Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Smykowe mini rozmówki z choinką w tle

poniedziałek, 29 grudnia 2008 16:53

 

Podczas ubierania choinki:

-       Tata pac! Ksyzyś wesia bawki!

-       Krzyś wiesza coś na choince... - mówi tata bez zapału, zajęty czymś innym.

-       Nie! Bawki! (Nie coś, ale zabawki) - prostuje Hultajstwo.

 

*                    *                    *

 

Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu na czerwonym świetle. Na rogu stoi żebrak z długą siwą brodą. Widzi przez szybę Smyka i zaczyna do niego machać ręką. Hultajstwo zauważa żebraka i jego bodę i woła:

- Mama, pac! Kołaj! (Mama, patrz! Mikołaj!)

 

*                    *                    *

 

Hultajstwo wczołguje się pod choinkę i oświadcza:

- Ksyzyś kopie tunel!

 

*                    *                    *

Po szale prezentowym, kiedy to Smyk dostał od każdego znajomego jakiś drobiazg pod choinkę/od Mikołaja/od Aniołka, rozpuszczone dziecko położyło się pod choinką i wystosowało żądanie:

- More prezent! (Więcej prezentów!)

Zarówno Mikołaj jak i Aniołek pozostali głusi na żądania Hultajstwa...

 

*                    *                    *

 

Jedziemy przez zaśnierzone miasto. Smyk otwiera zdumiony oczy i powtarza (całą drogę):

-       Sencie sima! Sencie śnieg! (Wszędzie zima! Wszędzie śnieg!)

 

*                    *                    *

 

Pewnego wieczoru pojechaliśmy do nabogatszej dzielnicy naszego miasta obejrzeć dekoracje ze światełek na tamtejszych posiadłościach. A jest co oglądać bo światełek jest niemal tyle co na domu Grizzwaldów w filmie, który dawno temu widziałam jeszcze w Polsce (ktoś jeszcze pamięta ten film?).  

Feeria świetlnych aniołów, reniferów, Mikołajów, o zwykłych sznurach zaznaczających kształt domu (z każdym oknem i drzwiami) i siatkach z żarówek na wszystkich drzewach wokół każdej posiadłości nie wspomnę. 

Hultajstwo zachwyca się:

- O jany! O ja nie moge! O jeeeeej!

 

*                    *                    *

finka - choinka

fejka - światełka

 

komentarze (8) | dodaj komentarz

Winter Wonderland

piątek, 26 grudnia 2008 17:16

I po świętach.

A same święta choć krótkie, to były bardzo miłe.
I tylko raz się zdenerwowałam. W Wigilię, kiedy ja wszystko przygotowywałam do wieczerzy, Hultajstwo dopadło rolkę po papierowych ręcznikach. Nasadził ją na kran w kuchni tak, że drugi koniec wystawał poza zlew.
Odkręcił wodę.
Poleciaaaałooo na podłogę.
Nie przewidywałam już mycia podłóg, ale musiałam nieco zmodyfikować plany.

Mimo to, aniołek widać uznał, że Smyk był grzeczny i przyniósł mu prezent, a w zasadzie kilka prezentów.
Hultajstwo dorwało się do nich i otwierało każdy po kolei nie bacząc czy to dla niego czy dla rodziców.
Przystopował dopiero przy śmieciarce.
Tak, bo Hultajstwo dostało od aniołka śmieciarę!

Ach ten zachwyt na buzi dziecka! Lepiej aniołek nie mógł trafić! 
Resztę wieczoru poświęciliśmyna produkcję śmieci, które wkładaliśmy do małego kosza na śmieci a potem Smyk w roli operatora śmieciarki specjalnym podajnikiem podnosił kosz na śmieci do góry i kiprował do wnętrza śmieciarki.

Nawet spał czule obejmując śmieciarkę...

Tutaj zdjęcia z bożonarodzeniowego poranka - Hultajstwo jeszcze w piżamce, ale śmieciary nadal nie wypuszcza z objęć:


Nawet zabrał ją ze sobą w góry!

Ponieważ nie wybieraliśmy się do nikogo, ani nikt nas nie odwiedzał w Boże Narodzenie, wybraliśmy się, tak jak w zeszłym roku w góry, na śnieg.

A w górach pięknie jak w bajce:

  

Załadowaliśmy Smyka na sanki i poszliśmy na spacer. Hultajstwo zajadał śnieg i lizał sople, a ja mam dzisiaj zakwasy na nogach. Ale chyba lepsze zakwasy niż ból żołądka z przejedzenia...

Potem zaczęło mocno wiać i sypnęło śniegiem, więc przenieśliśmy się nieco niżej, nad Clear Lake:


Między drzewami było cicho i spokojnnie a oprócz nas była tam tylko jeszcze jedna rodzinka. Z drogi dojazdowej urządziliśmy sobie tor saneczkowy i poszaleliśmy troszkę biorąc ostro zakręty i zatrzymując się w zaspach do pasa.

Hultajstwo zażyczyło sobie kopać tunel. Tata wyciąnął z samochodu łopatę i chłopaki zabrali się do roboty. Smyk pokopał tylko troszkę, ale załapał się na fotkę:


Potem pałeczkę przejął tata. Kopali, kopali, ale nie dokopali się do końca zaspy i skończyło się na dość głębokiej jamie, do której wchodzili na zmianę (Smyk stwierdził, że to jego domek). 
A ja w tym czasie obserwowałam sobie kaczki na jeziorze i ucztujące ptaszki:


Ponieważ narobiłam sporo zimowych zdjęć, wystarczyło ich na oprawę graficzną do zimowej piosenki. Poniżej Winter Wonderland ze zdjęciami z naszej wczorajszej wycieczki w góry. Miłego oglądania!




PS
Planujemy kolejny wyjazd na biały puch w sobotę!

komentarze (7) | dodaj komentarz

Życzenia świąteczne

środa, 24 grudnia 2008 16:19

Niech się spełnią świąteczne życzenia,

Te łatwe i te trudne do spełnienia.

Niech się spełnią te duże i te małe, 

Te mówione głośno lub wcale,

Niech się spełnią wszystkie krok po kroku

W nadchodzącym nowym roku!


Obiecałam prezent pod choinkę. Niestety nie udaje mi się wstawić filmu z uTube. 

W związku z tym proszę kliknąć na link poniżej, i ten łańcuch choinkowy zaprowadzi Was pod moją choinkę.

CHOINKA 2008



komentarze (15) | dodaj komentarz

Kudłacz

wtorek, 23 grudnia 2008 18:39

W komentarzu do wczorajszego wpisu Ewa zapytała czy są u nas serniki i makowce.

Serników takich jak w Polsce NIE MA. Są tak zwane czizkejki (cheesecake), ale one nie mają zbyt wiele wspólnego z tym co my określamy jako sernik. 
Owszem, są dość smaczne, ale...

Można wyprodukować sobie biały serek (tu gdzie mieszkam biały ser w tradycyjnej formie jest nie do dostania) i zrobić własny sernik: do galona mleka wlewamy opakowanie maślanki, a dalej postępujemy jak w przypadku produkcji białego sera. 
Ja się w tym roku zagapiłam i jak sobie przypomniałam to było troszkę za późno.

Mak można kupić, na wagę, ale ja nie dorobiłam się jeszcze maszynki do mielenia maku, więc makowca u nas też nie będzie.

Od czasu narodzin Smyka na święta piekę dwa ciasta: góralski przekładaniec i kudłacz.

Góralski przekładaniec jest robiony na miodzie, i potrzebuje kilku dni, żeby dojść czyli zmięknąć. Idealne ciasto na święta, bo piecze się je kilka dni wcześniej i można się już spokojnie oddać sprzątaniu.

Kudłacz to ulubione ciasto mojego męża. Ja też je bardzo lubię, więc znika u nas w tempie ekspresowym. Dzisiaj przepis na to właśnie ciasto.

KUDŁACZ

Składniki na ciasto:

2 szklanki mąki
1 szklanka cukru
5 dag masła lub margaryny (roztopionego i ostudzonego)
1 jajko
0.5 szklanki mleka
2 łyżki miodu
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystkie składniki zmiksować i upiec w średnio nagrzanym piekarniku - ja piekę w temp 175 - 180 stopni Celcjusza (350 F) tak 25 - 30 minut. 

Składniki na polewę:

0.5 szklanki mleka
20 dag  masła lub margaryny
2 łyżki kakao (ja daję 3 razy tyle)
1 szklanka cukru
20-25 dag kokosu

Mleko, margarynę, kakao i cukier rozgrzać w rondelku i gotować ok. 5 minut.

Wystudzone ciasto  pokroić w kostkę (ja kroję w dość drobną kostkę 3x3 cm):



Kostki po kolei maczamy w polewie:



panierujemy kokosem:



i gotowe:



Kudłacz najlepszy jest po jednym lub dwóch dniach, kiedy wszystkie składniki panierki przenikną ciasto. Pyszności!



SMACZNEGO!

komentarze (11) | dodaj komentarz

Choinka

poniedziałek, 22 grudnia 2008 19:58

W sobotę pojawiła się u nas długo wyczekana choinka.

Dlaczego już w sobotę a nie w Wigilię, jakt to jest w zwyczaju?
W Wigilię idę jeszcze do pracy i wolałam mieć pod kontrolą akcję ubierania choinki.
I nie o aspekt estetyczny tu chodzi - niech sobie będzie ozdobiona jak tylko się to moim panom podoba.

To może napiszę jak to było w sobotę i niech to będzie odpowiedzią na pytanie DLACZEGO.

Tata został oddelegowany do zajęcia się choinką.
Ponieważ lało jak z cebra (i nadal leje, i tak ma lać przez najbliższy tydzień), tata wymknął się z domu cichcem i pojechał kupić drzewko sam, bez Hultajstwa.
Potem razem już osadzili drzewko w stojaku, poprzycinali niektóre gałązki i choinka została wniesiona do domu.

Przyniosłam dwa kartony ozdób choinkowy, do których z miejsca przyssał się Smyk i zaszyłam się w kuchni przy produkcji uszek do barszczu.

Hultajstwo dopadło pudełko z drewnianymi zabawkami na choinkę kupionymi latem na yard sale, usadowił się wygodnie na podłodze i zaczłą przysrtrajać choinkę.



Tata zabrał się za zakładanie światełek i gwiazdki na czubek choinki. 

Kiedy kończyłam lepić uszka, zarówno gwiazdka jak i światełka już radośnie mrugały z choinki, wszystkie przedłużacze zostały odnalezione, podłączone i dyskretnie pochowane tak, żeby się o nie nie potykać. I w tym momencie zapał męża gdzieś się zapodział a mąż zapadł się w miękkości kanapy przed telewizorem i na tym skończyło się ubieranie choinki w jego wykonaniu.

Zostawiłam lepienie uszek i przejęłam pałeczkę. Po kolejnej półgodzine znudziło się też i Hultajstwu i zabrał się za bardzo przemyślane przeszkadzanie.
2 godziny i 10 (potłuczonych) bobek później choinka była już przystrojona:



A mi zostało tylko posprzątać ten cały bałagan jaki się przy okazji (i wybitnej  pomocy Hultajstwa) zrobił, dokończyć lepienie uszek i posprzątać kuchnię. Bez presji czasowej zrobiłam to wszystko i nawet się nie zdenerwowałam (chociaż przy okazji dowiedziałam się, że program telewizyjny na kanale dziwiątym kończy się o północy...) Obawiam się, że w Wigilię tak pięknie by nie było i dlatego choinkę mamy już od soboty. 

Uszka też, chociaż musiałam je zakamuflować na samym dnie zamrażalnika, bo mi je zaczął Smyk wyciągać i jeść takie zamrożone.

Wczoraj też upiekłam ciasta i teraz zastanawiam się gdzie je schować przed mrówkami i samą sobą...

W Wigilijny wieczór pojawi się na moim blogu filmik choinkowy. Z racji różnicy w czasie mogę się zabawić w aniołka i dostarczyć prezencik pod choinkę (u mnie  wdomu prezenty pod choinkę przynosił aniołek),



komentarze (10) | dodaj komentarz

Rekompensata za zaginioną przesyłkę

piątek, 19 grudnia 2008 21:05

Przyznam się Wam, że bywają kłopoty z moimi przesyłkami do Polski. 
Ginął bez śladu. 
Nie zawsze i nie wszystkie, ale widać wśród niektórych listonoszy pokutuje przekonanie, że każda koperta z USA jest wypchana dolarami. Zapewnie nie załapali jeszcze, że w dobie bankowości internetowej są szybsze i pewniejsze sposoby przekazania pieniędzy. Zapewne nie oglądają też wiadomości i nie wiedzą, że USA dręczy od jakiegoś czasu kryzys ekonomiczny, więc osoby wysyłające listy do Polski mogą nie mieć środków na "wkładki" pieniężne. No i chyba nie bardzo chcą uwierzyć, że szczęście mogą innym dać niekoniecznie banknoty wetknięte do koperty a sama kartka urodzinowa w niej się znajdująca, bądź jakiś drobiazg, na przykład własnoręcznie zrobiony na drutach przez kogoś. Pewnie niektórzy pukają się w głowę otwierając kopertę z końca świata i znajdując w niej sweterek zrobiony na drutach i zero gotówki! Rozczarowani muszą być niezmiernie, ale sami są sobie winni - po co otwierali przesyłkę im powierzoną, ale nie do nich adresowaną?

Zdaję sobie sprawę, że zdecydowana większość pracowników Poczty Polskiej odznacza się nieposzlakowaną uczciwością, niemniej jednak był taki okres, kiedy notorycznie moje listy do babci ginęły. Do czasu aż zaczęłam na kopercie pisać, że w środku nie ma pieniędzy. Listy zaczęły dochodzić i to w ekspresowym tempie.

@)-->-->--                    @)-->-->--                    @)-->-->--

Pierwszego września, autrka jednego z zaprzyjaźnionych blogów obchodziła urodziny. Posłałam jej kartkę urodzinową oraz kilka pocztówek z Oregonu. Koperta zaginęła bez śladu. Było mi bardzo przykro - adresatka musiała pomyśleć, że zapomniałam o Niej.
Postanowiłam Jej to jakoś zrekompensować, i w ten sposób powstał taki maleńki igielnik:



Kolory i motywy nawiązują bezpośrednio do blogu i upodobań osoby obdarowanej igielnikiem. Jestem ciekawa, czy patrząc na zdjęcia ktoś zgadnie o kogo chodzi. Dla kogo zrobiłam ten drobiazg? Pytanie prościutkie. Igielnik jest dla: 

Karri Angel 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wyróżnienia

czwartek, 18 grudnia 2008 17:58

Mój blog został ostatnio wyrtóżniony, i to dwukrotnie przez Splocika wyróżnieniami:  
I love your blog oraz Uber Amazing Blog
Te wyróżnienia sprawiły mi sporą przyjemność, bo świadczą o tym, że Splocik lubi tu do mnie zaglądać,czytać i oglądać, dobrze się czuje w Okruchach. Mam nadzieję, że nie tylko Splocik.

 

Zasady przyznawania wyróżnienia skopiowałam z wpisu u Splocika, a  są one następujące:


Wyróżnienie jakiegoś bloga nie należy traktować jako zabawę i nie należy przyznawać go na zasadzie "bo kogoś lubię" lecz jako przemyślaną nominację.

Nagroda - wyróżnienie, "Uber Amazing Blog", przyznawana jest blogom, które:

- inspirują Cię;
- sprawiają, że uśmiechasz się / śmiejesz się;
- przedstawiają zdumiewające, niesamowite informacje;
- mają dużo do poczytania;
- zawierają zdumiewające projekty;
- są jakieś inne powody, dla których sądzisz, że są niesamowite.

Zasady przyznawania nagrody-wyróżnienia są następujące:

- należy umieścić logo na swoim blogu;
- należy wyznaczyć przynajmniej 5 blogów (może być więcej), które są dla Ciebie Uber Amazing (Super Zdumiewające)
- należy powiadomić wyróżnionych, że otrzymali nagrodę Uber Amazing Blog, przez wpisanie komentarza na ich blogach;
- podać link do bloga i osoby, która otrzymała nagrodę-wyróżnienie od Ciebie. 

Wyróżnienie otrzymałam już jakiś czas temu, ale przyznam, że miałam poważny problem z wybraniem Super Zdumiewających blogów, bo takich, które mnie inspirują, bawią, zadziwiają czy zdumiewają jest sporo.

Moje nominacje (porządek alfabetyczny):


 

@)-->-->--                    @)-->-->--                    @)-->-->--

 

 

Wyróżnienie I love your blog, również przyznane przez Splocika.

 

Tym razem sprawa jest łatwiejsza, bo mam podać 7 blogów, które uwielbiam

Jak już pisałam, jest wiele blogów, na które lubię zaglądać, choć ostatnio już powoli zaczyna brakować mi czasu na komentowanie, ale jest kilka wśród nich, które lubię najbardziej i zaraz z rana pędzę sprawdzić czy nie ma jakiegoś nowego wpisu:

 

Dzień po dniu

Karri Angel

Marudniasty

Poziomka w Mieście

Splocik


 

Jest też jeden blog, na którym od jakiegoś czasu nie pojawiają się nowe wpisy, i już się nie poajwią. Dodawane  mimo to komentarze świadczą o tym, że nawet w wirtualnym świecie można stać się sobie bardzo bliskim.  Ten blog to blog Werki.

 

6 blogów, i niech tak pozostanie. Trudno mi zdecydować się na wybranie jednego spośród tylu lubianych przeze mnie.

 

Splociku, jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za przyznane mi wyróżnienia!

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zasypało nas

środa, 17 grudnia 2008 18:27

Zima w końcu do nas dotarła i to z wielkim hukiem.

W niedzielę w nocy, dokładnie o 22.00, zaczął padać śnieg a do rana napadało 15 cm, w związku z tym wszystkie szkoły i przedszkola w naszym mieście i okolicy zostały zamknięte. 

Już o 9 rano brykaliśmy ze Smykiem po śniegu w ogródku, chociaż ze zrobieniem bałwana były spore kłopoty ponieważ było dość zimno i śnieg był zbyt suchy na lepienie czegokolwiek. W południe wypogodziło się, wyszło słoneczko i zaczęło topić śnieg na plandekach przykrywających składzik drewna. Woda ściekała na śnieg i z tego mokrego śniegu udało mi się ulepić małego bałwanka dla Smyka:


Spełnienie zimowych marzeń Hultajstwa: bałwanek.

Poszliśmy też na zimowy spacer, tzn. Hultajstwo siedziało na sankach a mama robiła za siłę napędową. Żałowałam, że nie zabrałam aparatu bo sceneria była bajkowa. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki, słońce skrzące się na świerzym śniegu. Takiej zimy nie doświadczyłam od czasu wyjazdu z Polski, czyli od stycznia 2004 roku.

A potem spadła znacznie temperatura, w nocy z poniedziałku na wtorek było -12 stopni Celcjusza i w związku z tym we wtorek wszystkie szkoły i przedszkola znowu były zamknięte. 

Więc dalej uskutecznialiśmy zimowe rozrywki na śniegu korzystając z Zimy Stulecia w Eugene (ostatni raz takie mrozy były tutaj podobno 8 czy 10 lat temu).

Prądu nam nie wyłączyli, wodę też mamy oraz pokaźny składzik drewna do kominka, więc poza internetem niczego nam nie brakowało (ciągle nikomu nie chce się zabrać za naprawę domowego komputera).

Jedyna niedogodność jest taka, że przy tak niskich temperaturach na zewnątrz trzeba wstać w nocy i dołożyć drewna do kominka. A rano trzeba wstać i sprawdzić w TV czy szkoły już otwarte czy dalej zamknięte.

Dzisiaj otwarte, ale jak sprawdzi się prognoza pogody to do świąt mogę sidzieć w domu z Hultajstwem bo najpierw ma padać marznący deszcz a potem śnieg. Czyli mamy tu taką dość typową polską zimę, ze śniegiem skrzypiącym pod butami - wiecie jak to potrafi ucieszyć po pięciu latach?

A na koniec zdjęcia zrobione o zachodzie słońca. Uwielbiam te chwile właśnie zimą, bo niebo jest wtedy takie:

Wieczorne niebo na domem sąsiadów 




komentarze (9) | dodaj komentarz

"bo"

piątek, 12 grudnia 2008 18:47

Ostatnio Hultajstwo nadużywa wyrazu "bo".
Pytam się go o coś, a on powoli, z namaszczeniem zaczyna zdanie od "bo", robi krótkę pauzę i kończy zdanie. 

Najczęściej użycie "bo" nie ma żadnego uzasadnienia.

W przedszkolu stoi sobie poidełko. 
Naciska się guziczek i leci strumień wody, można nałapać w usta i napić się. 
Czy spragniony czy nie, Smyk zawsze musiał skorzystać. 
Ale jakiś czas temu poidełko się zepsuło.

Wczoraj, wychodząc z przedszkola, Smyk zaczął mnie ciągnąć w stronę poidełka, czyli dokładnie w przeciwnym kirunku niż drzwi wyjściowe. Pytam:

- A po co chcesz tam iść?
- Bo woda nał puta. (Bo woda jest teraz zepsuta.)

@)-->-->--                    @)-->-->--               @)-->-->--

Smyk jakoś sobie zakodował, że "obie/oba" to synonim wyrazu "dwa" i teraz używa czy pasuje czy nie: oba jenki (obie ręce), oba siu (oba buty) a jak się zapytam ile chce cukierków to odpowiada:

- Oba!

komentarze (5) | dodaj komentarz

K(r)owa

czwartek, 11 grudnia 2008 18:17

Dzisiaj wraca temat brzydkich wyrazów.

Nie jestem święta, zdarza mi się wyrazić coś dosadnie, ale niezmiernie rzadko, natomiast mąż traktuje takie wyrazy jak przecinki.
Od dawna zwracałam mu uwagę na to, że w końcu Smyk zacznie powtarzać za nim, ale zawsze słyszałam w odpowiedzi, że jest jeszcze za mały, nie roumie, zapomni.

Okazuje się, że ani nie jest za mały, ani nie zapomina i doskonale rozumie o co biega.

W niedzielny poranek dość często robię kakao z pianką, czyli składniki miksuję w robocie kuchennym. Pewnego razu nalałam za dużo mleka i po włączeniu miksera, wybiło pokrywkę i zalało szafkę. Moja reakcja:

- O rany!

Przybiega Hultajstwo, widzi bałagan i woła:

- O kowa!
- No i co, dalej twierdzisz, że zapomni? - pytam męża, bo akurat tego poranka TO słowo w domu nie padło, a dziecko jakoś zapamiętało i zastosowało adekwatnie do sytuacji.

Usiłowałam obrócić kota ogonem:

- Krowa? A gdzie jest twoja krowa? O tutaj! - i szybko przyniosłam taką latarenkę-krówkę, która po przyciśnięciu ogona świeczy i robi Muuu!, ale Smyk nie w ciemię bity i nie kupił.

Jakiś czas mąż się miarkował, ale przy okazji wymiany kranu Hultajstwo znowu się nasłuchało koncertu.

I nie wiem co mam z tym fantem zrobić.

komentarze (13) | dodaj komentarz

43 - 48/2008

środa, 10 grudnia 2008 17:49

Ostatnio przeczytane:
Alchemik (Paulo Coelho)
Kod Leonarda da Vinci (Dan Brown)
Spadkobiercy (William Golding)
Kapturek, który zjadł wilka (Katarzyna Bzowska-Gudmundsson)
Opowiadania fantastyczne (E.T.A Hoffman)
11 minut (Paulo Coelho)


komentarze (4) | dodaj komentarz

Mini dialogi łazienkowe

wtorek, 09 grudnia 2008 19:29

Na początek oczywiste stwierdzenie, które pada z ust Smyka codziennie podczas pławienia się w wannie. Przewracając się z brzuszka na plecy, lub z pleców na brzuszek oświadcza z błogą miną:

- Woda taka miła hoc! (Woda jest tak miło ciepła!)

*               *               *

Na butelce z szamponem Smyka są narysowane kolorowe figury geometryczne. 
Na ich przykładzie ćwiczyliśmy rozpoznawanie kształtów i kolorów (żółte koło, czerwony trójkąt, fioletowy kwadrat, niebieska gwiazdka) - teraz też się tak bawimy, chociaż to już bułka z masłem dla Hultajstwa. 
Żeby trochę utrudnić mu zadanie wskazuję zygzaki z boku butelki:

- A jaki to kolor?
- Green. - Smyk chwilę przygląda się szlaczkom i dodaje - Tsss!
- Wężyki?
- Tak.
- A skąd Ty wiesz, że węże robię SSS?
- Bolku Lolku.

*               *               *

Hultajstwo bawi się w wannie plastikowymi garnkami i naczyniami. Podsuwa mi talerzyk z odrobiną wody i łyżeczką. Udaję, że zjadam.

- Pyszne! A co to jest?
- Kapka! (Kanapka.)

*               *               *

Siedząc w wannie rozpościera ramiona i zachęca mnie:

- Kac! Ksyzyś zapie! (Skacz, Krzyś złapie!)

*               *               *

Hultajstwo bawi się w wannie, nagle wstaje, wyciąga do mnie dłoń z poleceniem:

- Daj hand! - poczym potrząsa energicznie moją dłonią mówiąc:
- Ceść! - A po chwili nachyla się do mnie i dostaję siarczystego buziaka:
- Mua!

*               *               *

Jak wiadomo ostatnio jest u nas na tapecie kwestia załatwiania potrzeb fizjologicznych. Pewnego wieczoru podczas kąpieli Hultajstwo staje na czworakach na prostych nóżkach i rączkach i woła:

- Pac! Łała tak sika! - poczym demontruje (dosłownie) jak to piesek sika...

*               *               *

Hultajstwo towarzyszy mi w łazience podczas załatwiania potrzeby. Po użyciu papieru toaletowego rzuca się do rolki i skrzętnie nawija  z powrotem na rolkę tę część, która swobodnie zwisa stwierdzając:

- Za duzo! 

Innego dnia z kolei ściąga rolkę z wieszaka, podaje mi i każe położyć na prapecie okiennym poza jego zasięgiem.

A teraz wyjaśnienie skąd takie zachowania u mojego dziecka.
Kiedy Hultajstwo łowiło ryby w sedesie, potrafił zużyć w tym celu całą rolkę papieru. Wydzielałam mu więc po kawałku, zabierając rolkę ze stwierdzeniem, że za dużo, i odkładałam ją na parapet okienka, który jest na tyle wysoko, że Smyk tam się nie może jeszcze dostać, za to dorosły może sięgnąć ręką siedząc na muszli. 

*               *               *

Podczas kąpieli Hultajstwo wsadza usta do kubka z wodą i wydmuchuje powietrze robiąc bul bul bul
Zachwycony tą nową umiejętnością entuzjastycznie prezentuje ją mamie:

- Mama pac! Bul bul bul...

*               *               *

Po  kąpieli usiłuję wytrzeć Smyka do sucha, ale Hultajstwo zabiera mi ręcznik, usiłuje się nim owinąć wokół (pomagam mu przy tym) oświadczając, że ręcznik owinięty wokół ciała to jego kenka (sukienka).

*               *               * 
I jeszcze kilka wyrazów ze słownika Smyka:

bobel - krople
sioko - wysoko
kopel - helikopter
oba jenki - obie ręce
pasiam - przepraszam
posie - proszę
tomec - termometr
kipu - keczup
likak - poliż (loda)
sunek - rysunek
mok - smok
bołik - balonik

komentarze (5) | dodaj komentarz

Prezenty

poniedziałek, 08 grudnia 2008 18:24

W sobotę, czyli 6 grudnia, Mikołaj nie zapomniał o mnie! 
Przybył ok. 8.30 przynosząc ze sobą dzieci koleżanki (2 szt.) do przechowania na cały dzień. 
Na osłodę dostałam całą torbę słodyczy.

Ale nie było źle - dzieci są już duże (6 i 8 lat) i bardzo grzeczne. Mniej przy nich zachodu niż przy jednym Hultajstwie. 

Bezinteresowny odruch serca (czyli zgoda na zajęcie się dziećmi) rychło został wynagrodzony prawdziwym prezentem mikołajkowym przyniesionym w południe przez listonosza.

Dostałam przesyłkę od Uli, a kiedy otworzyłam kopertę, oto co ujrzałam:



Kiedyś pożaliłam się Uli, że moje "ABC dziewiarstwa ręcznego" , jeszcze po mamie, przepadło. 
Ula zapamiętała, a będąc na targu staroci kupiła mi ją i przysłała, wkładając do koperty jeszcze gazetki robótkowe: grudniową Sandrę i Sandrę Specjalną. Renifery musiały pomagać poczcie bo przesyłka dotarła do mnie w ciągu 6 dni! 
Przeglądając książkę odżyły wspomnienia - z tej książki korzystała jeszcze moja mama i do tej pory pamiętam sweterek z kaczuszką, który nosiłam jako dziecko - wzór kaczuszki pochodził właśnie z tej książki. Ula - sprawiłaś mi niesamowitą radość! Dziękuję! serce

Na fali mikołajkowego uszczęśliwiania przytargaliśmy z graciarni fotel dla Hultajstwa - taki sam, który niedawno wyrzuciliśmy, i który Smyk wspominał przez te całe 3 tygodnie. Dziecko bardziej się ucieszyło niż jakby dostało worek słodyczy...

Wieczorem przyjechała odebrać swoje pociechy koleżanka.
Nie dostała od nas jakiegoś szczególnego prezentu mikołajkowego (dzieci dostały szydełkowe Mikołaje), dostała za to prezent urodzinowy, bo dzisiaj są jej urodziny.

Jakiś czas temu koleżanka, krawcowa z Polski, zrobiła sobie tutaj licencję i otworzyła własny interes. Wymyśliła sobie nazwę zakładu krawieckiego, zamówiła wizytówki i metki z logo firmy. A w sobotę dostała coś co każdej krawcowej jest bardzo potrzebne czyli igielnik:



Pomysł na zrobienie tego drobiazgu przyszedł, kiedy zobaczyłam podobny na blogu Splocika, jeszcze w sierpniu. Bardzo mi się spodobał a mniej więcej w tym samym czasie koleżanka pokazywała mi firmowe metki i wizytówki. Motyw kwiatka oraz kolorystyka nawiązują do logo firmy.
Miałam problem z kwiatkiem - nigdzie nie mogłam znaleźć nawet podobnego. Z pomocą przyszła mi Splocik - po prostu rozrysowała mi kwiatka! Splociku - dziękuję, bez Ciebie ten igielnik by nie powstał!

Wyszywanie zielonego tła było nudne jak flaki z olejem, ale chciałam, żeby całość jak najbardziej nawiązywała do logo firmy koleżanki. Z tyłu igielnika wyszyłam nazwę firmy:



Na drugim zdjęciu widać trochę wizytówkę i metkę. Ponieważ są dość małe, ciężko mi było zrobić dobre, wyraźne zdjęcie.
Koleżance prezent spodobał się, a należy Ona do tych osób, które potrafią docenić czas i trud włożone w wykonanie czegoś takiego, bo sama oprócz szycia robi na drutach, szydełkuje i haftuje.

komentarze (11) | dodaj komentarz

Mikołaj tuż tuż

piątek, 05 grudnia 2008 18:10

Już wdrapuje się na dach i zmierza do komina, już zakrada się do twojego pokoju, żeby zostawić Ci coś pod poduszką.

A mój Mikołaj wygląda tak:



To ten sam, co od wczoraj ozdabia tło blogu. 
Jeszcze przed ubiegłymi świętami natknęłam się w sieci na ten blog , i zawartą w nim instrukcję obrazkową jak takie mikołaje wykonać. Wydrukowałam sobie opis, jak to przeważnie czynię z wzorami, które szczególnie mi się spodobają, ale dopiero w tym sezonie moją choinkę ozdobią ci mali brodacze.

Zrobiłam je już w sierpniu z mulinki takiej, jakiej używa się do wyszywania krzyżykami. Nie miałam odpowiednio cieńkiej włóczki w potrzebnych kolorach, poza tym potrzeba jej bardzo niewiele. Nawet jak się chce wyprodukować całą zgraję mikołajkową:



Nie wszystkie Mikołaje zawisną na moim drzewku. Większość z nich właśnie wędruje do nowych właścicieli (jeden już dotarł na miejsce.) Prawdę powiedziawszy to został mi jeden, który od dzisiaj wisi na monitorze komputera, ale zostało mi jeszcze trochę nici, więc chyba dorobię jeszcze kilka w najbliższym czasie. Tym bardziej, że szukając wczoraj linka do blogu MARAVILHAS DO CROCHE (ten sam podany powyżej), kiedy już otworzyłam tę stronę i przyjrzałam się dobrze kolorowym fotografiom (ja pracowałam w oparciu o czarno-białe wydruki) to zauważyłam, że popełniłam błąd - i pewnie dlatego biała broda moich Mikusiów nieco odstaje od części różowej. 

komentarze (6) | dodaj komentarz

Potty training II

czwartek, 04 grudnia 2008 17:52

Smyk już od dawna jest świadomy swoich potrzeb fizjologicznych i nawet miał okresy, kiedy załatwiał się do ubikacji, ale jak mu się ta atrakcja znudziła to wracał do pieluch. Skrzętnie wykorzystywał wszelkie zawirowania typu wyjazd do Polski czy choroby, zwłaszcza moje. 

Jak pech to pech! Mama w końcu wyzdrowiała, nabrała sił i zdecydowanie zawołała: 

Dosyć! Basta!  Enough!

Decyzja zapadła, że koniec z pieluchami i nie ma od niej odwołania. Dzisiaj mijają dwa tygodnie od tego dnia.

Oczywiście Smyk tę decyzję oprotestował. Nie straszny był mu szlaban na słodycze czy bajki. Przez pierwsze 3 dni ani razu nie poprosił ani o jedno ani o drugie, bo miał zapowiedziane, że dostanie wtedy, jak się załatwi do nocnika. 

Pierwszego dnia raz zrobił siku do nocnika, resztę w gacie. Wieczorem nastawiłam pranie.

Drugiego dnia dwa razy zawołał, że musi siusiu, reszta poszła w gacie. Wieczorem nastawiłam pranie.

Trzeciego dnia nastąpiła eskalacja akcji protestacyjnej Hultajstwa - cały dzień załatwiał się tylko i wyłącznie w majtki, tak, że zabrakło nam czystych. Spodni nie, bo ma sporo, ale pod koniec dnia i tak biegał po domu z gołym tyłkiem. Pojechałam do sklepu dokupić majtek. Tego dnia dwa razy nastawiałam pralkę. Pełną.

Przyznam, że byłam zrozpaczona. Mąż sugerował odpuszczenie sobie, ale wyjaśniłam mu, że to jest próba sił. Ten kto pierwszy odpuści będzie przegrany na całej linii i to nie mogę być ja, bo ileż dziecko ma chodzić w pieluchach?

Czwartego dnia nastąpił przełom. Smyk zaczął wołać, że potrzebuje do toalety. I już tak zostało. Częstotliwość prania wróciła do normy. Apetyt Smykowi zmalał - za każdym razem jak się załatwi do nocnika/ubikacji dostaje cukierka albo żelka.

Do rytuału weszło samodzielne wynoszenie przez Hultajstwo nocnika do łazienki i wylewanie zawartości do muszli oraz spłukiwanie wody. I to tylko do tej małej toalety, bardziej oddalonej niż łazienka. Dziwne, ale jeszcze nic się po drodze nie wylało na podłogę.

Oczywiście zdarzają się wypadki, oraz celowa dywersja - dziwnym trafem Hultajstwo zawsze zleje się w majtki jak rozmawiam przez telefon z tatą. Coś mi tu zalatuje zazdrością. W nocy też są pieluchy i w czasie drzemki w ciągu dnia.

W przedszkolu Hultajstwo nie chce mówić paniom, że musi siusiu i leje w gacie. Jak zrobi kupę to wdrapuje się na stół do zmieniania pieluch i czeka, aż któraś pani go zauważy i przyjdzie mu zmienić pieluchę.

Poza domem doszły nam nowe atrakcje: szukanie toalety w sklepie w trakcie zakupów (na szczęście z tym akurat nie ma tutaj problemów) oraz zatrzymywanie się w McDonaldsie na siusiu, bo za daleko do domu.

 

komentarze (7) | dodaj komentarz

Gdzie ta zima?

środa, 03 grudnia 2008 17:53

Mimo, że to już grudzień, zimy ani widu ani słychu. Nawet przymrozków jeszcze nie było, więc w ogródku kwitną jeszcze resztki kwiatów i nawet truskawki zielenią się na krzaczkach! W dniu urodzin Smyka zerwaliśmy ostatnie maliny i kilka truskawek. 
A oto co jeszcze ożywia kolorami jesienny ogródek:



Ostatnia kwitnąca róża - pozostałe ścięłam i wstawiłam do wazonu. Tę jedną zostawiłam, ponieważ jest pierwszą rzeczą, na którą pada wzrok po wyjściu na taras. Pozostałe róże przycięłam już na zimę. Może trochę wcześnie, ale co roku w styczniu okazuje się, że zaczynają puszczać nowe listki a jeszcze nie przycięte, więc skorzystałam z tego, że nie padało. Róż u nas nie trzeba zabezpieczać przed mrozem. Klimat dość łagodny - pisałam już, że nawet mieczyków nie wykopuje się tutaj na zimę i nic im to nie szkodzi.

Kiedy Smyk bawił się ostatnio w piaskownicy w ogródku a ja wykorzystując chwile, kiedy to nie domaga się mojego towarzystwa robiłam mini porządki w  ogródku to przycinając, tamto wyrzucając, zauważyłam, że rozchodnik ma już zalążki nowych pędów. Wydaje mi się, że to trochę wcześnie, że nie powinny się pojawić aż do wiosny -  czy ktoś może wypowiedzieć się fachowo w tej sprawie? Nie wiem czy to oznacza łagodną zimę i wczesną wiosnę? Rośliny takie rzeczy czują.

Już dawno wyszły szafirki - mam teraz taką małą zieloną łączkę na grządce. Ciekawe ile z nich zakwitnie wiosną. To są jedne z tych przesadzonych w tym roku cebulek - bardzo się namnożyły i aż za głowę się złapałam jak zobaczyłam ile tego drobiazgu po wykopaniu.

Wysadziłam też rozsadę goździków. Co roku zbieram nasionka i je wysiewam. Wysiewają się też same, ale w ten sposób łatwiej mi regulować wygląd ogródka.

Nagietki i nasturcje powysiewały się same. Niestety wiem, że nasturcje nie przetrwają przymrozków, nagietkom nie powinno nic zaszkodzić o ile nie przyjdą ostre mrozy. 
Póki co dzisiaj rano było znowu +10 stopni Celcjusza, nie pada nawet deszcz i nawet w górach nie ma śniegu. A Hultajstwo napatrzyło się na zimę w bajkach i męczy o bałwanka i sanki...

komentarze (9) | dodaj komentarz

Gdzie jeszcze da się wleźć?

wtorek, 02 grudnia 2008 18:05

Będąc w niedzielę w sklepie, kiedy już wybraliśmy wśród jedynych 150-ciu kranów nasz nowy kran do kuchni, postanowiliśmy dać się wybiegać dziecku - w końcu w sklepie jest więcej na to miejsca niż w domu. Hultajstwo z poświęceniem uprawiało biegi z przerwami na trenowanie kondycji mamusi czyli każąc wozić się szybciej wózkiem na zakupy. 

Poszliśmy obejrzeć resztę armatury oraz szafki kuchenne. Kto wie? Może w końcu trafię w totka (gram sporadycznie) i wystąpi nagła potrzeba zagospodarowania kilku milionów dolarów? 

Tym razem nastąpił cud, czyli udało nam się znaleźć szafki, które spodobały się i mi i mężowi a w zasadzie to całej naszej trójce. 
Hultajstwu najbardziej spodobały się marmurowe blaty na które się wdrapywał oraz dolne szafki, do których z uporem maniaka właził i kazał zamykać drzwiczki. 
To ostatnio jedna z jego ulubionych zabaw. 
Wywala cały sprzęt z upatrzonej szafki kuchennej (tej z  robotami kuchennymi) i pakuje się na półkę zamykając drzwiczki od środka.

W sklepie nie miałam przy sobie aparatu, ale w domu zabawa została uwieczniona:



komentarze (7) | dodaj komentarz

Awaria

poniedziałek, 01 grudnia 2008 17:49

Wczoraj w porze obiadowej Hultajstwo przyciągnęło się do kuchni właśnie w momencie kiedy brałam się za kulanie klusek śląskich (jadamy je z sosem pieczarkowym). Oczywiście musiał mi pomóc, ale kiedy zaczął dosypywać mąki kartoflanej do gotowej masy musiałam szybko znaleźć mu inne zajęcie. 
To, na co Smyk ma zawsze ochotę i co zawsze go interesuje to taplanie się w wodzie. Zaproponowałam więc mycie rączek ubielonych mąką. Reakcja była taka, jakiej oczekiwałam.

Taplanie w zlewie przebiega według ustalonego schematu. Zatykam odpływ, wlewam odrobinę płynu do mycia naczyń, żeby zrobiły się piana, czyli bobo, chowam płyn i mydło w płynie żeby mi go Hultajstwo nie wychlapało do końca i mogę zająć się czymś innym a Smyka mam z głowy na godzinę albo i dłużej. 
Tylko muszę go potem przebrać w suche rzeczy.


Smyk poświęcił się produkcji piany. Dodatkowa atrakcja przy tej frapującej czynności to taki kran z wysuwaną końcówką - w środku jest ukryty wężyk, więc końcówkę można wyciągnąć i pochlapać sobie dookoła. Ja oddałam się  przygotowywaniu obiadu.

Kluski ukulane, idę do spiżarki po mąkę, żeby wykończyć sos pieczarkowy jak tu nagle coś mi nie chluśnie na kark. Patrzę co to moje dziecię wymyśliło i widzę strumień wody bijący z kranu przez całą kuchnię, uderzający w szafkę tuż pod sufitem i rozpryskujący się fontanną po całej kuchni.

Jakoś nie byłam w nastroju uwieczniać tego widoku na fotografii. Szybko zakręciłam wodę i dopiero wtedy zobaczyłam co się właściwie stało: urwała się plastikowa część łącząca wężyk z końcówką kranu. Zapewne zużycie materiału bo aż takie silne to moje dziecię nie jest, żeby go obwiniać o urwanie tej części.

Posprzątaliśmy, zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do sklepu po nowy kran. Dobrze, że sklep otwarty w niedzielę.

Po powrocie tata zabrał się za wymianę kranu co okazało się dość skomplikowane, bo stary kran był przykręcony taką śrubą, że ciężko było dojść do niej kluczem a jak się już to udało to nie było miejsca na przekręcanie tego klucza. W końcu mąż trzymał śrubę kluczem a ja kręciłam kranem u góry. Było to możliwe tylko dlatego, że kran był krótszy o urwaną końcówkę. 
Hultajstwo dzielnie plątało się pod nogami podbierając tacie śrubokręty i klucze - części nowego kranu przezornie umieściłam poza jego zasięgiem. 
W końcu wywabiłam go z kuchni lodami i bajką na DVD, ale i tak co chwila zaglądał do kuchni pytając:

- Jak idzie tata?

Jakoś poszło. Po dwóch godzinach można było znowu używać zlew. Nowy kran ma inną śrubę mocującą od spodu, więc jakby co, to... 
Poza tym kupiliśmy taki kran z osobnym wężykiem - nie wyciąganym z końcówki kranu tylko wychodzącym ze zlewu osobnym otworem. Tak na wszelki wypadek.

A ja zachodzę w głowę jakim cudem awaria miała miejsce w niedzielę - przecież takie rzeczy ZAWSZE zdarzają się podczas nieobecności męża, najczęściej kiedy wyjeżdża służbowo na cały tydzień.

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zimowy komplet

piątek, 28 listopada 2008 18:36

Pod koniec ubiegłego sezonu kupiłam sobie na przecenie kurtkę zimową. 
Wiadomo jak to jest z przecenami: korzystne ceny, ale mały wybór asortymentu. 
Kolor kurtki nie należy do moich ulubionych: niebieski wpadający lekko w morski.

I tutaj wystąpił problem: do kurtki przydałaby się czapka, ale do takiego specyficznego odcienia niebieskiego ciężko mi było dobrać jakiś kolor. Szukałam i szukałam, aż się w końcu zdecydowałam na odcień Royal Blue włóczki Nashua Creative Focus Superwash (50% wełna, 50% akryl) produkcji Rumuńskiej (ok. 200 m/100g). Z niecałych dwóch motków kupionych w Smiley's Yarn (o zakupach pisałam niedawno tutaj) powstał taki oto komplet:



Pierwsza wersja czapki była to czapka krasnala wg opisu Zdzid. Nie doczekała się ona uwiecznienia na fotografii. Czapka wyszła mi za duża i chodziłam w niej jedynie do czasu zrobienia nowej, tym razem w warkocze. Zasadnicza część czapki zrobiona jest z warkoczy z 6 oczek. Redukcję oczek zrobiłam tak, że przy przeplataniu warkocza zmniejszyłam ilość oczek z 6 na 4, a przy kolejnym przeplataniu z 4 na 2. Dodatkowo zredukowałam liczbę oczek lewych między warkoczami z 3 na 1. Efekt całkiem zadawalający:



Zapewne jakby dobrze poszukać to można by gdzieś znaleść opis wykonania takiej czapki, ale ja zrobiłam swoją nie posługując się żadnymi opisami - całkowicie z głowy. 

Pomiędzy dwiema wersjami czapki powstał do kompletu golfik (zamiast szalika):



Golfik powstał według opisu zamieszczonego na blogu 2 owieczki. Jedyną wprowadzoną przeze mnie zmianą było wcześniejsze zakończenie, raptem o kilka rzędów.

Włóczki zostało mi jeszcze wystarczająco dużo na mitenki. Nawet zrobiłam jedną, ale doszłam do wniosku, że nie są mi potrzebne, więc po co mam robić coś, co będzie zalegało w szafie przesuwane z kąta w kąt. Na wyprawy w góry mam polarkowe zarękawki najlepsze na świecie i choć nie wydziergane na drutach nie mam zamiaru zamieniać ich na nic innego. Mitenkę sprułam a włóczkę odłożyłam do pudełka z resztkami.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Fotel

środa, 26 listopada 2008 17:45

Był sobie fotel. 
Typowy amerykański, czyli większy od samochodu (wg. teorii męża "taki duży, żeby się do niego zmieściły wielkie amerykańskie d***"), na dodatek można się było w nim bujać. 

Kupiliśmy go tuż przed narodzinami Smyka.
Fantastycznie sprawdzał się do karmienia, lulania, usypiania. 
Z czasem stał się ulubionym meblem Hultajstwa. To na nim spożywał większość posiłków, w nim oglądał bajki, a że fotel był ogromny, Smyk i mama mogli sobie na nim siedzieć ramię w ramię, albo raczej pupa w pupę i na przykład czytać razem książeczki.

Niestety w miarę upływu czasu, fotel zaczął miejscowo zmieniać kolor - pokrywał się kurzem oraz tym co Hultajstwo pochłaniało i wydalało (wszystkimi możliwymi otworami). 
Jakiś czas walczyłam z przybywającymi plamami, ale w końcu poddałam się. Przyznać muszę, że katalizatorem były także wyczyny kaskaderskie, które zaczął na fotelu wyczyniać Smyk.

Dzień, kiedy świętowaliśmy urodziny Hultajstwa był ostatnim dniem fotela. 
W związku z małym przemeblowaniem na imprezę, fotel opuścił przytulne wnętrze naszego salonu. Zamieszanie sprawiło, że Smyk zrazu tego nie zauważył. 
Następnego dnia udaliśmy się na urodziny syna znajomych. Wracamy do domu ok. 20.30. Hultajstwo w biegu zrzuca kurtkę i pędzi do pokoju, zatacza piękny łuk na drodze z kuchni do tej części pokoju, gdzie stał zawsze fotel i już pochyla się, żeby efektownie zakończyć bieg rzutem na fotel z okrzykiem "Bajka!", kiedy nagle staje jak wryty, bezradnie rozkłada rączki i rozglądając się wokół mówi 

Nie ma fotel!

Jeszcze przez kilka kolejnych dni szukał tego fotela, aż znalazł go na tarasie. Radośnie się na nim usadowił i nie chciał wracać do domu. Dopiero po pierwszym deszczu, kiedy fotel zamókł - Smyk odpuścił.

Ale mamy dla dziecka niespodziankę! Mamy drugi, taki sam fotel, który stoi w pokoju-graciarni. Mamy zamiar przytaszczyć go do dziennego pokoju po Bożym Narodzeniu, a raczej po usunięciu choinki, która zajmie mniej więcej tyle miejsca co ten mebel.

komentarze (12) | dodaj komentarz

Nowość na rynku: paczka samopakująca!

wtorek, 25 listopada 2008 20:45

Paczka sama się pakuje:



...i gotowa do wysłania:




komentarze (9) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki niedzielne

poniedziałek, 24 listopada 2008 20:12

Dzisiaj króciutko, bo mam huk roboty:

Standardowy niedzielny poranek - Hultajstwo budzi mnie słowami:

- Mama open oki! - a kiedy już ogromnym wysiłkiem woli zmuszam się do wykonania tej czynności i spoglądam półprzytomnie na Smyka, widzę jego uśmiechniętą buzię i słyszę:

- Hi!


*                *                *


Pod sklepem zoologicznym. Czekamy z Hultajstwem w samochodzie na tatę, który kupuje robaki dla rybek. W końcu tata przychodzi i jak tylko otwiera drzwi samochodu Smyk woła:

- Tata daj baki pys!


*                *                *


Hultajstwo udaje, że kicha:

- Aaaa pik!




*                *                *


Hultajstwo dorwał mój śpiwór. Włazi do niego, wyłazi. Każe zasunąć suwak, odsunąć. 
W końcu usadowił się w środku i oświadcza:

- A łała zapał Ksyzyś tu bzuchu! (Potwór złapał Krzysia do swojego brzucha!)



*                *                *


Wieczorem, po myciu kładziemy się do łóżka. Smyk wybiera książeczkę, podaje tacie i wydaje polecenie:

- Kitaj! (Czytaj!)

komentarze (6) | dodaj komentarz

Dylemat

piątek, 21 listopada 2008 17:45

Jakiś czas temu (we wrześniu i październiku) zrobiłam dość poważne zakupy włóczkowe.
Najpierw poszalałam w Smiley's Yarn. Mają tam niedrogą włóczkę, ale jest pewien haczyk: trzeba złóżyć zamówienie na co najmniej 50 dolarów. A ja potrzebowałam jedynie brakujące 2 motki czarnej Bernat Lana na Central Park Hoodie. (Miałam już 3 motki w domu, bo kiedyś miałam co do nich inne zamiary i tylko tyle mi trzeba było do ich realizacji, tyle, że plany się zmieniły i wystąpiła potrzeba dokupienia wełenki.)
Przeglądałam ich asortyment chyba z setkę razy, w końcu zdecydowałam się na takie zakupy:



1. Bernat Lana (merino) w kolorze dżinsowym 
2. Bernat Lana (merino) w kolorze beżowym
3 i 4. Bernat Lana (merino) w kolorze czarnym 
5. Nashua Creative Focus Superwash (100 % superwash wool) w kolorze groszkowym 
6. Nashua Creative Focus Superwash (100 % superwash wool) w kolorze niebieskim - dwa motki na czapkę i golfik (szyjogrzej) 
7. Filatura Lanarota Super Cable (bawełna mercyzowana) w kolorze Caribbean 

Numerek 3 już zagospodarowany, numerek 6 w trakcie roboty, nr 7 - coś tam się po głowie pląta co z tego ma powstać, ale to w dalszej przyszłości.

Jeszcze zamówiona włóczka do mnie nie dotarła a ja już zrobiłam kolejne zakupy. Przez chwilę zastanawiałam się czy mi już całkiem odbiło i czy nie powinnam się może leczyć, ale jak można przepuścić taką okazję? Internetowy sklep Taiga Yarns pozbywał się części asortymentu chcąc się skoncentrować na włóczce jednej marki. Cała reszta była na sprzedaż przeceniona o 50% a i przed przeceną mieli dość przystępne ceny. 
Zaszalałam:




1. Silky Path (50/50 wełna/akryl) kolor niebieski 
2. Baby (chyba 20/80 wełna/akryl) kolor jasno niebieski 
3. Moscow Chic kolor niebieski (50/50 wełna/kaszmir)
4. Countryside (50/50 wełna/akryl) kolor zielony 
5. Alpaka - dżinsowy niebieski
6. Alpaka - groszkowy zielony 
7. Bawełna Sunny, granatowa 
8. Bawełna Sunny, biała 
9. Kudelnista (60/40 bawełna/len) 
10.  Azalia (30/70 bawełna/wiskoza) - ciemnoniebieska

Absolutny hit dla mnie to numerek 3 - szkoda, że już wyprzedali tę włóczkę, bo bym kupiła zapas na następne XX lat. Wspaniała faktura w moim ulubionym odcieniu koloru niebieskiego (troszkę jaśniejszy niż na zdjęciu.) i doskonały skład. Jeszcze nie wiem co powstanie z tych miękkości, po głowie snują mi się bardzo niejasne plany wobec niektórych motków (coś marynarskiego w stylu z granatowej i białej bawełny), wobec większości - czekam na natchnienie.

Tytułowy dylemat dotyczy numerku 4. Zielona countyside:



Zrobiłam już dwa sweterki z tej włóczki: niebieski Eastlake oraz melanżowy
Tę zieloną włóczkę kupiłam z jednego powodu: co roku 17 marca (dzień św. Patryka) sporo osób robi mi wyrzuty, że nie jestem ubrana na zielono. Na mój argument, że przecież nie jestem z Irlandii ani nie mam korzeni irlandzkich dowiaduję się, że nie ma to żadnego znaczenia.
A dlaczego nie jestem ubrana na zielono? Powód jest bardzo prozaiczny: nie mam w szafie niczego w tym kolorze!
W końcu postanowiłam zrobić sobie zielony sweter i kłopot z głowy (tylko jeszcze pozostanie mi pamiętać, żeby go założyć TEGO dnia...).

Ale wracając do dylematu: nie mam zupełnie pomysłu na ten sweter. Nic mi do głowy nie przychodzi. Może ktoś mi coś podpowie, doradzi?

Włóczka jest na druty 4 mm, kolor jaki jest widać. Propozycję proszę podsyłać na adres:

motylek73@gazeta.pl

Czasu jeszcze trochę mam, ale nie za wiele, bo potrzebuję koło miesiąca na wydzierganie.

Kiedy ostatnio tak sobie chorowałam, to powyciągałam te wszystkie zakupione motki i jakby mi się nieco lepiej zrobiło. Wprawdzie nie mruczą jak kot, ale za to nie trzeba czyścić kuwety ani karmić... Więc w sprawie czy dobrze zrobiłam dokonując powyższych zakupów dylematu nie mam.

A jakby moich obecnych zapasów było mało, to zostałam ostatnio obdarowana przez Poziomkę jeszcze i tymi moteczkami:



Na wypadek, gdyby jednak mąż nie wykazał zrozumienia dla sprawy, wszystkie kuleczki skrzętnie pochowałam tam, gdzie małżonek nie zagląda. Ale tymi od Poziomki mogę się oficjalnie cieszyć i obnosić bo to przecież prezent!


komentarze (11) | dodaj komentarz

Bocian

czwartek, 20 listopada 2008 18:03

W tej części globu bocianów białych, takich jakie występują w Polsce nie ma.
Ale Hultajstwo WIE jak wygląda bocian za sprawą bajek (i tych czytanych i tych oglądanych).

Wczoraj rano, kiedy właśnie zażywałam dobroczynnego działania porannego prysznicowania, Smyk opuścił ciepłe łóżko, przyszedł do mnie do łazienki i ułożył się na dywaniku obok wanny. I pewnie by sobie jeszcze trochę podrzemał, gdyby nie znalazł na dywaniku piórka, które zaplątało się tam po zmianie pościeli (wiadomo jak to z pierzem bywa - nigdy nie można być pewnym dokąd samo zawędruje).

Smyk podnosi piórko i woła:

- O! Krau! - Musiałam wyjrzeć zza zasłonki, żeby odpowiednio zinterpretować spostrzeżenie Hultajstwa:
- Piórko ptaszka? A jakiego ptaszka? - męczę jeszcze nie dobudzone dziecko bladym świtem.
- Bocian. Bocian thisa! - i żeby lepiej zobrazować mamie o co chodzi macha rozłożonymi na boki rączkami naśladując lot bociana.
- A dokąd leci bocian? 
- Dzewo.
- Na drzewo? Do gniazda? - (tutaj kłania się "Sen Krecika")
- Yeah! Kada!

komentarze (6) | dodaj komentarz

Trochę, ale nie bardzo

środa, 19 listopada 2008 19:04

Hultajstwo ostatnio nadużywa powiedzenia "trochę, ale nie bardzo":

Trzymając kubeczek z gorącą herbatą:
- Baca troche hoc ale ne bajdzo... A hoc baca ne! (Herbata jest trochę gorąca, ale nie bardzo. Herbata nie jest gorąca!)

Wskazując poranną szarówkę za oknem:
- Troche cima ale ne bajdzo! (Trochę ciemno, ale nie bardzo.)


Jedząc lody:
- Lody troche zyma ale ne bajdzo!

Niestety w wyrazie trochę, Hultajstwo nie wymawia "J" lub "L" zamiast "R"  jak to robi większość dzieci. Smyk wymawia amerykańskie "R" i przyznam się wam, że żal ściska mi serce jak to słyszę... Wiem, że to nieuniknione, ale i  tak mi przykro.


Na koniec jeszcze jedna sytuacja trochę śmieszna, ale nie bardzo:

Smyk zażyczył sobie kisiel, ale niecierpliwość nie pozwoliła mu zaczekać aż ostygnie i oparzył sobie język.

- Szybko przyłóż sobie kawałek lodu! - doradzam i razem biegniemy do kuchni.
- Kałek lodu - ze łzami w oczach mówi Hultajstwo, wyciąga z pojemnika na lód kostkę i pędzi z nią do pokoju po czym... wrzuca ją do kubeczka z kisielem.


Troche hoc ale nie bajdzo!

A kisiel może wcinać dzięki uprzejmości Poziomki, która uzupełniła nasze zapasy przywiezione z Polski przysyłając świerzą dostawę tego deficytowego u nas towaru aż z Nowego Jorku. WIELKIE dzięki Poziomko!

komentarze (11) | dodaj komentarz

Tort urodzinowy Smyka

wtorek, 18 listopada 2008 18:19

Dzisiaj krótka relacja  z imprezy urodzinowej Smyka oraz zdjęcie tortu - dowód dla Poziomki, że tort BYŁ:


Tort orzechowo-czekoladowy

Hultajstwo do imprezy przygotował się odpowiednio - ogolił się z samego rana:




Tradycyjnie Smyk przespał przybycie gości i trzeba go było budzić bo wszyscy już czekali na tort i dmuchanie świeczek a nie zapowiadało się, żeby Solenizant miał się wkrótce sam obudzić (choć drzemka trwała już 3 godziny). Tak było dwa lata temu, tak było rok temu, tak było i w tym roku.

Obudzony Smyk stanowczo odmówił dmuchania świeczek i wogóle oprotestował całą imprezę chowając buzię w bluzkę mamy. Na nic zdały się prośby, tłumaczenia i zachęcanie. 
Nikt się nie dziwił ani nie oburzał, bo taka sytuacja miała miejsce po raz trzeci. 
Najbardziej cieszyły się Julia i Weronika, które zdmuchnęły świeczki zamiast Hultajstwa (tak tak - po raz trzeci!)

Po jakimś czasie Smyk się rozkręcił i opuścił kolana rodziców. 
Tutaj Hultajstwo rozpracowuje prezent urodzinowy:



Impreza urodzinowa udała się zarówno z punktu widzenia dzieci (sądząc po bałaganie) - zabawki były rozwleczone po całym domu a najmłodsi goście pojechali do domu z pięknymi rysunkami na buziach wykonanych własnoręcznie na szczęście zmywalnymi i nietoksycznymi mazakami.

Rodzice też bawili się wyśmienicie, dzięki czemu zabawa przeciągnęła sią nieco poza czas przyjęty powszechnie za zalecany aby dzieci poszły już spać.
A następnego dnia były poprawiny, tudzież powtórka z rozrywki - spotkaliśmy się w niemal identycznym składzie na urodzinach jednego z gości, Patryka (6 lat).

A dzisiaj urodziny ochodzi mój chrześniak  - wszystkiego najlepszego Dominiku!



(Więcej zdjęć z urodzin Smyka w odpowiedniej zakładce)

komentarze (13) | dodaj komentarz

Love changes everything

poniedziałek, 17 listopada 2008 17:29

17 listopada 2005 roku o godz. 17:05 czasu lokalnego WSZYSTKO się zmieniło i stanęło na głowie. A dzięki komu? Oczywiście, że dzięki Hultajstwu! Nasz świat nadal stoi na głowie, ale zadziwiające jaki ciekawy i piękny wydaje się oglądany z tej perspektywy.
A oto mały prezencik z okazji urodzin Smyka:



Trochę statystyki:
wzrost: 95 cm (50 percentyli)
waga: 16 kg (95 percentyli)

W ciągu minionego roku Smyk urósł 10 cm i przytył 3 kg.

A zamiast tortu - porcja dialogów samochodowych: 

Od jakiegoś czasu wożę w samochodzie w zasięgu ręki kartkę papieru i długopis. 
Bardzo często czekając na zielonym świetle notuję powiedzonka Smyka. 
Nie zawsze uda mi się zapisać wszystko, bo światło zmienia się na zielone i trzeba jechać. Coś co wydawało się oczywistego w danym momencie, następnego dnia wcale na takie już nie wygląda. Bo co mogą oznaczać takie oto słowa mojego dziecka?

- A fiszi uma ga edzie papa.

Wtedy wiedziałam. Zapytany Smyk potwierdził moje domysły. Tyle, że zapomniałam...


*                *               *


Jedziemy sobie samochodem, nagle Smyk mnie poucza:

- Wawa, waza, łaza...
- Mam uważać? - olśniewam domyślnością...
- Yeah!
Bardzo uważam syneczku.
- Mama wazaj badzo!


*                *               *


Przejeżdżamy skrzyżowanie. Ulicą od strony Smyka nadjeżdża samochód, ale jest jeszcze dość daleko. Smyk woła:

- Tam! Buma kamin! (Stamtąd nadjeżdża samochód!)



*                *               *


Zatrzymujemy się na czerwonym świetle. Na rogu stoi żebrak z wypisaną na kartonie prośbą o wsparcie. Zauważa go Hultajstwo, któremu karton musiał się chyba skojarzyć ze znakiem stopu, bo stwierdza:

- Ten pan mówi top!


*                *               *


Przejeżdżamy niedaleko szkoły, na horyzoncie kilka autobusów szkolnych. Hultajstwo momentalnie je zauważa i woła:

- Mama! Look! Tuwów!
- Tak, to autobus szkolny, bo tam jest szkoła, - wskazuję palcem szkołę.
- Kowa - powtarza za mną Smyk i dodaje - Ksyzyś musi... - i tu nie potrafi się wysłowić, więc mu pomagam, bo ten dialog przerabialiśmy już kilkakrotnie, więc oboje wiemy o co chodzi:
- Tak, Krzyś musi najpierw robić siku i kupę do ubikacji żeby mógł iść do szkoły.
- Yeah. - Poważnie przytakuje Smyk.


*                *               *


I na koniec dialog nie samochodowy. Jakieś 10 minut przed wyjściem do przedszkola/pracy Hultajstwu zachciało się obejrzeć bajkę na DVD:

- Mama bajka!
- Dobrze, ale tylko jedna! Którą chcesz?
- Moze tą? - Smyk podaje mi wybraną płytę...

komentarze (13) | dodaj komentarz

Central Park Hoodie

piątek, 14 listopada 2008 18:43

Kiedy zobaczyłam go w necie po raz pierwszy, wcale mi się nie spodobał. Nic a nic! 
Dopiero kiedy zobaczyłam wersję Svetlany to zaparło mi dech i wiedziałam, że muszę taki mieć.

Mój Hoodie robiłam posiłkując się zdjęciami Svetlany. Kiedy miałam już część swetra zrobioną, na forum wywiązała się dyskusja na ten temat, w rezultacie której dostałam od Małgosi opis po angielsku. Przydał się przy kapturze.

Moja wersja różni się nieznacznie i od oryginału i od swetra Svetlany: sam sweter jest nieco dłuższy (65 cm - to moja ulubiona długość), poza tym na rękawach zrobiłam po jednym warkoczu. Kaptur wyszedł idealnie, ani za duży ani za mały - aż sama jestem zdziwiona, bo tym razem obyło się bez prucia i poprawek. 
Ponieważ z założenia jest to sweter do noszenia zamiast lekkiej kurtki, więc rękawy są nieco dłuższe niż w swetrze do noszenia we wnętrzach - tak, żeby można było schować zmarznięte dłonie zwinięte w piąstki.

Ciężko zrobić dobre zdjęcie czarnej dzianiny na dodatek w ponurym i szarym listopadzie. Niestety efekt moich poczynań w tej materii jest dość marniutki, więc trzeba puścić wodze wyobraźni, żeby zobaczyć całe piękno tego sweterka. 




Zużyłam prawie 5 motków wełny merino z Bernat Lana (198m/100 gram) w kolorze Ebony, druty US6 (4.25 mm) i US8 (5 mm).
W pracy jedna osoba stwierdziła, że sweter wygląda jak ze sklepu - to chyba komplement, prawda?



komentarze (13) | dodaj komentarz

Wspomnienie Halloween

czwartek, 13 listopada 2008 20:37

Celowo zwlekałam z wpisem na temat Halloween tak długo, ale nie będę się wywnętrzać dlaczego.

 

Tamtego dnia tak wyszło, że mimo że byliśmy umówieni ze znajomymi, żeby razem chodzić na żebry, tzn. za tymi cukierkami z całą bandą dzieciaków, do czego byliśmy ze Smykiem dobrze przygotowani (Smyk miał przebranie rycerza a mama gustowny kapelusz czarownicy), zostaliśmy w domu obdarowując łakociami nieliczne dzieciaki, które zabłąkały się pod nasz dom (dobrze oznakowany lampionami i świeczkami). Hultajstwo od rana paradowało w takim oto stroju:

 

Niezbyt rycerska poza

 

Wieczorem przyszedł do nas sąsiad z ogniem szaleństwa w oczach i żądaniem, że KONIECZNIE musimy przyjść do niego, bo chce wystraszyć Smyka. Chciałam pójść sama, bo duchy i trzylatek to niekoniecznie najlepsze połączenie, ale Smyk się uparł i poszedł ze mną. A sąsiad zamontował sobie mikrofon i głośnik na zewnątrz i straszył przechodniów "piekielnymi" dźwiękami.Na pozór wyglądało, że Smyk nie zwrócił nawet na to uwagi, ale w pewnym momencie złapał mnie mocno za rękę i zawołał:

 

- Ksyzyś łona domu! Ksyzyś ducha ne!  (Krzyś chce do domu! Krzyś nie chce ducha!)

 

I tak płakał aż dotarliśmy do domu, a potem przez cały weekend dawał wyraz swojemu strachowi przed duchem. Aż w końcu oswoiliśmy ducha czytając książeczkę o małym duszku, który bardzo przypominał małego chłopczyka takiego jak Smyk (trochę się napracowałam wymyślając na nowo treść i dopasowując ją do obrazków tak, żeby nie było o straszeniu.)

Czasem jeszcze się Smykowi przypomni duch, wówczas zapewnia mnie, że:

 

- Ksyzyś, idź a ducha a sio! (Jak przyjdzie duch to go Krzyś wygoni!)

- A ducha kam a Ksyzyś kija a bam bam! (Jak przyjdzie duch to go Krzyś zleje kijem!)

- Domu ducha ne. Ducha a Koc! (U nas w domu duchów nie ma. Duchy mieszkają u Skota.)

 

W porywach odwagi wypuszczamy się z Hultajstwem na poszukiwania duchów do kuchni, albo do sypialni (wiadomo - duchy mieszkają pod łóżkiem), ale koniecznie przy zaświeconym świetle...

 

@)-->-->--                              @)-->-->--                              @)-->-->--

 

31 października minęły również dwa lata odkąd mozolnie stukam Okruchy. Jakoś nie byłam w nastroju do hucznych obchodów. Prawdę powiedziawszy to nadal nie jestem. Bardziej zdziwiona, że to moje pisanie trwa już tak długo.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki o poranku

środa, 12 listopada 2008 17:46

Jak tytuł dzisiejszego wpisu objaśnia, mini-rozmówki toczą się poranku:

Około 6.30 rano, Smyk nie śpi już od jakiegoś czasu i tak się wierci, że i mama chcąc nie chcąc też nie śpi. Nagle Hultajstwo bardzo rozbudzonym głosem wystosowuje żądanie:

- Kakao pys! (od "Kakao please", czyli "Poproszę o kakao", tylko w jego wykonaniu to brzmi jak piss, czyli siusiać, albo kogoś wkurzyć.)


*               *               *


Niedziela, 7.45 rano. Hultajswo budzi mnie szarpiąc za ramię i woła:

- Mama! Pac! Dziń! (Mama! Patrz! Dień!)


*               *               *


Halloweenowy piątek, przed 7 rano. Smyk wskazuje na ciemność za okem i oświadcza:

- Cima ne dziń! Thisa! (Jest ciemno, nie ma dnia! Jest noc!)


*               *               *


Zmieniam po nocy Smykowi pieluchę, zakładam czystą, biorę zużytą do ręki i mówię:

- Idę wyrzucić twoją pieluchę bo śmierdzi!
- Pendzi! - mówi po swojemu Hultajstwo.


*               *               *


Jedziemy do przedszkola. Na zewnątrz ciemnawo i mgliście.

- O! Thisa! Ne see! - Smyk wskazuje na szarość za oknem samochodu i stwierdza, że nic nie widzi.
- To mgła synku. Taka mgła, że nic nie widać!
- Taka gła nic ne see! - jak echo powtarza po swojemu za mną Smyk. 


*               *               *


Znowu w drodze do przedszkola, tylko innego dnia:

- Zobacz jak pada! Nawet nie możemy iść dzisiaj do parku bo byśmy zmokli... 
- Ne... Ksyzyś ma thisa!  - łapiąc się za kaptur bluzy rezolutnie zauważa Hultajstwo.
- Ale kaptur też zmoknie! - tłumaczę.
- Ne! - w głosie Smyka nie ma cienia wahania.


*               *               *


Niedzielny poranek. Hultajstwo urzęduje w pokoju z tatą, mama w kuchni przygotowuje śniadanie dla Hultajstwa. 
Kiedy jedzonko jest już gotowe, wołam:

- Krzyś, śniadanko!
- Juz ide mamo! - odpowiada Smyk, a mi szczena opadła na podłogę i rozsypała się w drobny proszek jak usłyszałam taką długą i poprawną wypowiedź mojego dziecka.


*               *               *


I jeszcz kilka wyraów ze słownika Smyka:

bola - butelka
boć - boat
łoć - łódź
pejek - papierek
pijot - pilot
miny - maliny 
sołi - sorry
dinki - dziękuję
bonki - bombki
baca - herbata


*               *               *


A na koniec nie na temat, ale za to fajne i mądreKLIK

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wieczór wyborczy

wtorek, 11 listopada 2008 18:03

Jak niemal wszyscy wiedzą, tydzień temu USA opanowała gorączka wyborcza. 
Kto żyw i nie ślepy siedział przed TV i śledził na bieżąco, który stan na kogo zagłosował.

A my z Hultajstwem oddawaliśmy się w tym czasie sztuce kulinarnej w zaciszu kuchennym. Robiliśmy kotlety mielone, zwane także sznyclami.
To znaczy zaczęliśmy razem, ale szybko Smyk zabrał się za o wiele ciekawsze, bardziej twórcze działania, podstawę których stanowiły bułka tarta, sok grapefruitowy oraz masło:



Ksyzyś baka zyma!

Na zdjęciu z lewej strony Smyk zakopuje kawałek mielonego mięsa powtarzając Ksyzyś baka zyma. Nie do końca wiem o co mu chodziło, chyba o to, że zakopuje mięsko w ziemi. Na drugim zdjęciu Drink Wyborczy autorstwa Hultajstwa. Skład: sok grapefruitowy oraz bułka tarta. Smacznego!

komentarze (11) | dodaj komentarz

Kwestionariusz Czytelnika

poniedziałek, 10 listopada 2008 17:58

 

Zabawa czytelnicza, do której zaprosiła mnie Makneta

1. O jakiej porze dnia najczęściej czytasz? 

Najczęściej czytam wieczorem, kiedy zaśnie już Smyk, ewentualnie w weekendy w czasie jego popołudniowej drzemki

2. Gdzie czytasz? 

Gdzie się da. Wieczorem czytam w łóżku. Popołudniu siedząc w fotelu lub na wersalce. Czasami rano przy kuchennym stole. Czytam też w samochodzie (czekając - nie w trakcie jazdy), w poczekalniach a w minioną sobotę czytałam na basenie czekając na pluskających się Smyka i męża.

3. Jeśli czytasz na leżąco to najchętniej na plecach czy na brzuchu? 

Zdecydowanie na brzuchu. Jeśli już na plecach, to w pozycji półsiedzącej, oparta o kilka poduszek pod  plecami.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej? 

Mam ulubionych autorów wśród różnych gatunków. Ponieważ mam ograniczony dostęp do literatury w języku polskim, czytam wszystko co mi wpadnie w ręce (po angielsku czytać nie lubię).

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś? 

Z racji miejsca zamieszkania moje zakupy książkowe (w języku polskim) są dość specyficzne: rzadko, za to hurtowo. Ostatnie zakupy wyglądały tak:

Jeździec miedziany, Paullina Simons

Piątkowy Klub Robótek Ręcznych, Kate Jakobs

Sklep na Blossom Street, Debbie Macomber

Skrawki życia, Debbie Macomber

Samotność w Sieci. Tryptyk, Janusz Leon Wiśniewski

Tam, gdzie spadają Anioły, Dorota Terakowska

Tato, William Wharton

Trzech panów w łódce nie licząc psa, Jerome K. Jerome

W pętli, Nicholas Evans

Zielona mila, Stephen King 

Pomijam książki dla mojego dziecka, których kupuję sporo, ale to temat na odrębną ankietę.

6. Co czytałaś ostatnio i co czytasz aktualnie? 

Wczoraj skończyłam Spadkobierców Williama Goldinga, a dzisiaj mam zamiar zacząć czytać Kopciuszek, który zjadł wilka Katarzyny Bzowskiej-Gudmundsson.

7. Używasz zadładek czy zaginasz rogi? 

Zaginanie rogów, tak jak pisanie po książkach to barbarzyństwo i brak manier. 

Jako zakładek używam kartek urodzinowych i świątecznych, które stoją sobie na półce nad kominkiem: jedna książka = jedna kartka.

8. Co sądzisz o książkach do słuchania? 

Lubię, ale te czytane przez dobrego lektora. Dobrze się przy nich robótkuje. 

W czasach szkolnych był to też wyśmienity sposób na nudne lektury, nad którymi trudno się było skupić.

9. Co sądzisz o e-bookach? 

Spróbowałam raz - to nie dla mnie. 

 

Do zabawy zapraszam Karri Angel, Poziomkęoraz Marudniastego . Zabawa jest dobrowolna - jeśli ktoś na nią nie ma ochoty - nie ma sprawy. Osoby mające ochotę pobawić się a nie wskazane paluchem przeze mnie jak najbardziej mogą się pobawić i umieścić u siebie ankietę. 

 

PS

Wybaczcie bałagan z czcionką - nie udaje mi się zlikwidować wytłuszczenia - WP jak zwykle stara się jak może żeby mnie przekonać do przenosin na inny portal!

komentarze (6) | dodaj komentarz

Mało!

piątek, 07 listopada 2008 17:45

Smyk nauczył się ostatnio mówić mało:

Wsiadamy do samochodu a tam pozostawiona przez tatę butelka z  resztką Pepsi.
Takiej okazji Hultajstwo nie przegapi:

- O! Ko! (O! Kola!)

Butelka wędruje w łapki Smyka, ten zauważa, że koli jest tylko trochę (1/5) i z żalem woła:

- Mało!
- Jak dla Ciebie to i tak za dużo -  komentuje mama.

*               *                 *

Wieczorna kąpiel, Hultajstwo moczy się w wodzie sięgającej mu do pępka, mama zakręca wodę. Smyk niezadowolony woła:

- Mało!
- Wystarczająco. - odpowiada mama. Smyk wstaje - w tej pozycji woda sięga mu między kostki a kolana, i powtarza:
- Mało!
- Jak usiądziesz to będzie dużo! - zamyka dyskusję mama.

komentarze (9) | dodaj komentarz

Do czego służy telewizor

czwartek, 06 listopada 2008 19:24

Poza standardowym zastosowaniem oczywiście.

Wychodzę na chwilę z pokoju zostawiając Hultajstwo grzecznie oglądającego Reksia, wracam po chwili i co widzę?



komentarze (9) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki z bajkami w tle

środa, 05 listopada 2008 18:52

Hultajstwo ogląda głównie bajki na dy-dy-dy, czyli DVD. Są to przeważnie bajeczki, które ja oglądałam w dzieciństwie plus kilka "nowości." Smyk jest na etapie powtarzania wszystkiego co usłyszy, a że w sztuce mowy nie jest jeszcze biegły, więc nadal wychodzą mu z ust różne śmieszności.

Przygody kota Filemona:
- Bap damp maniu! (Żaby wskoczyły do wody!)
damp = jump (skakać)

Żwirek i Muchomorek:
Hultajstwo z upodobaniem powtarza zdanie (z identyczną intonacją):
- Co to to neee!

Oglądamy odcinek Jak Żwirek i Muchomorek  dostali dzbanek wiosennego nektaru. Smyk słyszy słowo nektar i woła:
- Maja!
- Tak, pszczółka Maja też zbierała nektar.
- Yeah!

Miś Uszatek to po smykowemu A miś psio 
A ulubione zdanko z tej bajki to cytowane już jakiś czas temu Ty gapo!
Poza tym pod wpływem oglądania Misia Uszatka dziecko domaga się zimy i śniegu (u nas! he he he to tylko w lodówce...) w celu ulepienia bawana, czyli bałwana. W górach podobno już pada śnieg, więc będziemy się musieli wybrać bo nam Hultajstwo żyć nie da. 
Poza tym chodzi po domu i obwieszcza wszem i wobec:
- Mam sanki.
To akurat prawda - ma sanki, czekają w garażu na wyjazd w góry.

Gdzie jest Nemo
Na ekranie pada zdanie:
- To rybobójczyni!
A Smyk powtarza jak echo:
- To yby kini!

Krecik chemikiem:
I skojarzenie z farbami, których Smyk niezwłocznie się domaga wołając:
- Faby!

Potwory i Spółka w ustach Hultajstwa brzmią Łał póka, bo łał to nie tylko pies, ale i potwór.


komentarze (4) | dodaj komentarz

Październikowy ogródek

wtorek, 04 listopada 2008 17:39

Wiem, że to już  listopad, ale co ja poradzę, że mam mały poślizg w przenoszeniu zdjęć z aparatu na dysk?
Październik udał nam się pod względem pogody - niewiele padało, bywały dość chłodne poranki, ale bez przesady. Jeszcze w sobotę udało mi się zebrać ostatnie maliny i truskawki. Aż się zdziwiłam, że takie słodkie! Chyba lepsze niż te wiosenne!

Kwiatowo, październik wyglądał mniej więcej tak:



Niestety od piątku leje. I z niewielkimi przerwami tak będzie już do wiosny. Z każdym deszczowym dniem kwiaty coraz bardziej zniszczone i więcej liści leci z drzew.  Już od kilku tygodni grabimy liście. Brdzo to lubię, Hultajstwo też. Pomaga mi jak może!


Wprawdzie nie zawsze grabi to co trzeba, ale chęci ma dobre! Lubi zakopać się w stercie zgrabionych liści, lubi też, żeby go wsadzić do pojemnika na śmieci ogrodowe wypełnonego liśćmi - na tym małym zdjęciu Hultajstwo tak się cieszy bo właśnie siedzi w tym pojemniku... 

komentarze (8) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki łazienkowe

poniedziałek, 03 listopada 2008 19:23

Hultajstwo dobija się do drzwi do łazienki:

- Epe dłi! (Otwórz drzwi!) Otwieram. Wchodzi rozpromieniony Smyk i woła:
- Hi!
- Hi! odpowiadam.
- Ja pan! kontynuuje Hultajstwo.
- Jesteś pan? upewniam się.
- Yeah! potwierdza dziecko.


*               *                *


Ja w łazience dokonuję porannych ablucji, Smyk w łóżku pije kakao.

- Mama!
- Jestem w łazience, zaraz do Ciebie przyjdę. Wypiłeś już kakao?
- Yeah. Kakao more ni. 
- Nie chcesz już więcej kakao? upewniam się.
- Ni. Kakao all done! potwierdza Smyk.


*               *                *


Ostatnio Smyk po wyjściu z wanny nie chce się wycierać ręcznikiem tylko otrzepuje się jak piesek. Najpierw szybko rusza głową na boki a potem otrzepuje po kolei rączki i nóżki.


*               *                *


Hultajstwo znika w łazience,słyszę odgłos zamykanego zamka. Po chwili próbuję otworzyć drzwi - zamknięte od środka. Pukam.

- Synku, proszę otworzyć drzwi.

Wchodzę do środka. Smyk chowa coś w rączce za plecami a na buzi ma wypisane dowody zbrodni, czyli różową pastę do zębów.

- Zjadłeś pastę do zębów?
- Aha...

Pasta została skonfiskowana. Obyło się bez bólu brzucha.


*               *                *


Wchodzę do łazienki a tam Hultajstwo stoi nad muszlą klozetową, do której spuszcza sukcesywnie odwijany z rolki papier toaletowy.

- Synku, co robisz?
- Yby! (Łowię ryby!)


komentarze (9) | dodaj komentarz

Tam

piątek, 31 października 2008 17:54

Już od kilku dni myślami jestem tam, przy grobie moich rodziców:


komentarze (4) | dodaj komentarz

38, 39, 40, 41 & 42/2008

czwartek, 30 października 2008 18:26

Ostatnio przeczytane:

Na koniec świata (Reinhold Messner)
To ksążka mojego męża. Zawiera kilka relacji z wypraw autora w Himalaje. Ciężko mi się czytało.

Fatalne jaja (Michał Bułhakow)
Uwielbiam ironię Bułhakowa! A im starsza jestem, tym bardziej ją doceniam.

Hamlet (William Szekspir)
Akurat byłam w trakcie czytania Hamleta, kiedy wpadła mi w ręce lista BBC, więc mogłam sobie pogrubić jeszcze jedną przeczytaną książkę na liście. 
Czytam po kolei te dzieła Szekspira i albo się nie znam w swoim buractwie, albo jakaś dziwna jestem, bo mnie one nie zachwycają. No może poza Poskromieniem złośnicy.

Cesarz (Ryszard Kapuściński)
Ile razy czytam Cesarza, tyle razy nie mogę uwierzyć, że to nie fikcja a Hajle Sellasje żył i panował naprawdę.
Przy okazji następnych zakupów książkowych chciałabym kupić coś jeszcze tegoż autora, czy możecie coś polecić? Poza Cesarzem nie czytałam żadnej jego książki.

Jak wytrzymać z mężczyzną (Joanna Chmielewska) 
Całkiem zapomniałam, że mam na półce jeszcze jedną książkę tej autorki! A dostałam ją kilka lat temu pod choinkę od... męża. 



komentarze (8) | dodaj komentarz

Nietypowe zastosowanie pojemnika na szkło do recyklingu

środa, 29 października 2008 16:42

Nasza lokalna firma, która zajmuje się wywozem śmieci, dostarcza swoim klientom kilka rodzajów pojemników na śmieci: na zwykłe śmieci, na ogrodowe, na papier i plastik, oraz niewielki niebieski pojemnik na szkło - to taka nieduża otwarta skrzyneczka, która stoi sobie u nas w garażu.

Ostatnio Smyk znalazł dla niej nowe zastosowanie:
  • Powyciągał wszystkie butelki i słoiki i ustawił obok.
  • Przyciągnął pojemnik do zaparkowanego przed garażem samochodu.
  • Ustawił go przed maską.
  • Postawił do góry dnem.
  • I po tak ustawionym schodku wszedł najpierw na maskę samochodu a z maski na dach. A potem zjeżdzał po przedniej szybie z okrzykiem Łiiii! co w smykowym języku znaczy zjeżdżalnia. (Nie mylić z Wii, czy jak się to to pisze.)

Nie wierzycie, że tak było? Oto dowód:



komentarze (8) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki z udziałem taty

wtorek, 28 października 2008 16:39

Tata wraca do domu w piątek wieczorem po kilku dniach pracy na wyjeździe. 
Jeszcze dobrze nie zamknął za sobą drzwi wejściowych a już Smyk woła:

- Hi tata!
- Hi Bobas! - odpowiada tata.

Mama widzi, że tata zmierza do kuchni w butach, a że dopiero co wypucowała mieszkanie po całym tygodniu (a będąc chorą kosztowało ją to o wiele więcej wysiłku niż zazwyczaj), więc woła za tatą:

- Nie chodź po domu w butach bo posprzątałam! - A lojalne Hultajstwo staje po stronie mamy wołając za tatą:
- Tata! Sisia domu ne... mama! (Tata nie chodź po domu w butach bo mama posprzątała!)

*               *               *

W sobotę rano Hultajstwo asystuje tacie przy robieniu jajecznicy, tzn. rozbija jajka do miseczki i podtyka ją tacie pod nos mówiąc:

- Tata! Look! Ja mam!

*               *               *

Smyk ma podejrzaną minę, więc tata pyta:

- Chcesz zrobić kupę?
- Ne, ja mam! - oświadcza zadowolone dziecko i klepie się po pupie jakby tata się nie domyślił gdzie ją ma.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Jesienna wycieczka

poniedziałek, 27 października 2008 19:00

Już od dość dawna nie wybraliśmy się w weekend na żadną wycieczkę. 
Ciągle coś stawało na przeszkodzie: a to jakieś choroby, a to brak odpowiedniej pogody, a to tata pracował.

W minioną sobotę niemal wszystkie warunki zostały spełnione (tylko mama była jeszcze trochę słabowita), więc pojechaliśmy na jesienną wycieczkę.

Z domu wyruszyliśmy dość późno, bo dopiero w południe, kiedy już słonko przegnało poranne mgły i wysuszyło rosę.

Najpierw jechaliśmy malowniczą drogą wśród złotych pagórków:



Potem zaparkowaliśmy niedaleko kempingu, który o tej porze roku jest zamknięty a samochodom drogę zagradza brama. Dzięki temu asfaltowa alejka wysłana jest opadającymi liśćmi, których nieliczni turyści nie są w stanie rozdeptać. 
Kolejnych kilkaset metrów przeszliśmy po miękkim dywanie z brzozowych liści:



W końcu dotarliśmy tam, dokąd zmierzaliśmy, czyli do wodospadu Alsea:



Trochę zabawiliśmy nad potokiem Alsea, na którym to znajduje się wodospad na zdjęciu powyżej, ponieważ woda to żywioł Smyka, i nie odpuścił okazji połowienia ryb i pogrzebania kijem w wodzie. Starał się wielce wpaść do wody, lub chociaż zamoczyć buciki, ale rodzice upilnowali i tym samym pozbawili go tej przyjemności.

Kiedy już cała rodzinka trochę przewietrzyła płuca i zmęczyła nóżki, wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej. Rodzice podziwiali bogactwo kolorów jesieni, Hultajstwo spało:



Po trochę ponad godzinie dotarliśmy nad ocean, do miejscowości  Newport. 
Najpierw pojechaliśmy na obiadek do chińskiej restauracji. Smyk postanowił sam przyrządzić sobie przysmak: ryż na talerzyku posypał grubą warstwą cukru, zużywając połowę zawartości dość sporej cukierniczki, a potem z apatytem spałaszował te pyszności. Tylko pić mu się potem bardzo chciało.

W Newport pospacerowaliśmy po turystycznej uliczce, pooglądaliśmy sklepy z pamiątkami, zwiedziliśmy Undersea Gardens, czyli takie małe podwodne zoo prezentujące faunę typową dla naszej części Pacyfiku. Załapaliśmy się nawet na pokaz: płetwonurek po kolei brał w ręce różne morskie zwierzątka i bawił się z krabami i innymi żyjątkami, a my staliśmy po drugiej stronie szyby i oglądaliśmy pokaz, słuchając komentarza pani narratorki. 

Na koniec jeszcze spędziliśmy chwilkę na pomoście słuchając i oglądając foczki (albo raczej lwy morskie sądząc po rozmiarach)  wygrzewające się w resztkach popołudniowego słońca:



Udało mi się też zrobić ładne zdjęcie mostu łączącego brzegi zatoki Yaquina:




Robiło się już późno a my mieliśmy w planach jeszcze plażę. Nie o opalaniu czy kąpieli myśleliśmy oczywiście. Po prostu nie można nie  przespacerować się plażą będąc nad oceanem.

Mieszkamy w Oregonie już 4 lata i pierwszy raz byliśmy na plaży tak późno, niemal o zachodzie słońca:



Kiedy wróciliśmy do domu było już zupełnie ciemno. Po drodze oglądaliśmy ze Smykiem gwiazdy na czarnym niebie. 

Miary Smykowego szczęścia dopełnił dźwięk klaksonu niosący się echem po tunelu, przez który przyszło nam przejechać w drodze powrotnej.

Z prognozy pogody wynika, że załapaliśmy się na ostatni taki piękny jesienny weekend. Teraz z każdym dniem ma być chłodniej a od przyszłej soboty ma zacząć lać.




komentarze (13) | dodaj komentarz

Pyszne malinki

piątek, 24 października 2008 19:14

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić wełnę w takim kolorze. Na prawdę nie wiem! 
Bo to bardzo nie mój kolor. 
Kiedy ją kupowałam, jeszcze we zeszłym sezonie, musiałam chyba wbrać kolor jako panaceum na jesienno-zimowe szaro-bure zaciągnięte deszczem i zamglone dni - innego wytłumaczenia nie znajduję.

Sklepinternetowy Smiley' Yarn , gdzie ją kupiłam, nie ma zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o tę włóczkę (Moda dea Cartwheel) - zaledwie kilka rodzajów melanżu. Ten melanż z przewagą wściekle cyklamenowego  różu nazywa się Raspberries, czyli maliny. 
(Mąż, kiedy zobaczył mnie w tym swetrze to zapytał tylko: A cóż to za kolor?!?!)

Ale dość samego pisania o kolorze, oto on w całej swej jaskrawej wspaniałości:



I wiecie co? Podoba mi się! Zwłaszcza, że jakimś nie do pojęcia przeze mnie cudem sweter tak się rewelacyjnie układa, że wyszczupla mnie (optycznie jedynie - niestety). 
To już wystarczający powód, żeby pokochać sweter, prawda? Nie wiem jak róż może wyszczuplać, ale tak jest. 

Sweter, mimo, że w sumie bardzo prosty, bo jedyną ozdobą jest tutaj kołnierz szalowy, w pracy bardzo się podoba, zwłaszcza panom (pewnie przez ten dekolt...), ale nie tylko panom - paniom też. 



No właśnie, ten dekolt! Nie lubię takich głębokich dekoltów, bo mi w nie dmucha zimne powietrze i marznę. Ale po dukrotnym przerobieniu całej góry dałam sobie spokój. Już wiem, gdzie popełniłam błąd, ale korygować go będę przy następnym swetrze z tego typu kołnierzem, bo już mi się nie chce pruć i przerabiać trzeci raz. Zwłaszcza, że już od jakiegoś czasu pracuję nad kolejną rzeczą.


 
I jeszcze na koniec podsumowanie: włóczka Moda Dea Cartwheel 100% wełny (już z niej kiedyś zrobiłam sweterek Bronzonberry, o którym pisałam tutaj) 10x50g (71 m/50g), druty US6 (4.25 mm) i US7 (4.5 mm), ściągacz 2P/2L + zwykły dżersej.

Włóczka trochę mało wydajna, ale za to można ją prać w pralce (najdelikatniejszy program) i nie filcuje się ani nie kurczy.

komentarze (14) | dodaj komentarz

Niebieska galaretka

czwartek, 23 października 2008 17:46

Hultajstwo od jakiegoś czasu ma hopla na punkcie niebieskiego jedzenia.

Jak już Mark w Dzienniku Bridget Jones to zauważył - niewiele w przyrodzie występuje pożywienia w takim kolorze. Naturalnego, nie farbowanego oczywiście.
Otóż są niebieskie jogurty dla dzieci - Smyk je uwielbia i nie chce jeść żadnych innych.

Ostatnio, będąc ze mną na zakupach, Smyk wypatrzył niebieską galaretkę. Już gotową do spożycia w kubeczku. Użył mocnych środków perswazji, więc kupiliśmy całą zgrzewkę 12 sztuk kubeczków galaretki w różnych kolorach, w tym 4 szt. niebieskiej.

Już w sklepie chciał się do niej dobrać, ale nie mieliśmy łyżeczki.

W samochodzie wyłuskałam niebieską galaretkę spod folii i dałam do potrzymania dziecku mówiąc, że za chwilę dojedziemy do domu to dostanie łyżeczkę i zje.

Całą drogę (1.5 km) dziecko marudziło Domu! (Do domu!).

W końcu skręcamy w naszą uliczkę. Smyk poznaje okolicę i już wie, że do błękitnej rozkoszy podniebienia już tylko krok i uradowany woła:

- Ooo! My domu! Juhuuuu!


komentarze (7) | dodaj komentarz

Już mi lepiej

środa, 22 października 2008 18:54

Już mi lepiej.

Dziękuję wszystkim za troskę i ciepłe słowa oraz dawki sił i energii - to balsam dla duszy, który bardzo pomaga!

Zamiast odpowiadać na komentarze pod poprzednim wpisem, odpowiem tutaj.

A zacznę od tego, ża ja nie należę do tych osób, które ledwie kichną, zaraz biegną do lekarza z żądaniem antybiotyku oraz dwóch tygodni zwolnienia lekarskiego. 
Nie, ja to z tych obowiązkowych twardzieli, bez których świat się by już dawno zawalił, albo przynajmniej firma padła... Do lekarza udaję się tylko w sytuacjacjach skrajnych, kiedy oczywiste się staje, że sama sobie nie dam rady z choróbskiem. 

Niestety, od kilku lat nie udaje mi się trafić na lekarza, który by odpowiednio poważnie potraktował moje wołanie o pomoc. Zazwyczaj zbywają mnie lekceważącym "To tylko przeziębienie. Proszę dużo odpoczywać i samo przejdzie."
Tylko, że to tylko przeziębienie już w kilku przypadkach okazało się czymś nieco poważniejszym:

  • 2 lata temu - sprawa olana przez lekarza, bo przecież to tylko katar, więc czego ja chcę? skończyła się zapaleniem zatok przynosowych, opuchniętą twarzą i bólem przy najmniejszym dotknięciu twarzy + sześciotygodniową kuracją antybiotykową. Tylko dlatego, że  lekarz nie uwierzył w moje zapewienia, że to nie jest zwykłe przeziębienie.

  • 1.5 roku temu - podobna sytuacja. A ja właśnie wylatywałam do Polski. Stawianie baniek sprawiło, że jakoś przetrwałam tę 24-godzinną podróż a następnego dnia poszłam do przychodni i okazało się, że miałam zapaleni oskrzeli plus infekcję zatok. Znowu tutejszy lekarz twierdził, że nic mi nie dolega...

  • Pół roku temu męczył mnie tak straszny kaszel, że aż miałam odruchy wymiotne. Oglądało mnie dwóch lekarzy w odstępie 4 tygodni. Każdy z nich stwierdził, że nic mi nie dolega. A ja w sumie przez 8 tygodni żeby zasnąć musiałam co wieczór wypić trzykrotnął dawkę syropu przeciw kaszlowi, po którym do południa dnia następnego chodziłam jak naćpana i co dzień trzęsłam się czy dojadę cało do pracy, czy nie spowoduję wypadku, czy dojedziemy szczęśliwie do przedszkola... 

Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że mam infekcję zatok. Zdaję sobie sprawę, że choroby zatok w początkowym stadium mogą być trudne do zdiagnozowania, ale skoro mówię, że miałam w przeszłości podobne kłopoty i uczulam, że to nie jest zwykły katarek to tak trudno przyjąć do wiadomości, że dorosła osoba nie fantazjuje, nie buja, nie próbuje niczego wyłudzić (tutaj nie ma zwolnień lekarskich)? Czy tak trudno uwierzyć, że niektórzy ludzie znają swój organizm na tyle, żeby wiedzieć, że naprawdę coś im dolega?

W tej sytuacji zbawieniem okazała się ropa pod zębem - dentystka przepisała mi antybiotyk, i choć to penicylina a na zatoki zazwyczaj przepisuje się amoksycylinę, to jednak pomogło. Czy następnym razem zamiast do lekarza pierwszego kontaktu mam iść do dentysty po pomoc? Przecież to jest chore!

Moja wiara w lekarzy topnieje prz każdym tego typu incydencie. Nie twierdzę, że wszyscy amerykańscy lekarze to konowały, ale ci, na których do tej pory trafiłam - tak! Z tego  co słyszę to w tym kraju trudno jest znaleźć dobrego lekarza, tym bardzej, że wielu z nich nie przyjmuje nowych pacjentów.

Dość jednak biadolenia! Teraz kilka wyjaśnień:

Jak już wspomniałam, tutaj nie ma zwolnień lekarskich, więc jeśli bym została na te kilka dni w domu to po prostu nie zapłaciliby mi za te dni ani cencika. Nikt by na mnie krzywo nie patrzył ani by mi nie miał za złe tego, że nie przychodzę do pracy z powodu choroby. Nie. Tylko by mi nie zapłacili. A tak to zapadłam się w miękkości fotela w moim maleńkim pokoiku i oddałam się wypoczynkowi, czyli po prostu obijałam się przez te dni, kiedy czułam się najgorzej. Tego też  nikt nie miał mi za złe.

Zarazkami zainfekował mnie Smyk. Odkąd dziecię zaczęło przechodzić proces uodparniania się drogą łapania wszelkich infekcji od innych dzieci - całe to dziadowstwo przechodzi na mnie tylko, że o ile Hultajstwo przechodzi to łagodnie, ja dużo gorzej.

Oczy mam zielone nie błękitne - cała nasza trójeczka zielonooka.

Mąż bańki stawiał pierwszy raz w życiu - kiedyś widział jak robi to moja koleżanka-pielęgniarka (stawiała bańki na moich plecach). Myślę, że całkiem nieźle mu poszło. Nie poparzył mnie, a bańki przyssały się prawidłowo. Ja jemu jeszcze nie stosowałam tego zabiegu, więc nie wiem jak mężczyzna reaguje na stawianie baniek. Do dentysty z mężem nie chodzę, więc nie  wiem czy bardzo się kompromituje, ale mamy tę samą dentystkę, więc bym coś słyszała na ten temat. Poza tym tutaj nawet do czyszczenia zębów walą znieczulenie, dają ci słuchawki na uszy i pozwalają się zrelaksować przy muzyczce.

Muszę sobie przemyśleć, czy aby na pewno chcę "zwrednieć", jakoś nie do końca jestem przekonana, że to spowoduje, że zarazki przestaną na mnie przeskakiwać z Hultajstwa...

No i co z tym moim zębem.
Ano są dwie możliwości: 

  •  nie wyczyściłam  odpowiednio zębów nitką (dość prawdopodobne) i coś mi tam zostało co spowodowało stan zapalny, z którym normalnie organizm by sobie sam poradził, ale że moja odporność wzięła sobie wolne i pognała nie wiadomo gdzie, to zaczęła się zbierać ropa
  • pękł mi ząb/korzeń
Tak czy siak najpierw muszę wyleczyć infekcję, potem będzie ewentualnie ciąg dalszy. Mam nadzieję, że to jednak moje niechlujstwo, bo nawet nie chcę myśleć co mnie czeka jak okaże się, że to jednak pęknięcie korzenia. Ząb mam wyleczony kanałowo z piękną porcelanową koronką i szkoda by go było...

I to by było  na tyle, bo aż się za głowę złapałam jak zobaczyłam ile ja tego naprodukowałam dzisiaj - zaraz widać, że mi lepiej, prawda?
Od jutra tematyka wraca do spraw smykowo-robótkowo-książkowo-ogródkowych, więc:

do jutra!

Gratulacje dla wytrwałych, którzy doczytali do końca!

komentarze (10) | dodaj komentarz

jestem chora...

poniedziałek, 20 października 2008 20:29

Dzisiaj wam pomarudzę i pożalę się:

jestem chora

Dopadło mnie paskudne przeziębienie, które trwa już od tygodnia.

W ruch poszły wszelkie znane domowe sposoby na takie przypadki od czosnku począwszy a skończywszy na medykamentach, które podobno czynią cuda i rach ciach stawiają na nogi .

W moim przypadku cudów brak. 
Brak jakichkolwiek efektów, poza tym, że układ trawienno-wydalniczy zaczyna protestować.

Jedyny pozytyw jest taki, że cała okolica o ile nie całe miasto ma na co najmniej miesiąc z głowy wszystkie wampiry bo woń czosnku jaką roztacza moje ciało potrzyma je w odpowiedniej odległości czas jeszcze, zwłaszcza, że po pracy będę kontynuować proces nasączania komórek odorem czosnkowym.

U lekarza byłam, i owszem, w zeszłą środę i dowiedziałam się, że jestem w doskonałej kondycji fizycznej. Tego, że gardło miałam tak obolałe, że nie mogłam łykać pani dochtór nie zauważyła. Jak i kataru lejącego mi się z nosa strumieniem konkurującym z rzeką Delaware blisko jej ujścia.

Od tego czasu infekcja rzuciła mi się na zatoki tak porządnie, że zaczęłami się lać ropa z oczu a kaszel mam taki, że bez otumanienie się końską dawką leku na kaszel nie jestem w stanie zasnąć. A potem przez 9 godzin nic i nikt nie jest w stanie mnie dobudzić a w dzień chodzę jak naćpana.

W weekend mąż postawił mi bańki, więc miałam siły doczołgać się dzisiaj do pracy.

Dzisiaj  dla odmiany idę do dentystki - bo zapuchło mi dziąsło i chyba zbiera mi się ropa.

Następny wpis będzie jak wydobrzeję.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Smykowe mini rozmówki

piątek, 17 października 2008 19:27

Jadąc samochodem mijamy pick up'a, na pace którego stoi pies i szczeka jak wściekły.
Zrównuję się z samochodem i zwalniam mówiąc do Smyka:

- O! Popatrz! Piesek szczeka! Pewnie chce Ci powiedzieć "Hi!"

Hultajstwo spogląda sceptycznie na ujadającego psa i odpowiada:

- Neee, łała ne "Hi!" Łała ... (myśli chwilkę) ... łała ŁAŁA! (Piesek nie mówi "Hi!" Piesek ... szczeka!)

I matka wyszła na idiotkę co to nie wie, że psy nie mówią tylko szczekają...

komentarze (7) | dodaj komentarz

Czapka dla Zuzi

czwartek, 16 października 2008 18:56

Koleżanka poprosiła mnie o zrobienie czapki dla swojej 1,5 rocznej córeczki Zuzi.
Czapka miała nie być zbyt gruba, ponieważ taką Zuzia już ma. Miała być cienka, na chłodne, ale nie mroźne dni.
Ponieważ Zuzia odzedziczyła kurtkę po Smyku, wiedziałam też do jakich kolorów ma pasować. Kurtka jest niebiesko-żółta i do tego chłopięca, więc tym bardziej chciałam, żeby czapka była dziewczęca.

Zabrałam się za przeglądanie kosza z włóczkami chcąc wykorzystać posiadane resztki, co mi się z resztą udało. Do czapeczki dorobiłam też szaliczek. Oto cały komplet:



Udało mi się zużyć resztkę jakiegoś białego akrylu - to na czapkę, szalik po wstał z innej włóczki. Niebieską trawkę, pozostałość po szaliku boa dla koleżanki, też zużyłam do końca.

Wypróbowałam kilka splotów na szalik, aż w końcu najbardziej spodobał mi się zwykły dżersej + wykończenie szydełkiem. Wprawdzie szalik zwija się, ale dzięki niebieskiej trawce, wygląda to jak efekt zamierzony: 



Na czubku czapki miał być kwiatek ze sznureczka wykonanego laleczką dziewiarską, ale niestety włóczki wystarczyło jedynie na taką małą pętelkę:

  

Dobrze, że przezornie zrobiłam zdjęcia na moim domowym modelu - lwie, bo w całym zamieszaniu przy okazji spotkania z koleżanką zapomniałam zrobić zdjęć Zuzi w nowym komplecie. Wykorzystanie Smyka jako modela odpada, bo przekonany, że przymierzane rzeczy należą do niego nie chce ich potem oddać.

*               *               *

A kilka ostatnich dni poświęciłam przeróbkom. 
Chyba nikt tego nie lubi, ale czasem trzeba. 
Swterek z misiem, który zrobiłam Smykowiw w styczniu (pisałam o nim tutaj) zrobił się jakiś taki przykrótki. Miałam jeszcze trochę tej włóczki, więc przedłużyłam rękawy, i sam sweter. Ponieważ zużyłam włóczkę do końca, sweter jest teraz trochę za duży, ale to akurat mały problem.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Listonosz

środa, 15 października 2008 17:32

Kiedy znudzi się  Hultajstwu zabawa  rzeczami, które można znaleźć  w domu w różnych szafkach i szufladach, wypuszcza się na podbój garażu. 
Zamek w drzwiach z kuchni do garażu już od jakiegoś czasu nie stanowi dla Smyka żadnej zapory, więc skarby garażu stoją przed nim otworem.

Kilka dni temu znalazł sobie niewielkie kartonowe pudełko (mniej więcej 40x30x10 cm) i przyniosł je do domu.
Napakował do niego starych gazet oraz zabawek. Trochę kłopotów miał z zamknięciem pudełka, ale mama pomogła.

Z takim pakunkiem Smyk rusza znowu do garażu. Starannie zamyka za sobą drzwi kuchenne, a po chwili rozlega się pukanie:

- Kto tam? - wczuwam się w rolę.
- Pan! - dobiega zza drzwi.

Otwieram, Hultajstwo wchodzi do środka, i wręcza mi pudełko mówiąc:

- Paka!

I tak oto Smyk doręczył mi przesyłkę.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zagadka była - a dzisiaj odpowiedź

wtorek, 14 października 2008 18:38

A nie mówiłam, że tym razem łatwa zagadka? (o zagadce było tutaj)

Zgadły aż 3 osoby: Karri Angel, Kasia oraz Poziomka - gratulacje!

A zabawka na zdjęciu to wędka.

Smyk wykorzystuje każdą okazję do wędkowania przy pomocy różnych różności typu: metr krawiecki, kije wszelkiej długości i grubości, włóczka mamy, nici, sweter i co tam się jeszcze pod rękę nawinie.

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 20 marca 2010

Licznik odwiedzin: 95493

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

W Polsce jest godzina: U Motylka jest godzina:

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Statystyki

Odwiedziny: 95494
Bloog istnieje od: 1236 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: