świeczek) powtórzyła się.

 

I jeszcze raz .

 

 

 

komentarze (3) | dodaj komentarz

Łódka

środa, 12 sierpnia 2009 19:51

Nasz basenik stoi na tarasie już od połowy maja. 
Trzy miesiące to wystarczająco długo, żeby znudzić się zwykłym pluskaniem. 
Trzeba sobie nieco urozmaicić życie - oto jak wygląda to w wykonaniu Smyka:



Na zdj.: Hultajstwo w swojej łódce.


Styropianowe zabezpieczenie piły (nowy nabytek tatusia) przerobił na łódkę, miotła to wiosło i dalejże pływamy po bezkresach naszego ogrodowego akwenu wodnego!

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zmęczenie

wtorek, 11 sierpnia 2009 17:44

 

Późny wieczór. Smyk chodzi po domu i celowo się wywraca. Pytam:

 

- Synku, co Ci?

- Ja jeśtem baldzio, baldzio, baldzio, baldzio, BALDZIO męciony.






komentarze (3) | dodaj komentarz

Ogródek po upałach

poniedziałek, 10 sierpnia 2009 18:15

Lipcowe upały spustoszyły ogródek.
Oczywiście, że lałam wodę bez opamiętania, ale +40 stopni wykańcza nie tylko ludzi.
Większość kwiatów przekwitła momentalnie i tylko pomidorom dobrze przysłużyła się ta pogoda.

Dzisiaj to, co przetrwało:



Na zdj.: Różowe pelargonie i żółte frezje.


Pelargonie i frezje, mimo, że wystawione do słońca na zwieńczeniu kominka, mają się dość dobrze. 
Czerwone frezje już dawno przekwitły, teraz pora na żółte.



Na zdj.: Aksamitki i żółte nasturcje.


Na aksamitki i nasturcje zwsze można liczyć - na szczęście! 
Dzięki nim choć trochę koloru zostało na rabatce.



Na zdj.: Rabatka: nasturcje, aksamitki i różowe "coś".


Na urodziny dostałam od koleżanki mieszankę nasion kwiatów jednorocznych w kolorze różowym. Jedna z tych roślinek różowi się na zdjęciu powyżej, ale nie mam pojęcia jak się nazywa. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam, a kwiatuszki ma bardzo ładne.

Na zdjęciu poniżej - zbliżenie:



Na zdj.: Nieznana mi z nazwy roślinka z różowymi kwiatami.


Może ktoś zna nazwę tej roślinki i mi podpowie?

A na koniec wieczorne niebo uchwycone obiektywem kilka dni temu:



Na zdj.: Wieczorne niebo.


Zazwyczaj takie zachody mamy zimową porą, latem to jednak ewenement. 
Po "krwistym" zachodzie słońca nie nastąpił żaden kataklizm, przynajmniej nie w naszej okolicy.


komentarze (7) | dodaj komentarz

Nowi koledzy

piątek, 07 sierpnia 2009 17:49

Kilka dni temu poznaliśmy kolejną Polkę i jej dwóch uroczych synów: Michała i Mateusza. 

Chłopcy bardzo ładnie bawili się na placu zabaw a Smykowi do serca przypadł szczególnie młodszy Michał, który jest w tym samym wieku.

Wieczorem nawiązuję do zabawy w parku i sprawdzam czy Hultajstwo pamięta imiona swoich nowych kolegów. Ponieważ Smyk nie bardzo może je sobie przypomnieć, podpowiadam:

- Michał i Mateusz. - a Smyk powtarza za mną, żeby sobie utrwalić:
- Michał i kapelusz.





komentarze (4) | dodaj komentarz

Dziurawy sweter

czwartek, 06 sierpnia 2009 21:30

Wychodzimy wczoraj rano z domu, wkładam swój nowy sweter (ten prezentowany we wczorajszym wpisie).
Hultajstwo łapie mnie za rękaw i pyta:

- Bociego ma dziuly?

No i masz babo placek! Tłumacz dziecku dlaczego ażurowy sweter ma dziury! 
Nie mogę mu powiedzieć, że w celach ozdobnych, bo na fali chęci upiększania otoczenia gotów przyozdobić mi w ażurki wszystkie ubrania i nie tylko, jak to ostatnio zrobił z prześcieradłem - zostawiłam na wierzchu nożyczki i poszłam po coś do kuchni. 
I teraz mamy piękną okrąglutką dziurę na samym środku prześcieradła...





komentarze (5) | dodaj komentarz

Listeczki Splocika

środa, 05 sierpnia 2009 19:49

Będąc dwa lata temu w Polsce kupiłam sobie Sandrę Specjalną Nr 1/2007 "Dzieciaki i dzieciaczki", w której szczególnie spodobał mi się jeden sweterek (Model 13).

Jakiś czas potem nadarzyła się okazja sweterek ten wydziergać, niestety okazało się, że w schemacie był błąd, z którym nie potrafiłam sobie poradzić - to znaczy odnaleźć go i skorygować. 
Skorzystałam z innego schematu i tamten sweterek można zobaczyć tutaj.

Ale sam splot w listeczki nie dawał mi spokoju, więc poprosiłam o pomoc Splocika.
Dość szybko dostałam w ręce poprawiony schemat, ale nie miałam odpowiedniej włóczki, żeby go wykorzystać, tym razem już na sweterek dla siebie. 
Próbki robiłam z pięciu czy sześciu różnych włóczek i do żadnej mi nie pasował. 
Już miałam nawet wyrzuty sumienia, że niepotrzebnie kłopotałam Splocika, kiedy okazało się, że poprawiła Ona schemat raz jeszcze (wpis na tym blogu z dnia 26.04.2009 "Śliczny ażurek i błędy w schemacie")

W końcu wpadła mi w ręce odpowiednia włóczka: Kudelnitsa, kupiona w ubiegłym roku w likwidowanym sklepie internetowym. Jest to mieszanka bawełny i lnu (80/20%), bardzo cieniutka - 100 gramowy motek to aż 500 metrów nici!

13 maja  zaczęło się dłubanie i trwało z przerwami do 31 lipca. 
W piątek pochowałam wszystkie niteczki i sweterek był gotowy do noszenia. 
 samą porę, bo od poniedziałku nieco się ochłodziło, to znaczy rano, kiedy wychodzę do pracy temperatura wynosi mniej niż 20 stopni Celcjusza, więc można, a nawet trzeba zarzucić coś lekkiego na ramiona.

Na sweterek zużyłam rekordowo mało nici, bo tylko 180 gram, druty 2.5 mm.

Słów wystukałam już sporo, teraz pora na zdjęcia:


Na zdj.: Sweterek "Listeczki Splocika" na manekinie.



Oj widzę, że muszę jednak przeszyć guziki bo coś krzywo dekolt się ukada!




Na zdj.: Zbliżenie splotu zastosowanego w sweterku.



Na zdj.: Zbliżenie dekoltu.



Splociku - dziękuję za poprawienie schematu. 
Dzięki Tobie mam teraz śliczny letni ciuszek!


komentarze (10) | dodaj komentarz

Smutna rocznica

wtorek, 04 sierpnia 2009 21:23

Żółw Odrzutowy

poniedziałek, 03 sierpnia 2009 21:25

Dawno, dawno temu, kiedy Smyk miał zaledwie parę miesięcy kupiłam na yard sale książeczkę demonstrującą krok po kroku jak narysować proste obrazki.
Książeczka przeznaczona jest dla dzieci, ale doskonale przydaje się takim beztalenciom jak ja.



Na zdj.: Strona prezentująca jak narysować żółwia.


Smyk do tej pory rysował głównie trudne do odcyfrowania bohomazy ale kilka dni temu udało mi się go namówić do podjęcia próby narysowania żółwia.

Wszystko szło sprawnie i zgodnie z instrukcją przedstawioną na zdjęciu powyżej, i choć może nie aż tak precyzyjnie, to jednak żółw miał tułów, główkę (z oczkami i uśmiechniętą buzią), nogi (maleńkie) i ogonek.



Na zdj.: Żółw autorstwa Hultajstwa.


Wówczas Hultajstwo zabrał się do wypełniania kolorem konturów i wszystko zniknęło pod ciemną zielenią. 

Kiedy już żółw nabrał kolorów, Smyk wykazał się twórczością i zaczął rysować te wszystkie esy floresy, które widać na zdjęciu. Kiedy zapytałam go co to takiego to dowiedziałam się, że przy nóżkach to jest ogień, żeby żółw mógł latać "jak lakieta"
A reszta to trasa lotu żółwia. 
Jak widać paliwa miał sporo i sobie zwierzaczek polatał...


komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 95638

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

W Polsce jest godzina: U Motylka jest godzina:

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Statystyki

Odwiedziny: 95638
Bloog istnieje od: 1237 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: