Bloog Wirtualna Polska
Są 1 260 654 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Motylek teraz czyta: Carlos Ruiz Zafon "Marina"

Zdjęcia w galeriach.


10 lat

wtorek, 17 listopada 2015 23:13

Hultajstwo kończy dzisiaj 10 lat!

birthday2.jpg


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Mam prawie 9 lat!

piątek, 10 października 2014 18:45

DSC_0900.jpg

Mama pisze teraz o mnie, mojej siostrze i innych takich tutaj.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Hultajstwo ma siedem lat

czwartek, 22 listopada 2012 23:09

17 listopada Hultajstwo skończyło siedem lat.

 

Przebieg imprezy urodzinowej, oraz inne dzieje Hultajstwa oraz jego młodszej siostry, można śledzić tutaj, na moim nowym blogu.

Zapraszam!

Motylek


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

Mam 6 lat!

poniedziałek, 21 listopada 2011 23:32

17 listopada Smyk skończył 6 lat.

Przyjęcie urodzinowe odbyło się w minioną niedzielę.

W tym roku solenizant zażyczył sobie tort ze SpongeBobem.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Przedszkolne prace plastyczne

wtorek, 24 maja 2011 0:05

Nowa pani przedszkolanka już nie taka nowa - pracuje z grupą Smyka już prawie dwa miesiące.

Po pierwszym miesiącu przestała być taka spięta i zestresowana w obecności rodziców - zapewne doszła do wniosku, że jednak jej nie pogryziemy. Uśmiech przemienił się z wymuszonego służbowego na naturalny.

Trudno jest przyjść na miejsce bardzo lubianego nauczyciela - przyszło mi tego doświadczyć w przeszłości, więc wiem, jak trudno jest być zamiennikiem.

Pani Kelly nie ma wrodzonego daru wymyślania fascynujących zajęć plastycznych dla swoich podopiecznych - rozumiem ją doskonale bo ja też nie zostałam obdarowana takim darem.

Ważne, co się robi w takiej sytuacji.

Pani wypożyczyła sobie książkę z biblioteki z propozycjami różnych zajęć i zabaw. Oczywiście możliwe jest, że poprzednia pani też korzystała z podobnych publikacji, tyle, że nie przynosiła ich ze sobą do pracy a przynajmniej nie trzymała w  widocznym miejscu. Możliwość jest, choć mała - sądząc po pozapracowych zainteresowaniach pani Sary o artystycznej duszy.

W każdym razie pani Kelly stara się jak może a ja chciałam pokazać kilka Smykowych prac przyniesionych z przedszkola.

Na początek jeszcze pozostałość po poprzedniej pani, księżniczka z papierowej torebki:

 

 

 

 

A teraz kilka nowszych prac. Najpierw zakładka:

 

 

 

 

W związku ze zbliżającym się Memorial Day, dzieci malowały amerykańską flagę na kamieniu - żeby było nieco inaczej i ciekawiej. Cel osiągnięty - dzieciakom spodobał się pomysł.

 

 

 

 

A teraz pora na węża. To akurat projekt wymyślony przez Hultajstwo. Narysował, powycinał i poskłejał:

 

 

 

 

Zbliżenie głowy:

 

 

 

 

Pewnego nia Smyk poprzyklejał na kartce wycinki z gazet - zdjęcia ryb. Zażądał, żebym mu podyktowała tekst określonej treści (powiedział mi tekst po angielsku). Ja dyktowałam po literce, dziecko pisało. Powstała taka oto plansza:

 

 

 

 

Jak ktoś się wczyta to znajdzie błąd - mama źle podyktowała, ale jako usprawiedliwienie napiszę, że oglądanie wiadomości, robienie na drutach i dyktowanie po literce to stanowczo za dużo jak na moje możliwości.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Moje zwierzątko

piątek, 20 maja 2011 0:22

Dziecięciem będąc, zanudzałam mamę prośbami o jakieś zwierzątko - kotka, pieska, chomika, świnkę morską.

W swoich prośbach nie byłam osamotniona - wtórował mi młodszy brat. 

Mama w końcu uległa na tyle, że pozwoliła na rybki. Popularne gupiki miały się dobrze, nawet się rozmnażały - do czasu, kiedy zepsuła się grzałka i rybki skończyły jako zupa rybna.

Los jednak spłatał nam niespodziankę: kiedy pewnego bardzo mroźnego dnia wyrzucona przez kogoś psina oszczeniła się nam pod drzwiami, mama pozwoliła przygarnąć biedactwo z piątką przychówku. Psinka dostała imię patronki dnia, w którym los się do niej  uśmiechną - Agata.

Kochaliśmy Agatę bardzo, ale tak samo bardzo, albo jeszcze bardziej nie chciało nam się wychodzić z nią na spacery, zwłaszcza w weekendowe poranki i w deszczowe dni. I mimo upływu lat doskonale pamiętam, że ten kochany skądinąd obowiązek momentami dość nam ciążył. Po latach przyszło zrozumienie dla niechęci mamy dla domowych zwierzątek - dzieci kochają, obowiązek na głowie mamy. Jakby innych miała mało...

Historia zatoczyło koło - Smyk co jakiś czas domaga się zwierzątka: kotka, albo pieska, albo chomiczka...

Ja, jak moja mama przed laty, bronię się jak mogę.

Póki co, Hultajstwo zbytnio się nie upiera, wynajdując sobie zastępcze zwierzątka, najczęściej pluszaki.

A w miniony weekend, kiedy w sobotę ja pracowałam w ogródku, Smyk znalazł sobie takie oto zwierzątko:

 

 

 

 

Przyszedł do mnie i oświadczył:

 

- To jest my pet, moje zwierzątko!

 

I nawet chciał je pocałować, ale udało mi się mu to wyperswadować.

"Zwierzątko" na szczęście zamieszkało... w ogródku, a wyzwolone z objęć Hultajstwa, odpełzło w sobie znanym kierunku, niepomne na tęsknotę dziecka...

No może nieco przesadziłam z tą tęsknotą - Smyk szybko zapomniał o obiekcie swoich uczuć, ku zadowoleniu mamy, tata, i jak przypuszczam, samego zainteresowanego zwierzątka też.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zabójcza Kelly

czwartek, 12 maja 2011 23:19

Pisałam jakiś czas temu, że ukochana pani przedszkolanka Smyka wzięła trzymiesięczny urlop bezpłatny. Na jej miejsce została przyjęta nowa pani - Kelly.

Przez pierwsze dni Smyk miał problem z zapamiętaniem imienia nowej pani - z uporem maniaka nazywał ją Killy. 

Pewnego dnia po przedszkolu, kiedy wsiadaliśmy do samochodu i kiedy zapinałam Hultajswu pasy, ten zadał mi pytanie:

 

- A kiedy ta nowa pani nas wszystkich pozabija?

- Co?

- Pozabija! No kiedy!

- Ale dlaczego miałaby was pozabijać?

- No bo Killy - KILL. [kill = zabić, zabijać] 

- Aaa! Pani ma na imię Kelly, nie Killy, i nie pozabija was.

- Killy...

- Kelly!

- Killy...

- KELLY.

- Killy...

- KELLY!!! Przez E!

- Aha, Killy...

 

Ale minęło kilka dni i Mały załapał.

Tylko teraz ja, ilekroć myślę o Kelly, uśmiecham się pod nosem mrucząc Killy Kelly.

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Ponowna wizyta Tooth Fairy

poniedziałek, 09 maja 2011 21:26

Minionej nocy ponownie odwiedziła nas Tooth Fairy czyli Zębowa Wróżka - wczoraj wieczorem Smyk pożegnał się z drugim mleczakiem. Tym razem to tata dostąpił zaszczytu wyciągnięcia zęba przy wieczornym myciu.

Dzień wcześniej Hultajstwo zaliczyło wypadek na trampolinie: spadł i trochę się potłukł. Jak to zrobił - nikt tak dokońca nie wie, choć świadków zdarzenia było wielu, i jak łatwo się domyślić, każdy przedstawia inną wersję. 

Smykowi trochę lała się krew z nosa, ale tylko odrobinkę. Z pewnością mocniej uderzył się w nogę.

Z obserwacji powypadowej wynika, że upadek nie był groźny. Chwiejący się na wszystkie strony ząb pozostał oczywiście nietknięty. Jak i wszystkie pozostałe zęby. Ale i tak nieźle się zdenerwowałam, a Smyk przestraszył. Strach Bąbla nie trwał dłużej nież pół godziny i Hultajstwo znowu hasało na trampolinie... 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Na przedszkolnym placu zabaw

piątek, 06 maja 2011 21:37

Kilka tygodni temu Smyk ostatecznie i tak do końca polubił przedszkole.

Przez kilka dni z rzędu wyrażał głębokie niezadowolenie z faktu, że przyszłam po niego tak wcześnie!

A na przedszkolnym placu zabaw jest przecież tak fajnie!

I lepiej niż w parku, bo ma się do towarzystwa kolegów i koleżanki.

Kończyło się to tym, że siedziałam sobie 45 minut i patrzyłam jak się bawią przedszkolaki. 

Kiedy przyszło mi być jedynym widzem wywrzeszczanego występu wokalnego dwóch dziewczynek, które żyją w przekonaniu, że moje uszy wszystko zniosą, dałam sobie spokój, zmieniałam godziny pobytu Smyka (bez zmiany kwoty opłaty) i odbieram go teraz później.

A dziecko i tak bywa niezadowolone:

 

- Jutro przyjdź po mnie jak już będzie noc!

 

Dowcipniś. 

Smyk ostatnio nauczył się sam huśtać na huśtawce i zażarcie trenuje nową umiejętność.

Najzwyklejsze stare opony samochodowe dostarczają pola do popisu jeśli chodzi o wspólną zabawę pięciolatków.

 

 

 

 

Nie tylko można poukładać opony jedna na drugą i schować się do środka.

Można oprzeć je o bok konstrukcji zjeżdżalni i zrobić tunel. Kolejka chętnych do przejściam takim tunelem bywa bardzo długa! Każde dziecko chce się uciorać przeczołgując się przez tunel z opon!

Chłopaki wymyślili sobie, że zrobią z opon schodki, po których dostaną się na gałąź drzewa, która jest jeszcze nieco za wysoko na ich możliwości wspinaczkowe. Potem zwisają na rączkach udając małpki.

 

 

 

 

Nowa pani pozwalam im na to, bo jak twierdzi Hultajstwo, she doesn't know the rules, czyli nie zna zasad panujących w przedszkolu. Jedna z tych zasad głosi, że nie wolno wspinać się na drzewa. A nowa panie nie wie, a małe szelmy raczej nie spieszą się, żeby ją w tej kwestii oświecić. 

A jak znudzi im się skakanie po drzewie, zawsze zostaje stara jak świat, znana wszystkim dzieciom zabawa w lekarza:

 

 

 

 

W  tym akurat przypadku pacjent nie wykazywał oznak życia, ale mali specjaliści znaleźli na to sposób - łaskotanie tu i tam postwiło go na nogi w mgnieniu oka!

A kiedy pada deszcz, to dzieci wcale się nie nudzą!

 

 

 

 

Panie zwsze wymyślą coś ciekawego, na przykład Crazy Hair Day czyli dzień szalonych włosów. 

Jakby postawionych i pomalowanch włosów było mało (dwa mycia nie pomogły na fiolet i musiałam w końcu wyciąć małą kępkę) to jeszcze panie wymalowały dzieciom buźki - wedle życzeń!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Pytanie

czwartek, 05 maja 2011 18:05

Wczoraj, w drodze powrotnej do domu, Smyk, zajadając pomidorki koktajlowe, tak ni z gruszki ni z pietruszki zadał mi pytanie:

 

- Mama, co to znaczy żyć? 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Czas szczerbatych

czwartek, 28 kwietnia 2011 22:00

Jakieś dwa tygodnie temu zaczął się Smykowi ruszać pierwszy mleczak - dolna jedynka.

Wydaje mi się, że to trochę za wcześnie, ale z drugiej strony pierwsze mleczaki wyszły Smykowi kiedy miał zaledwie cztery miesiące, więc może  tak musi być w jego przypadku.

Dentysta (akurat dzisiaj byliśmy na czyszczeniu i fluorowaniu) twierdzi, że mimo, że większości dzieci pierwszy ząb wypada około szóstego roku życia, pięć i pół (wiek Smyka) mieści się w statystycznej normie.

 

Ząb ruszał się i chwiał coraz bardziej. Ta "nowość" w buzi nie dawała Hultajstwu spokoju, więc męczył biednego zęba wypychając go językiem, diagnozował stopień odchylenia paluszkiem.

Żartowaliśmy sobie z mężem wymyślając coraz to nowe sposoby na wyrwanie tego zęba: a to mąż udawał, że idzie do garażu po obcęgi, a to szukaliśmy sznurka, żeby zęba przywiązać, a drugi koniec przymocować do zderzaka samochodu. Ten pomysł bardzo spodobał się Hultajstwu:

 

- Tak jak w bajce o Reksiu!

 

W końcu, w sobotę wieczorem, ząb już trzymał się na słowo honoru. Złapałam palcami, pociągnęłam, i Smyk został oficjalnie Szczerbatkiem.

Jak wiadomo, mają Amerykanie swoją wróżkę od zębów, Tooth Fairy, która w nocy wyciąga spod poduszki straconego mleczaka, zostawiając w zamian jakiś prezent.

Nas też odwiedziła. Smyk w zamian za zęba, dostał malutki zestaw klocków Lego - widać wróżka wiedziała co Hultajstwu sprawiłoby przyjemność.

W niedzielę wielkanocną, o rezurekcyjnej porze (6.00), wtargnął Smyk do naszej sypialni, żeby podzielić się z rodzicami radosną nowiną:

 

- Tooth Fairy była!!!

 

 


 

 

Póki co zdjęcia bezzębnego uśmiechu nie będzie - ilekroć proszę Smyka, żeby zapozował i ładnie się uśmiechnął, robi to z zamkniętymi ustami.

Nie bez kozery nosi ksywę Hultajstwo.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Imprezowa sobota

poniedziałek, 11 kwietnia 2011 21:51

Wśród dzieci naszych znajomych zapanowała moda na urodziny na basenie. 

W sąsiedniej miejscowości jest kompleks kąpielowy z basenami, brodzikami, falą, sadzawką z gorącą wodą, zjeżdżalnią - raj dla dzieciaków!

Hultajstwo po pierwszej takiej imprezie, już w styczniu zapowiedział, że jego urodziny (w listopadzie) też mają się tam odbyć.

W sobotę świętowaliśmy urodziny Michała. 

W wodzie moczył się, pilnując Smyka, tata, bo ja odczuwam dość spory dyskomfort prezentując swoją tuszę w stroju kąpielowym. Pal licho wśród obcych! Ale wśród znajomych, przykro to przyznać, ale jestem najgrubsza.

Dzieciaki brykały w wodzie, tatusiowie ich pilnowali, mamusie pilnowały rzeczy a ja oddałam się robieniu na drutach - prawie cały rękaw machnęłam!

Po dwóch godzinach dzieci zostały wyciągnięte z wody - nie obyło się bez odrobiny przymusu, bo wcale na to nie miały ochoty. Ale okazało się, że kanapki przygotowane przez mamę solenizanta zniknęły w mgnieniu oka. Potem w podobnym tempie zostały spałaszowane wszystkie przekąski (winogrona, marchewki, orzeszki, rodzynki, cukierki, czipsy). Z ogromnego tortu nie zostało ani okruszynki. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby moje dziecko zjadło tak dużo w tak krótkim czasie...

A stolik, przy którym siedzieliśmy był tuż przy oknie z widokiem na nowiusieńki plac zabaw i wszystkie dzieci po kolei wyrażały pragnienie zabawy tamże. Kiedy więc zjedliśmy wszystko, przenieśliśmy się na plac zabaw.

Docukrzone dzieci nie wykazywały żadnych oznak zmęczenia po basenie, bawiły się tak pięknie w podgrupach wiekowych, że rodzice mogli sobie posiedzieć na ławce i porozmawiać. A że byliśmy w naszym starym sprawdzonym polskim gronie (z wyjątkiem dwóch chłopców i ich rodziców), więc czas mijał nam przyjemnie i szybko.

Za szybko.

W końcu zaczęło się ściemniać i trzeba było zbierać się do domu.

(Zdjęć nie będzie - nie miałam przy sobie aparatu.)

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

"P" jak puzzle i inne projekty przedszkolne

czwartek, 07 kwietnia 2011 22:31

Ulubiona pani przedszkolanka Smyka wzięła trzy miesiące urlopu bezpłatnego, żeby pomóc siotrze przy nowo narodznym bobasku - podobno taka tradycja u nich w rodzinie.

Po przedszkolu krążą plotki podszyte obawą, że pani może nie zechcieć wrócić do pracy. A szkoda by było, bo jest świetną nauczycielką. Poza rozwojem bardziej akademickich umiejętności dbała także o rozwój zdolności artystycznych swoich małych podopiecznych, a robiła to z ogromnym entuzjazmem i pasją.

Dzisiaj chciałam pokazać kilka przedszkolnych projektów plastycznych. Na początek motyl z rolki po papierze toaletowym, połówki jajka-niespodzianki, a skrzydła - z tapety:

 

 

 

 

Motyl przysiadł na wazonie z hiacyntem, który kilka dni temu nie wyszedł zbyt zwycięstko z kolizji z rowerkiem Smyka.

Kolejny projekt to Sowa, z papierowej torebki oklejonej kolorowymi piórkani.

Po włożeniu do środka ręki można poruszać spodem torebki, więc w zagięciu Smyk dorysował sowie język i pokazywał go wszystkim chętnym. Tym niechętnym też... Oczy sowy wklejone są w literki "o", jako że sowa po angielsku to owl.

 

 

 

 

Latem wszystkie dzieci robiły torby lekarskie. Ponieważ w czasie wakacji podział na grupy w zasadzie nie istniał, ze względu na mniejsze możliwości plastyczne młodszych dzieci, dzieci przyklejały wyposażenie torby: plasterki, patyczki, gaziki, waciki. Kilka miesięcy później, już tylko w grupie Smyka, każde dziecko ponownie zrobiło neseser lekarski, tym razem rysując zawartość: 

 

 

 

 

Smykowy neseser został zalany wodą i nieco się rozmył, więc mogą być problemy z dokładnym określeniem co jest co.

 

Kilka dni temu dzieci przerabiały literkę "p".

"P" jak puzzle.

Każde dziecko dostało puzzle-półprodukt, czystą układankę, na której mogły narsować co tylko chciały a potem miały odwzorować napis "P is for puzzle". Zanim odebrałam Smyka, zdążył już zgubić dwie części swojej układanki (mimo że wszystkie części były w woreczku!), więc żeby mu nie było smutno dostał czystą układankę do wyrysowania do domu. Oto smykowe puzzle:

 

 

 

 

Na obrazku są kwiatki, słoneczko, a to brązowe to ptaszek.

I jeszcze raz ta sama układanka prezentowana przez dumnego Artystę:

 

 

 

 

Na zdjęciu Hultajstwo pozuje w czapce policyjnej - kolejnym projekcie przedszkolnym.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (22) | dodaj komentarz

Niegrzeczny David

wtorek, 05 kwietnia 2011 23:46

Kilka tygodni temu wszystkie dzieci w grupie Smyka dostały po egzemplarzu książeczki "No David!"

Książeczka opowiada o bardzo niegrzecznym chłopcu, który spóźnia się do szkoły, nie uważa na lekcjach, przeszkadza innym dzieciom, pisze po ławkach, aż w końcu doigrał się i musiał zostać za karę po lekcjach i wymyć wszystkie ławki.

Smyk żyje w przekonaniu, że jego ulubiona pani zrobiła tę książkę sama specjalnie dla niego i innych dzieci w grupie. Żadne tłumaczenia nie docierają, więc machnęłam ręką.

Hultajstwo uwielbia tę książkę. Zaraz po przyjściu do domu przeczytał ją sam.

Potem wieczorem jeszcze raz. Rankiem wtargnął do sypialni i przed siódmą rano przeczytał książeczkę tacie. Tata wrócił z delegacji w środku nocy, więc nie był świadomy wyczynu Potomka. Niezrażone Hultajstwo przeczytało tacie książeczkę jeszcze raz, kiedy tata już wiedział co się wokół niego dzieje. W tym momencie podejrzewałam, że dziecko zna już tekst na pamięć...

Smyk pęka z dumy, że on nie jest taki niegrzeczny jak David - szkoda tylko że zasobów posłuszeństwa wystarcza mu tylko na pobyt w przedszkolu, a po powrocie do domu Hultajstwu wyrastają różki i wychodzi z Niego mały diabełek.

 

Ponieważ tak ładnie poszło mu czytanie tej jednaj książeczki, postanowiłam sprawdzić jak to będzie z innymi. Wypożyczyłam kilka prostych acz zabawnych książeczek dla dzieci uczących się czytać i okazuje się, że Smyk całkiem nieźle sobie z nimi radzi. Co jakiś czas ma napad chęci czytania. Zazwyczaj nachodzi go wieczorową porą, kiedy zarządza zmianę czytania - to nie ja mam mu czytać ale on mi. I wtedy mógłby czytać... do rana! Ciekawe po kim to ma?

 

 

 

 

Tutaj, klikając na Click to LOOK INSIDE moża przejżeć książeczkę o niegrzecznym Davidzie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Piraci

środa, 30 marca 2011 18:52

Wypożyczyliśmy z biblioteki film "Piotruś Pan" (kreskówkę) - no i się zaczęło!

Która postać przemówiła najbardziej do wyobraźni Hultajstwa? No która?

Kapitan Hak oczywiście.

Nasz dom wzięli w swe władanie przerażający piraci. Stroją groźne miny, szczerzą zęby, wydają mrożące w żyłach krew okrzyki:

 

 

 

 

W pirackich szeregach łatwo o nieporozumienia, więc piraci toczą zażarte walki przeskakując z okrętu na okręt, z wyspy na wyspę (w roli okrętów i wysp - dywany i dywaniki, parkiet to woda):

 

 

 

 

Nieustanne boje wyciskają z moich piratów siódme poty, wybitnie poprawiając apetyt. Kiedy już piraci spałaszują posiłek, pora na odpoczynek. Kiedy Pirat-Hultajstwo nabierał sił przed kolejną potyczką, oddał się sztuce, rysując portret swojego koleżki:

 

 

 

 

(Rysunek dostała w prezencie mama - odnośny opis u góry, żeby nie było żadnych wątpliwości.)

Żeby było ciekawiej, wypożyczyliśmy też film z Dustinem Hoffmanem, Robinem Williamsem i Julią Roberts "Hak".

Era piratów przeżywa swój rozkwit...

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Jajecznica

piątek, 25 marca 2011 22:36

Przedwczoraj Hultajstwo oświadczyło mi, że pragnie zjeść na kolację scrambled eggs, czyli jajecznicę.

Najpierw upewniłam się, czy Smyk na pewno wie, czego żąda, bo do tej pory nie jadał jajek pod żadną postacią, chyba, że dobrze ukrytych w panierce, naleśniku itp. Pluł nimi na taką odległość, że mógłby spokojnie zdobyć mistrzostwo w zawodach plucia jajkiem na odległość, gdyby takowe były organizowane.

Ale ulubiona pani przedszkolanka zdołała namówić Smyka na spróbowanie jajecznicy, a że jego ulubiona koleżanka, albo raczej narzeczona, Verena lubi jajecznicę, zaczęła ona smakować i Hultajstwu. Ale na zimno.

Trochę się obawiałam, że nie sprostam zadaniu, że moja jajecznica zostanie uznana za gorszą od tej przygotowanej przez panią kucharkę przedszkolną, ale moje lęki okazały się bezpodstawne: tradycyjna jajecznica na masełku z odrobiną soli okazała się tym, czego oczekiwało dziecko.

Dzięki temu poszerzyło się nieco Smykowe, dość monotonne, menu śniadaniowo-kolacyjne.

 

 

 

 

A tak wogóle to okazuje się, że Hultajstwo ma dwie narzeczone w przedszkolu:

Verenę i Brielle

(w takiej kolejności)

...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Samodzielność

poniedziałek, 21 marca 2011 17:04

Smyk pęka z dumy z powodu swojej dorosłości. Nieustannie podkreśla, że potrafi to czy tamto, że już nie jest dzidzia.

Czasem ten pęd do samodzielności miewa opłakane skutki - ale to chyba nie do uniknięcia.

Wczoraj wieczorem Hultajstwo udało się do kuchni oświadczając:

 

- Ty tu nie idź mama!

 

I zamknął za sobą drzwi.

Poszłam więc do męża i poprosiłam go, żeby poszedł do kuchni sprawdzić co tym razem Bąbel wymyślił, choć byłam przekonana, że pewnie chce cichcem poczęstować się lodem lub splądrować spiżarkę w poszukiwaniu czegoś słodkiego.

Mąż nie zdążył nawet wstać z krzesła, a Smyk sam pojawił się z żądaniem plasterka.

Na paluszku czerwieniła się kropla krwi.

Rana została opatrzona, poczym przeprowadziłam dochodzenie.

Hultajstwo postanowił sam ukroić sobie kromkę chleba, i częściowo mu się udało (w chlebie nacięcie sigało tak około dwóch centymetrów) - zanim nadkroił sobie palec.

Rana, na szczęście, nie jest ani głębok ani rozległa.

 

 

 

 

 

Również wczoraj, wieczorem,  Smyk stwierdził, że idzie się myć - sam, bez mamy.

Ale po chwili wrócił, bo okazało się, że jest jeden mały problem: nie potrafi sobie sam ustawić wody (ciepła woda jest za gorąca i trzeba odpowiednio ustawić z zimną, żeby otrzymać odpowiednią temperaturę). I tyle było z samodzielnego mycia pod prysznicem.

Dzięki temu obyło się bez zalania i sprzątania łazienki.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (15) | dodaj komentarz

Planeta Ziemia

poniedziałek, 14 marca 2011 20:15

 

Oglądając piątkowe wiadomości doznałam szoku.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie bezmiaru nieszczęścia w Japonii.

 

Wspomnienie tej czarnej wody, której nic nie jest w stanie zatrzymać, która porywa i niszczy wszystko na swojej drodze, wywołuje moje przerażenie.

 

Smyk przeważnie ogląda ze mną wiadomości - coś sobie rysuje czy bawi się obok. Minione dni nie różniły się u nas pod tym względem. Ale dziecko momentalnie wyczuwa, kiedy coś poruszy czy zmarwi mamę i tatę. Lęki rodziców wyczuwa momentalnie.

Wczoraj narysował taki oto rysunek:

 

 

 

 

Planeta Ziemia w oczach pięciolatka, ale nie o niedokładność w kształcie kontynetów chodzi. Zwróćcie uwagę na trzy krzyżyki. Jak poinformowało mnie dziecko, te iksy oznaczają miejsca, w które nie wolno chodzić bo:

  • pierwszy x oznacza miejsce gdzie są big waves (duże fale)
  • drugi x to miejsce gdzie są rekiny i wieloryby
  • trzeci x - tam jest earthquake (trzęsienie ziemi)

A dzisiaj rano Smyk zwierzył mi się, że miał minionej nocy brzydki sen  - śniła mu się powódź.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Perełka schowana w muszelce

piątek, 11 marca 2011 22:48

Pisałam niedawno o dętce do zjeżdżania z górki, którą kupił mąż.

Dętka ta od miesiąca stanowi przedmiot zabawy Smyka w domu - śnieg, jak się okazuje, wcale nie jest konieczny żeby świetnie się bawić z wykorzystaniem dętki.

Okazało się, że mąż kupił dwie dętki, o czym nie powiadomił nas, ale pewnego dnia ja, dobra żona, postanowiłam popsprzątać bałagan w garażu, a zanim wyrzciłam karton, w którym przysłano dętkę, wyciągnęłam z niego fakturę, którą dokładnie przestudiowałam - i wyszło szydło z wora! Druga dętka została zaprezentowana rodzinie - natychmiast zarekwirował ją Smyk.

 

Dwie dętki - to dopiero jest zabawa!

Kilka pomysłów Potomka zostało natychmiast oprotestowanych przez rodziców - nie spieszy nam się z wizytami na pogotowiu a i miło by było zachować dętki w całości, żeby móc ich poużywać na śniegu.

Z dętek powstał domek, tor przeszkód, łódka, a na koniec muszelka, do której schowała się moja Perełka:

 

 

 

 

Jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką najwspanialszej, napiękniejszej, najdroższej Perły na świecie!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Prezent dla taty

czwartek, 10 marca 2011 18:04

 

Od jakiegoś czasu utarło się, że kiedy siadam przy stole w kuchni nad jakąś robotą niekuchenną, Smyk przyłącza się i też coś tworzy. W niedzielę postawiłam na stole maszynę do szycia. Hultajstwo natychmiast porzucił oglądanie bajki i przyłączył się do mnie. Zarekwirował skrawek materiału wielkości 3x5 cm, przyniósł sobie papier, kredki, klej (nożyczki leżały już na stole) i przez prawie dwie godziny, które zajęło mi szycie, pracował nad swoim projektem. Rysował,  kolorował, wycinał, przyklejał. Jak mu coś nie wyszło - zaczynał od nowa.

Kiedy już projekt został ukończony, dowiedziałam się, że to prezent dla taty - za to, że przywiózł Smykowi tyle ładnych prezentów z pracy (mąż był w zeszłym tygodniu na delegacji i przywiózł dziecku w prezencie kubek na wodę ze smokami i kolorowankę z naklejkami ze Sponge Bobem).

I jeszcze na koniec Bąbel dorobił opakowanie, okleił jak trzeba taśmą klejącą i poszedł obdarować Rodzica.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Senne koszmary

piątek, 04 marca 2011 21:42

Pisałam wczoraj, że Hultajstwo przychodzi do mnie w nocy, jeśli śni mu się coś brzydkiego. A jakie są te dziecięce koszmary? Dzisiaj dwa, ostatnio zanotowane, przykłady:

 

  • Wszyscy w przedszkolu mieli lizaka tylko nie Smyk.
  • Nie było ani mamy, ani taty, ani innych dzieci, tylko Smyk i Verena (koleżanka z przedszkola) i straszny krokodyl, który chciał ich zjeść.

 

Dzisiaj, tuż przed budzikiem, Smyk też przyszedł. Nawet zaczął opowiadać co mu się śniło, ale kiedy przytulił się do mnie to zapomniał o sennym koszmarze. Zamiast tego sprawił mi komplement:

 

- Mama, ja lubie twoją skóle!

- Tak?

- Tak,  ona tak baldzo ładnie pachnie!

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Przełom

czwartek, 03 marca 2011 20:53

W nocy z 22 na 23 stycznia bieżącego roku nastąpił przełom w kwestii spania Smyka.

Do tej pory sypiał ze mną – mąż unikał spania z Potomkime w jednym łóżku jak mógł. Przeszkadzało mu wiercenie się, kopanie, przemieszczanie.

Mi, paradoksalnie, nie – poza kopaniem.

 

Podczas odwiedzin u znajomych Smyk zauważył, że chłopcy (5 i 7 lat) mają piętrowe łóżko. Temat zaintrygował go:

 

- Mama a Ty wiesz, zie Michał i Mateusz mają piętlowe łóźko?

- Tak, wiem.

- A skąd Ty to wiesz?

- Przecież byłam u nich w pokoju i widziałam.

- A czy oni śpią w swoim łóziećku?

- Tak.

- Sami?

- Tak, sami.

- Bez mamy i taty?

- Bez.

- I nie boją się?

- Nie.

- Naplawde?

- Naprawdę!

 

Dyplomatycznie przemilczałam fakt, że Michał i Mateusz zasypiają jedynie w swoich łóżkach, a w środku nocy emigrują do sypialni rodziców i tak przesypiają resztę nocy – coś mi podpowiadało, że akurat tego Hultajstwo nie musi wiedzieć.

 

Myśl, że młodszy o cztery miesiące Michał śpi sam w swoim łóżku nie dawała spokoju Smykowi. Oświadczył, że on też będzie spał sam. Stwierdził, że już się nie boi.

Wieczorem sprawdziliśmy w praktyce jak to wygląda – po wieczornej lekturze, zostałam ze Smykiem aż zasnął.

Smyk smacznie przespał do rana, nie płakał, nie spadł z łóżka, nie przyszedł do nas (mąż skwapliwie skorzystał z opuszczonego przez Hultajstwo miejsca) – inaczej rzecz się miała ze mną, przyzwyczajoną do tego, że czuję i słyszę dziecko przy sobie.

Nie mogłam spać!

Ciągle wstawałam i sprawdzałam czy u Małego wszystko w porządku.

Przypominało to żywcem sytuację sprzed pięciu lat, kiedy Smyk był noworodkiem – wtedy też cały czas sprawdzałam czy aby oddycha w łóżeczku i w końcu wylądował w  naszym łóżku, żebym ja mogła spać spokojnie.

 

Po kilku kolejnych nocach przeszło mi, a Smyk nadal dzielnie śpi w swoim pokoju.

Udało mu się dwa razy spaść z łóżka – wszak mam zdolne dziecka – ale nie potłukł się na miękkim dywanie, poza tym najpierw spadła kołdra, a potem Smyk na nią.

Zdarza się, że kiedy obudzi się rano w weekend, przychodzi do nas, ale dzisiaj, kiedy  zajrzałam do niego o 6.30, leżał sobie w łóżku i bawił się zabawkami.

Zdarza się też, że sporadycznie przyjdzie do nas w nocy, kiedy jest chory czy śni mu się coś strasznego.

 

W zeszłym tygodniu poszliśmy o krok dalej.

Po zgaszeniu światła Smyk oświadczył, że mogę go zostawić samego i iść pojeździć na rowerku (stacjonarnym) – i zasnął sam.

I teraz tak robimy co wieczór.

 

W przedszkolu Smyk nie omieszkał pochwalić się swoją odwagą - okazało się, że wszystkie pozostałe dzieci w jego grupie albo wogóle śpią z rodzicami, albo przychodzą do nich co noc. A ja myślałam, że tylko my jesteśmy takimi nadopiekuńczymi rodzicami, nieodpowiedzialnymi do tego, bo zgodnie z zaleceniami amerykańskich pediatrów, dziecko od narodzin powinno spać osobno, w swoim łóżeczku.

 

A dlaczego czekałam z obwieszczeniem tej wiadomości tak długo? Dlatego, że zdarzało się wcześniej, że Smyk np. zaczął korzystać sam z toalety, a po dwóch tygodniach znudziło mu się i wróciliśmy do pieluch - na dość długo. Podobnych  przypadków było kilka, więc wolałam odczekać dla pewności.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Roboty Smyka i droid

poniedziałek, 28 lutego 2011 18:26

Dać dziecku odpowiednie zabawki a samo zorganizuje sobie czas.

Pewnego dnia coś tam robiłam, przyplątał się Smyk, a że nie bardzo mogłam oderwać się od wykonywanej czynności, dałam Mu do łapek zielony papier z dziurkami (kiedyś miałam zamiar do czegoś go wykorzystać) i kilka mieniących się w świetle włochatych drucików. Smyk przyniósł sobie kilka czystych kartek, kredki, usiadł na podłodze i zaczął tworzyć. Aż stworzył robota.

Potem w przedszkolu, w czasie, kiedy każde dziecko mogło bawić się jak chciało, zrobił jeszcze dwa podobne roboty. Teraz mamy całą rodzinkę: mama-robot, tata-robot i dziecko-robot!

 

 

 

 

W nowej pracy męża okazało się, że musi sobie zmienić telefon komórkowy na droida – takie wymagania! Pewnego dnia Hultajstwo przyłapał tatę na rozpracowywaniu gry na telefonie. Przez jakiś czas grali razem, to znaczy tata grał a Smyk zaglądał mu przez ramię kibicując.

A kiedy już się znudził tym przyglądaniem, zrobił sobie swój własny telefon komórkowy:

 

 

 

 

I teraz łazi za mną i pyta czy chcę zagrać w grę na jego telefonie. I w którą…

Nawet zabrał ten telefon do przedszkola, tylko zwierzył mi się, że nie powiedział pani, że jedna gra jest z czołgami, bo zgodnie z zasadą No weapons in school, nie można przynosić do przedszkola żadnych militarnych zabawek, a jak by nie było czołg do takich należy.

Smyk korzysta ze swojego telefonu także w bardziej tradycyjny sposób – "wydzwania" do taty siedzącego na drugim końcu kanapy, ot choćby po to, żeby mu powiedzieć, że mama powiedziała że już jest obiad i ma przyjść do kuchni.

 

A wypasiony samochód na pilota, który tata uparł się kupić dziecku pod choinkę, stoi zakurzony w kącie…

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Bałwan

sobota, 26 lutego 2011 0:27

I pozamykali wszystkie szkoły i przedszkola w czwartek.

Padał śnieg z deszczem, a że było sporo powyżej zera, topniał bardzo szybko, ulice i chodniki były czarne, mokre, i z pewnością nie były oblodzone.

Do drugiej popołudniu trawa obeschła na tyle, że wyszliśmy do ogródka.

Hultajstwo właził na drzewo a ja zajęłam porządkami wiosennymi przed domem. Potem przenieśliśmy się za dom, gdzie najpierw mąż ze Smykiem bawili się w chowanego, a  potem Smyk wbiegał na zjeżdżalnię, ja tylko dawałam sygnał do startu.

Ja rozprawiałam się z chwastami – rosną pięknie!

Jednym słowem – dzieciaki miały piękny wiosenny dzień wolny od zajęć szkolnych.

 

Może to i dobry wpis, żeby zamieścić zdjęcie, zrobione miesiąc temu w górach:

 

 

 

 

Ponieważ tamtego dnia było bardzo ciepło, śnieg był mokry i dobrze się z niego lepiło kule, zrobiliśmy bałwana. Wyposażyliśmy go w sprzęt do słuchania muzyki, wykorzystując znalezione u podnóża górki słuchawki.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jeszcze o czerwonej czapce

wtorek, 22 lutego 2011 17:57

Zapomniałam wczoraj napisać, że czerwona czapka Smykowi podoba się BARDZO – ale tego łatwo się domyślić.

Pierwszego dnia, kiedy poszedł w niej do przedszkola, przychodzę odebrać dziecko i widzę Smyka paradującego w czapce po przedszkolu. Pani poinformowała mnie, że Smyk włożył czapkę zaraz po moim wyjściu rano i nie ściągnął jej przez cały dzień.

To chyba milsze niż najgorętsze słowne zapewnienia, że czapka się podoba, prawda?

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Kartki walentynkowe

środa, 09 lutego 2011 18:37

Z okazji świąt i urodzin dostajemy piękne kartki. Szkoda mi ich wyrzucić, bo takie ładne, ale zbieranie ich też jest problematyczne – jest ich już tak dużo, że mogłabym nimi wytapetować pokój.

Zjeść ciastko i nadal mieć ciastko! - Czy to wogóle możliwe?

Postanowiłam kilku kartkom podarować drugie życie. Taki kartkowy recykling.

Na pierwszy ogień poszła kartka walentynkowa, którą dostał kiedyś Smyk. Powstały z niej dwie nowe:

 

 

 

 

Na czerwony kartonik nakleiłam obrazki wycięte ze starej kartki – użyłam do tego celu takich specjalnych małych gąbeczek, więc są nieco poniesione ponad kartonikiem. Napis to kawałek walentynkowej tasiemki.

 

Smyk pięknie wypisał obie kartki, jedną po polsku, dla cioci:

 

 

 

 

a drugą po angielsku, dla pani w przedszkolu:

 

 

 

 

Oczywiście w obu przypadkach przepisał to co ja mu napisałam na karteczce, choć w przypadku kartki dla pani sam zadecydował o treści. Jak widać z deklaracji – Hultajstwo kocha swoją panią.

 

Spodobała mi się taka zabawa i na fali entuzjazmu powstało kilkakartek wielkanocnych, ale na prezentaję tychże przyjdzie jeszcze czas – albo i nie, jak dojdę do wniosku, że jednak nie ma się czym chwalić.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (11) | dodaj komentarz

Przyczyna bólu

piątek, 04 lutego 2011 21:20

Podczas białego szaleństw na sankach, Hultajstwo odkrył radość i dreszczyk emocji związanych z wywoływanymi przez siebie wywrotkami. Nie dało się z nim zjechać do samego dołu, bo w połowie stoku MUSIAŁ spowodować wywrotkę – starał się jak mógł i był bardzo rozczarowany, kiedy rodzicom udało się zniweczyć jego zamiary.

Wywracaliśmy się więc…

I trochę się poobijaliśmy – co było do przewidzenia…

 

Wieczorem Smyk nie miał żadnych problemów z zaśnięciem, ale po północy przebudził się narzekając na bół nogi. Tłumaczę mu, że nóżka może go boleć od wchodzenia pod górkę i od wywracania się na sankach, że pewnie trochę się potłukł, na co usłyszałam:

 

- Nie. Nóżka boli dlatego bo ja mam katar…

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Bezgraniczne zaufanie

poniedziałek, 31 stycznia 2011 18:06

Kolejny raz pojechaliśmy na sanki.

Tym razem w miejsce, w którym byliśmy ponad rok temu, Santiam Pass Snow Park (tutaj filmik z tamtego wyjazdu).

Niedaleko zjazdu Smyk wypatrzył ogromny kamień, wdrapał się na niego, zażądał, żeby tata go łapał i zaczął skakać – jak do basenu.

Z każdym oddanym skokiem nakazywał tacie odsunąć się nieco bardziej od kamienia i starał się skoczyć dalej. Nie zawahał się ani razu, nie widać po nim było żadnego strachu. Wiedział, że tata go złapie.

 

 

 

 

Chyba tylko dziecko potrafi tak bezgranicznie zaufać…

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Smykowe zakładki

piątek, 28 stycznia 2011 18:01

 

Kiedy wracam do domu z zakupów, Smyk od progu wita mnie pytaniem:

 

- Masz coś dla mnie?

 

Czasem mam, czasem nie, choć raczej staram się obdarować dziecko jakimś drobiazgiem: czasem jest to lizak, czasem lody, innym razem rogalik czy bułka inna niż zwykle kupuję. Pewnego dnia wpadły mi w oko naklejki z transformersami, które Smyk uwielbia.

 

Naklejki poszły w ruch natychmiast. Smyk zaczął je przyklejać na kartce papieru, więc tata skomentował, żeby może nieco konkretniej je ponaklejał a nie jak i gdzie popadnie. Ponieważ ja właśnie wypakowywałam zakupy i nie bardzo mogłam zająć się zabawą, podsunęłam Smykowi pomysł, żeby ozdobił  naklejkami zakładki. Szybko pocięłam kawałek kartonika i zostawiłam dziecko sam na sam z materiałami do produkcji zakładek. Przywołana po chwili napisałam na osobnej kartce wyraz ZAKŁADKA a potem jeszcze DLA CIOCI.

 

A oto zakładki wykonane przez Smyka:

 

 

     

 

 

Zdjęcie po lewej stronie przedstawia przód zakładek. Żeby było jasne co to za przedmioty, Smyk na dwóch z nich napisał „zakładka“. Zdjęcie po prawj stronie ukazuje tył dwóch zakładek (trzecia nie została ozdobiona z tej strony) – i zaraz wiadomo dla kogo zostały one przeznaczone! Zakładka dla cioci dostała jeszcze serię naklejek z pieskami.

 

 

 

 

Wybieramy się jutro na urodziny córki  znajomych, Julii. W związku z tym chciałam, żeby Smyk przygotował kartkę urodzinową. Hultajstwo lubi zabawy plastyczne, niestety jego upodobania oscylują wokół tematów jak na zakładkach powyżej: roboty, smoki i inne potwory, Sponge Bob, Gwiezdne Wojny.

Tym razem okazał się oryginalny i na kartce dla Julii znalazła się świnka taplająca się w błocie oraz rodzina pajączków. A potem obrazek wylądował zbyt blisko talerza z obiadem i już nie nadawał się do obdarowania kogokolwiek. A że Hultajstwo był zbyt zaangażowany w rysowanie jakiejś bitwy klonów czy robotów, sama na szybko wyprodukowałam kartkę, a Smyk tylko ją wypisał.

 

 

 

 

Trawa i kwiatki wycięte z kolorowego papieru a dinozaury wycięte stempelkiem (tak to się nazywa? Bo nie wiem) i podklejone paskiem papieru w innym kolorze. Kartka jest składana. Powyżej środek, po rozłożeniu, a ponieżej góra.

 

 

 

 

Poziom artystyczny... niski to chyba zbyt hojne określenie, ale ani lepiej nie potrafię, ani nie miałam lepszych materiałów, ani nawet tak bardzo mi nie zależało, ponieważ tutaj taką kartkę dołącza się do prezentu jedynie w celu informycyjnym, żeby było wiadomo od kogo dany prezent jest. Dzieci nie otwierają prezentów zaraz jak je dostaną, ale dopiero pod koniec przyjęcia, po torcie, a czasem, kiedy zbyt dobrze się bawią, dopiero w domu.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jestem już dorosły!

czwartek, 27 stycznia 2011 0:40

 

- Jestem juź dolosły! - oświadczył Smyk pewnego dnia. 

- Taaak?

- Tak! I juź nie musie pić z kubka z dziubkiem!

 

No dobrze. Przygotowałam dziecku kakao w dorosłym kubku, wprawdzie z Kubusiem Puchatkiem, ale jednak porcelitowym, z uchem i zdecydowanie bez dziubka.

Smyk z należytą uwagą trzymał go w obu dłoniach i nie uronił ani kropelki, za to po wypiciu miał piękne mleczne wąsy na buźce.

Kiedy raz pomyliłam się i dałam Mu wodę w kubeczku z dziubkiem, sam go ściągnął przypominając mi o tym, że już nie pija z takich kubeczków dla dzidzusiów.

I tak niepostrzeżenie, w wieku pięciu lat, nasze dziecko dorosło, a dziubki zostały komisyjnie wyrzucone do śmieci.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Powód do dumy

poniedziałek, 24 stycznia 2011 18:35

W zeszłym tygodniu odwoziłam do przedszkola syna koleżanki.

Jadę sobie z dwoma pięciolatkami w samochodzie i przysłuchuję się ich rozmowie, która bardzo szybko zamieniła się w listę przechwałek syna koleżanki, bo Smyk, który początkowo dzielnie starał się jak mógł, żeby nie być gorszy, zamilkł w końcu oniemiały, nieprzyzwyczajony do takich licytacji - w domu nie ma konkurencji, a w przedszkolu panie nie pozwalają na takie licytacje.

A Michał nie zrażony milczeniem Smyka, nawet zadowolony, że nikt mu nie przeszkadza, wymyślał coraz ciekawsze przykłady. A kiedy już wszystkie pomysły na to czego ma najwięcej, lub w czym jest najlepszy pokończyły mu się, wymyślił jeszcze jedną rzecz:

 

- A ja się zsikałem w łóżku trzy razy! 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pożegnanie z choinką i składanie modeli

piątek, 21 stycznia 2011 18:24

 

W sobotę rozebraliśmy choinkę.

Smykowi  było smutno, chciałby, żeby stała w pokoju przez cały rok.

Niestety w dużej mierze przyczynił się do pożegnania z drzewkiem. To za sprawą Hultajstwa choinka straciła większość igieł i kilka dekoracji - a to oberwała porządnie podczas wojny na poduszki (aż zdziwiłam się, że się nie przwróciła bo siła rażenia była ogromna), a to dostała mieczem kiedy chłopaki za bardzo wczuli się w odgrywanie scen z Gwiezdnych Wojen.

Na pocieszenie pomogłam Smykowi poskładać modele szkieletów dinozaurów, które dostał od mojego brata pod choinkę. Trochę potrwało zanim dotarły do nas pocztą, sporo po świętach.

 

 

 

 

Najpierw za modele zabrał się tata, ale chińska instrukcja składania, choć obrazkowa i przeznaczona dla sześciolatka, nie przemówiła do jego wyobraźni, i modele poszły w kąt z komentarzem, że nie da się ich poskładać. Dobrze, że nie wylądowały w koszu na śmieci!

Nie wiem jak to jest, że zawsze kiedy tata twierdzi, że  się nie da, mama bierze sprawę w swoje ręce i okazuje się, że jednak da się, trzeba jednak poświęcić sprawie trochę czasu i wykazać się cierpliwością.

Ponieważ te chińskie modele są, powiedzmy szczerze, niezbyt dopracowane, żeby mi się ciągle nie rozsypywały w trakcie składania, pomogłam sobie klejem. Okazało się, że chłopcy złamali główną część szkieletu welociraptora - musiałam ją dorobić z kartonika. Trochę odbiega grubością od reszty, ale dzięki tej protezie udało się model poskładać do końca.

 

 

 

 

Kiedy już klej wysechł, powiesiliśmy oba modele pod lampą, gdzie nadal wiszą ku ogromnej radości Smyka.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dlaczego nie wolno pić słonej wody

środa, 19 stycznia 2011 20:04

 

Oglądamy ze Smykiem bajkę o Sindbadzie, odcinek z zaczarowaną wyspą.

Hultajstwo postanawia podzielić się swoją wiedzą:

 

- Ja wiem dlaczego nie można pić słonej wody!

- Dlaczego?

- Bo wieloryb ma brudny tyłek i w wodzie są zarazki!

 

 



Podziel się
oceń
1
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kiedy czekolada śpi

piątek, 14 stycznia 2011 21:26

W niedzielny poranek, tak przed siódmą rano, Smyk domaga się, żeby mu dać kakao, nazywane u nas czekoladą. Tacie nie bardzo chce się wstać więc wciska dziecku bajer:

 

- Czekolada jeszcze śpi – zobacz jak jest ciemno!

- Ja Ciebie nie  lubię jak Ty kłamiesz! -  odpowiada Hultajstwo, i odwraca się plecami z naburmuszoną miną.

 

Tata, musisz się  bardziej postarać następnym razem!

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Funnix

czwartek, 06 stycznia 2011 19:03

Pod koniec października zaczęłam uczyć Smyka czytać po angielsku.

Od dawna znał już wszystkie literki i pięknie literował, więc był to logiczny następny krok.

Jeśli chodzi o dobór podręcznika to nie szukałam daleko, po prostu wybrałam jeden z programów z naszej zakładowej biblioteki, w której można znaleźć chyba wszystkie podręczniki i programy napisane metodą Direct Instruction.

 

Pierwsza część programu Reading Mastery jest szeroko stosowana w amerykańskiej zerówce. Lekcje są krótkie a teksty do czytania zabawne. Małymi, niezbyt trudnymi kroczkami dzieci bez wielkiego wysiłku uczą się czytać.

 

Istnieje szybsza wersja programu, Fast Cycle, od której zaczęłam, a po 30 lekcjach przeszłam na tryb zwykły.

 

Na początku Smyk opierał się nauce jak mógł, ponieważ Hultajstwo nie lubi jak mu się coś narzuca, ale że nie dałam za wygraną, przestał tak ostentacyjnie walczyć z przyswajaniem nowej umiejętności. A kiedy doszliśmy do czytanek i zaczął do niego docierać ich humor, nauka stała się o wiele milszym doświadczeniem.

Obecnie za nami 2/3 programu zerówki, a tutaj można obejrzeć Smyka czytającego w sylwestrowy poranek:

 

Hultajstwo czyta

 

Istnieje także wersja komputerowa tego programu pod nazwą Funnix Beginning Reading oraz Funnix 2. Dzięki uprzejmości Autora (Zig Engelmann), w styczniu można program ściągnąć za darmo na swój komputer. Zainteresowanch odsyłam na stronę Funnix:

 

www.funnix.com

 

Uprzedzam, że mimo że możliwość otrzymania darmowej kopii nie była szczególnie reklamowana, pocztą pantoflową już dotarła do wielu osób, zainteresowanie jest spore, i czasem trzeba ponowić próbę – to informacja dla potencjalnych chętnych.

Centrum dowodzenia znajduje się w pokoju obok i na bieżąco słyszę ile osób już skorzystało.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ile lat ma tata?

środa, 05 stycznia 2011 18:38

Od lat otoczona jestem zodiakalnymi koziorożcami.

Koziorożcem był mój tata, koziorożcami jest kilka bardzo bliskich koleżanek, wielu znajomych obchodzi urodziny właśnie w tym czasie. Lubię koziorożce!

 

Koziorożcem jest też mój mąż - urodził się ostatniego dnia roku.

 

Jeszcze do niedawna niechętnie świętował w ten dzień. Takie zwyczaje wyniósł z domu, gdzie do wieczora udawali wszyscy, że to dzień, jak każdy inny, dopiero kiedy dzień chylił się ku końcowi, składali solenizantowi życzenia. Ja, wręcz przeciwnie: pamiętam, że będąc dzieckiem, ledwie otworzyłam oczy biegłam złożyć życzenia mamie, tacie, bratu…

 

 

 

 

Smyk podejście do świętowania urodzin najwyraźniej odziedziczył po mnie.

W sylwestrowy poranek, tuż po siódmej rano wtargnął do sypialni budząc tatę gromkim Happy Birthday! Tacie nie pozostało nic innego, jak tylko ucieszyć się, wyglądało na to, że radość ta była autentyczna – proszę, jak to dzieci potrafią zmienić człowieka!

 

Zaspany tata trochę motał się z prezentem, więc Smyk zaoferował pomoc w odpakowaniu. No i nie mogło nie pojawić się pytanie:

 

- A ile lat ma tata?

- No ile? Jak myślisz?

- One hundred?

 

Jak tylko prezent został odpakowany i przymierzony, Smyk zarządził dmuchanie świeczek na torcie. Miałam na tę okazję przygotowanych 38 świeczek, z pomocą Smyka znalazły się na torcie, zapalać pomagał tata. W zdmuchiwaniu uczestniczył Smyk – jakże mogłoby się obejść bez niego coś tak arcyatrakcyjnego!

 

Ostatni dzień starego roku rozpoczęliśmy wcinając na śniadanie tort urodzinowy. Niezdrowo, ale za to jak pysznie!

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Na jednym talerzu

środa, 29 grudnia 2010 18:12

Z powodów technicznych postanowiliśmy z mężem przełożyć pojawienie się prezentów pod choinką z wigilijnego wieczoru na bożonarodzeniowy poranek. Wprawdzie nie mamy żadnej rodziny w USA, mamy za to grono bardzo bliskich znajomych, swoistą rodzinę zastępczą, co wyjaśnia ilość prezentów, które miały się pojawić pod choinką. Do tego jeszcze kilka przesyłek z różnych zakątków Europy, które miały zostać odpakowane z pozostałymi prezentami - no i się tego zebrało.

 

Rozważaliśmy gdzie by tu zwabić Hultajstwo, żeby wcielić się w rolę Mikołaja i niepostrzeżenie podrzucić pochowane w szafach prezenty pod choinkę, i niestety wyszło nam, że przy takiej ilości nie jest to możliwe.

 

Przed położeniem Smyka spać zostawiliśmy przy choince marchewkę dla reniferów i pierniczki dla Mikołaja. Położyłam i jedno i drugie na tym samym talerzu, na co oburzyło się moje dziecko:

 

- Marchewka i ciasteczka na jednym talerzu?

- No … tak, bo Mikołaj weźmie do ręki marchewkę i nakarmi renifery a potem zje ciasteczka. – Udało mi się jakoś wybrnąć…

 

W świąteczny poranek Smyk obudził się nieco później niż zwykle, czyli koło siódmej rano, i poszedł sprawdzić czy Mikołaj odwiedził nas nocą. A jeśli ktoś myśli, że rzucił się na prezenty z szałem w oku to się grubo myli. Smyk najpierw przyszedł oświadczyć mamie, że Mikołaj był! Potem to samo zakomunikował tacie. Potem grzecznie poczekał aż rodzice zwloką z łóżka stare kości i doczłapią do pokoju, i dopiero wtedy grzecznie wybierał prezent po prezencie, z pomocą taty odszyfrowywał dla kogo to, odpakowywał, oglądał, zachwycał się.

Aż sama się zdziwiłam, że wszystko odbyło się tak spokojnie i grzecznie - i dumna jestem z zachowania mojego Bąbla.

 

Przez cały dzień Smyk bawił się nowymi zabawkami, wycinankami, układankami, czytaliśmy razem nowe książeczki.

A wieczorem, tuż przed kolacją, mając wokół siebie większość prezentów stwierdził:

 

- Mama, ja chcę zrobić prezent dla Mikołaja!

 



 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kwestie techniczne

wtorek, 28 grudnia 2010 18:31

Dwa dni przed świętami dopadło mnie paskudne przeziębienie. Mimo że walczyłam mężnie, przegrałam walkę z mikrobami. Kiedy więc w wigilijny poranek Smyk urządził mi pobudkę o 7:20, wykrztusiłam cichym głosikiem:

 

- Idź do taty…

 

I momentalnie zapadłam w głęboki sen.

 

Tata przygotował dziecku poranną gorącą czekoladę, włączył bajki na kanale publicznym i… też wrócił do łóżka.

 

Poszczęściło się Smykowi okrutnie tego dnia – normalnie mowy nie ma o oglądaniu bajek przez bite dwie godziny…

 

Jako że czas świąteczny, wszystkie bajki w telewizji świąteczne. Hultajstwo przeszło przyspieszoną edukację w mikołajowym temacie i nie dało sobie wytłumaczyć, że to Aniołek przynosi prezenty a nie Mikołaj. Nie miałam siły się kłócić. Niech będzie, że to Mikołaj. W końcu i tak za kilka lat Smyk dowie się jak wygląda rzeczywista twarz tego Mikołaja…

 

Temat Mikołaja powracał jak bumerang przez cały dzień. No bo:

 

- Czy Mikołaj wejdzie do nas przez komin?

- Chyba nie, bo będziemy przecież palić w kominku.

Widząc zmartwioną minę Hultajstwa, szybko dodałam:

- Ale zostawimy uchylone drzwi!

Pomny pouczeń rodziców, że drzwi wejściowe mają zawsze być zamknięte na klucz, Smyk, wskazując drzwi balkonowe podjął szybką decyzję:

- Te! 

Po chwili:

- A czy Mikołaj wyląduje na naszym dachu?

- Tak.

- No to dach się zawali!

- Nie synku, nie zawali się. Sanie Mikołaja są zaczarowane, więc są bardzo lekkie…

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pani Choinka

poniedziałek, 20 grudnia 2010 20:42

 

Pani Choinka pojawiła się u nas w domu już przed tygodniem.

Smyk dopytywał się kiedy, i dlaczego inni już mają, a my nie, aż go odesłałam z tymi pytaniami do taty.

A że tata zawsze szybko poddaje się perswazjom Hultajstwa, przy pierwszej okazji panowie pojechali po choinkę.

I całkiem nieźle się spisali - drzewko jest chyba najładniejsze jakie gościło u nas od lat. Nawet specjalnie nie trzeba było podcinać, żeby bez problemu wpasował się pień do stojaka. Nie trzeba było kręcić, przesuwać, popychać i poprawiać, żeby stanęło w pionie - zaoszczędziło nam to pokazu złego humoru w wykonaniu pana domu.

 

Ozdoby choinkowe zostały zniesione ze stryszku, rozpakowane i zaczęło się przystrajanie choinki. W tym roku Smyk bardzo się udzielał - w końcu pięciolatek ma już swoją koncepcję jak drzewko powinno wyglądać. Wizja ta nieco rozmija się z wizją mamy, ale co tam... Machnęłam ręką na swoje potrzeby estetyczne... 

 

Po dwóch godzinach choinka świeciła i błyszczała, pudła powędrowały do kuchni, gdzie do tej pory warują przy drzwiach czekając na wyniesienie, jeśli nie na stryszek to choć do garażu.

 

Tutaj można obejrzeć jak choinka wygląda, w świetle lampy, po ciemku, w całości, poszczególne detale. Całe 4 minuty zdjęć z głosem Celin Dion w tle do powszechnie znanego hitu pana Lennona.

 

A następnego dnia zaczęła się choinkowa zabawa. 

Co tam klocki, transformersy, samochody, czy inne zabawki! Najlepszej zabawy dostarczają ozdoby choinkowe: można je bez końca przewieszać, można je ściągać i się nimi bawić (widzieliście kiedyś jak wypchany watą ptaszek walczy z szydełkową śnieżynką? Bo ja już tak...) Łańcuch z kulek świetnie spisuje się w roli smyczy - wczoraj całe popołudnie miałam w domu małego pieska zamiast dziecka, tylko musiałam pilnować, żeby sobie krzywdy nie zrobił. 

 

Od dnia, kiedy choinka została obfotografowana przybyło nam kilka ozdób wykonanych przez Smyka, mamę, przysłanych przez Pamiętających.

 

Między innymi śnieżynki, o których pisałam w tym wpisie, wstawiłam w obręcz koła wykonanego z włochatych drucików i przyznam, że tak prezentują się dużo lepiej. 

 

 

 

 

Oczywiście kilka z nich powędrowało już do innych domów...

A tutaj jeszcze trzy już na choince:

 

 

 

 

Trochę zachodu było z przyszywaniem - koła zmieniały kształt... 

A kiedy przyszło do zawieszania, okazało się, że została mi w domu jedynie ciemno-zielona wstążka.

 

I kiedy się tak przyjrzałam tej naszej choince, z zadowoleniem stwierdziłam, że już sporą część ozdób stanowią te wykonane ręcznie. Bardzo mnie to cieszy.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wymiana prezentów

piątek, 17 grudnia 2010 23:40

Co jakiś czas przedszkole organizuje wspólne zajęcia dzieci z rodzicami.

Zazwyczaj polega to na zrobieniu jakiegoś wspólnego projektu plastycznego. Ponieważ święta blisko, tym razem wszysko kręciło się wokół Bożego Narodzenia.

Mimo, że Smyk nie bardzo był zainteresowany wspólną zabawą, udało nam się zrobić razem rękawicę-witraż, oraz udekorować brokatem bombkę.

Hultajstwo cały czas przebierał nóżkami z niecierpliwością oczekując chwili, kiedy to będzie mógł mi wręczyć samodzielnie wykonane prezenty (ozdoby choinkowe z masy solnej i kartka świąteczna):

 

 

 

 

W paczuszce było też kilka rysunków.

Kiedy już się wyzachwycałam, przyszła kolej na obdarowanie prezentem ulubionej pani Smyka. Już jakiś czas temu przygotowaliśmy dla pani kartkę:

 

 

 

 

Narysowane na kartce koło Smyk wykleił skrawkami materiału - pomysł podpatrzony na blogu Aneladgam.

Po wyschnięciu i wycięciu, nakleiłam tę bombkę na kartonik, a Smyk napisał Merry Christmas, dorysował śnieg, a w środku napisał przygotowane przeze mnie życzenia, ozdabiając je jeszcze rysunkiem. Na koniec dokleiłam jeszcze kokardkę.

Pani ma artystyczną duszę i zajmuje się rękodziełem, więc wiedziałam, że zarówno kartka, jak i upominek spodobają się jej. 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Piernikowe ludziki

poniedziałek, 13 grudnia 2010 23:36

 

Wszystki zaczęło się od papierowego ludzika z piernika, którego dzieci dekorowały skrawkami papieru i wstążki w przedszkolu. Smyk zachorował na prawdziwego dżindżer bred mena, i zaczął mi wiercić dziurę w brzuchu, a w takich wypadkach Hultajstwo jest bardzo skuteczne.

 

Ponieważ nie mogłam doszukać się foremki do wykrawania ludzików, upiekliśmy zwykłe ciasteczka, do wykrawania których użyliśmy wszystkich foremek jakie znaleźliśmy w domu, łącznie z tymi do wykrawania zwierzątek z plasteliny (najpierw je porządnie wymyłam).

 

Smyk miał zabawę, że hej! Podsypywał mąkę, rozbijał jajka, podawał wałek, a potem wycinał i wycinał. A potem smarował białkiem i dekorował. Napiekliśmy furę ciasteczek. Nawet kilka zjadł, ale zdecydowanie w tym wszystkim chodziło głównie o dekorowanie, a nie o jedzenie. Na zdjęciu poniżej fotorelacja z pieczenia i główny winonwajca (papierowy ginger bread man w towarzystwie ostatniej róży z ogródka).

 

 

 

 

Dwa dni później temat pierników powrócił. Bo przecież nie upiekliśmy tego ludzika z piernika! Więc całe pieczenie sprzed dwóch dni nie liczy się. Ponieważ tego dnia mieliśmy już foremkę, wyciągnęłam stolnicę, potrzebneskładniki i upiekliśmy następną porcję ciasteczek, teraz według przepisu dołączonego do foremki. Ale znowu nie były to pierniki, głównie z powodu nieobecności męża w domu - siła jego mięśni była konieczna do wrobienia ciasta.

 

Co ciekawe, mężowi bardziej smakowały pierwsze ciasteczka, a drugie, jego zdaniem, nie nadawały się do jedziena. Wyniesione do pracy, to te drugie właśnie wzbudziły zachwyt. Myślę, że szczery, sądząc po tempie w jakim znikły.

 

Pod rugim podejściu musiałam uzupełnić zapasy mąki i cukru, a w sobotę zakasałam rękawy i zabrałam się ponownie za pieczenie. Wszystkie składniki, spożywcze i ludzkie, były na miejscu, więc tym razem piekliśmy już pierniczki.

 

Przepis znalazłam na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki (w komentarzach w tym wpisie). Kiedy oświadczyłam mężowi, że ma umyć ręce i pomóc mi wyrabiać ciasto, bo tak jest napisane w przepisie, spojrzał na mnie jak na wariatkę. Ale ja szybciutko podsunęłam mu pod nos kartkę, a tam jak byk stoi:

"Postaw silnego chłopa przy stolnicy i niech teraz zagniata, zagniata, zagniata... aż powstanie jednolita masa."

No to co miał chłopina zrobić? Grzecznie umył łapki i zagniatał. A my ze Smykiem siedzieliśmy po obu stronach stołu i grzecznie pomagaliśmy podsypując mąkę (potu z czoła nie trzeba było ocierać). Cisnęły mi się na usta różne komentarze, ale ugryzłam się przezornie w język, bo jeszcze kiedyś dobrze by było skorzystać z siły jego mięśni...

 

A potem zostało już tylko wałkowanie, wycinanie, pieczenie... Tym razem Smyk stracił zainteresowanie dość szybko, więc jest nadzieja, że więcej ciasteczek przed tymi świętami już nie będziemy piec.

Kiedy już wszystkie pierniczki zostały upieczone, a było tego sporo, udekorowaliśmy kilka. 

I tak w końcu dziecko doczekało się swoich ludzików z piernika (koniecznie udekorowanych tak jak na obrazku dołączonym do foremki):

 

 

 

 

Poza ludzikami mamy też serca, gwiazdki, choinki, bałwanki, koniki, laski, skarpety i ludziki-dzidziusie.

Do ich dekoracji użyliśmy żel cukierniczych w tubce.

 

 

 

 

Część pierników posmarowałam dość grubą warstwą gorzkiej czekolady rozpuszczonej z dodatkiem mleka:

 

 

 

 

Ponieważ było już późno a żel i czekolada jeszcze nie wyschły, udekorowane pierniki zostawiłam na noc na stole, pozostałe schowałam do szczelnego pojemnika, zgodnie z przepisem.

 

Jakie było moje zdumienie następnego poranka, kiedy okazało się, że pierniki są miękkie! A przecież miały kruszeć przez dwa tygodnie szczelnie zamknięte! No to już wiadomo co jedliśmy na śniadanie w ten niedzielny poranek.

 

Do wieczora pierniki były jeszcze miększe, a dzisiaj rano wprost rozpływały się w ustach!  A te w pojemniku - nadal twarde.

 

A te posmarowane czekoladą smakują jak Katarzynki, które tutaj są nie do kupienia, a które UWIELBIAM - no to sobie możecie wyobrazić... 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Dialogi wieczorne

czwartek, 09 grudnia 2010 21:00

 

Wieczorem, w łóżku, tuż przed zaśnięciem:

 

- Mama, ja chcę być taki zdolniacha jak tata...

- Jesteś! Obaj jesteście niezłe zdolniachy!


Smyk milczy chwilę, w końcu widać nie chcąc, żeby mama została wykluczona z grona zdolniach, stwierdza: 

 

- Ty jesteś zdolniacha w wyszywaniu, a ja jestem zdolniacha w zabawkowaniu!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Światełka

poniedziałek, 06 grudnia 2010 22:05

 

Krok po kroku, krok po kroku,

Najpiękniejsze w całym roku,

Idą święta...

 

 


 

Idą, co słychać i widać wszędzie. 

Bardzo lubię udekorowane światełkami domy. Wieczorna przejażdżka po okolicy to dla mnie taka sama radocha jak dla Smyka. Nasz dom stał wieczorami do tej pory ciemny i smutny - mąż był przeciwny wieszaniu światełek. Ale jak się ma w domu pięcioletnie Hultajstwo, to trzeba weryfikować swoje poglądy i przekonania. Smyk tak długo wiercił tacie dziurę w brzuchu, aż tata się ugiął i obiecał, że i nasz dom zamruga radośnie światełkami.

 

Mamie pozostało przypilnowanie, żeby z tą obietnicą nie stało się jak z dynią.

Dopilnowałam.

 

Zakładanie światełek trwało dwa dni, bo to a długość nie taka, a to kontakty nie działają, a to efekt niezadawalający. W końcu wszystko zostało przymocowane, dopasowane, ponaprawiane, i wczoraj przy zapadającym zmierzchu miała miejsce premiera nowych, świątecznych szat naszego domstwa.

 

 

 

 

Na zdjęciu widać tylko część domu. Na zdjęciu całości niewiele było widać, maleńkie żaróweczki gubiły się i zdjęcie nie oddawało wiarygodnie rzeczywistości.

 

Kolorowy blask światełek dociera do małych sypialni, sprawiając wrażenie, jakby w każdym pokoju stała mała choinka z zapalonymi  lampkami.

 

Kiedy mąż zawieszał sznury światełek, ja wygrzebałam z czeluści garażu wieniec adwentowy i inne zewnętrzne dekoracje, które zastąpiły te jesienne. W kuchni zawisły bożonarodzeniowe zasłonki. Swieca zapachwa zastępuje jeszcze nieobecną choinkę.

Idą święta, idą święta...

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Ulubiona" książka Smyka

niedziela, 28 listopada 2010 16:38

 

Wzrok Smyka przyciągnęła czerwona obwoluta książki wyróżniająca się wśród swoich sąsiadek na półce.

Wziął ją sobie i z wielkim zainteresowaniem "czyta", wodząc wzrokiem i poruszając bezgłośnie ustami.

Kiedy już przeczytał kilka stron, rozgląda się po pokoju i pyta:

 

- Gdzie jest ta okładka z tućkawfkami?

- Okładka z truskawkami? Chodzi ci o zakładkę z truskawkami?

- Tak!

 

Odnajdujemy zakładkę z truskawkami, Hultajstwo wkłada ją w odpowiednie miejsce i stwierdza z dumą:

- Zobać ile juź obejziałem!

- To chyba nudne oglądać taką książkę bez obrazków...

- Ja tylko oglądam te pepisy.

- Nie przepisy a napisy.

 

Jakiś kwadrans później Smyk stwierdza:

- To jest moja ulubiona książka!

- Ta, którą przed chwilą czytałeś?

- Tak, ta cielwona, do któlej dałem tućkafki!

 

Książą, którą sobie  tak upodobał Smyk, była Ewangelia wg św Łukasza.

 

 



Podziel się
oceń
0
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

Listopadowy śnieżek

wtorek, 23 listopada 2010 23:03

 

Prognozy pogody od kilku dni alarmowały, że nadchodzi zimny front i może spaść śnieg. Wszyscy szalenie się ekscytowali, bo to pierwszy śnieg od prawie dwóch lat.

 

Wczoraj cały dzień lało, wiało i było zimno, coraz zimniej, aż w końcu około godziny 23.30 zaczęło prószyć.

 

 

 

 

Niestety szybko przestało, ale i ta odrobinka wystarczyła, żeby przyjemnie zaskoczyć rano Smyka, który jak tylko wyjrzał przez okno, gotów był biec na podwórko w piżamie i na bosaka.

 

Udało nam się go zatrzymać w domu aż pół  godziny, między innymi ubierając - był zbyt podekscytowany żeby cokolwiek przełknąć. O 7.15 wyrwało się dziecko do ogródka.

 

Najpierw trzeba było sprawdzić, czy śnieg jest rzeczywiście zimny i odpowiednio puszysty. Wynik tego testowania przekonał Hultajstwo, że nie warto ściągać rękawiczek.

 

A potem tata wyciągnął z szopki sanki i zaczęła się zabawa na całego!

Na uTube (tutaj) filmik, a poniżej zdjęcia ogrodowej sanny:

 

 

 

 

Ale ostre zakręty niewystarczająco podniosły Hultajstwu poziom adrenaliny, więc wymyślił zabawę ciekawszą: zjeżdżanie ze zjeżdżalni na sankach.

Pomysł szybko został wcielony w życie - tutaj dokumentacja filmowa

 

Na koniec jeszcze tata z synem usiłowali ulepić bałwana, ale śnieg nie chciał się lepić, więc usypali kopczyk i uformowali go w... ducha:

 

 

 

 

Zdjęcie nieco ciemnawe, ale o ósmej rano jeszcze nie jest całkiem widno.

Smyk pozbawił ducha oczu (przyczepionych przez tatę) stwierdzając, że duchy ich nie mają.

 

Harce trwały 45 minut, poczym nastąpił powrót do domu. A kiedy chłopaki odwieźli mnie do pracy, wrócili do ogródka jeszcze się nieco pobawić. A potem obaj zasnęli na fotelu. Przed chwilą odbyłam z mężem taką oto lakoniczną rozmowę telefoniczną:

 

- To jak długo spał Bobas?

- Nie wiem...

- A jak długo Ty spałeś?

- Nie wiem...

 

 

 

 

A jak to się stało, że Smyk nie poszedł dzisiaj do przedszkola? A tak, że w związku z oblodzonymi drogami i śniegiem wszystkie szkoły i przedszkola są dzisiaj zamknięte.

A czy jutro będą otwarte, dowiemy się jutro rano.

 

Dodam tylko, że właśnie wczoraj kupiłam Smykowi zimowe buty, więc miał dzisiaj rano w czym biegać po śniegu.

A jak utrzyma się taka ładna pogoda to w długi weekend (święto dziękczynienia) wybierzemy się w góry na sanki.

Póki co, uśmiecham się na widok ośnieżonych róż i  nagietków - uroczy widok, prawda?

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

O smokach i higienie jamy ustnej

poniedziałek, 22 listopada 2010 22:14

 

Już po opublikowaniu poprzedniego wpisu, w piątek popołudniu, okazało się, że Smyk dostał jeszcze jeden książkowy prezent, doręczony pocztą.

 

Tym razem jest to przepięknie wydana książka o Smokach.

Szczęście Hultajstwa sięgnęło zenitu. Teraz ma książki (po polsku!) o dinozaurach, pająkach i smokach. Obawiam się, że jeśli dostałby jeszcze album o rekinach, to chyba by ze szczęścia eksplodował...

 

W piątkowy wieczór doszło też do zabawnej, z mojego punktu widzenia, sytuacji.

Wpadli do nas sąsiedzi ze swoimi trzema wnuczkami żeby złożyć Smykowi spóźnione życzenia urodzinowe. Jedna z dziewczynek przyniosła ze sobą napój w butelce z zamknięciem, którego się  nie odkręca, a jedynie pociąga, wkłada do buzi i wtedy można się napić. Napój postawiła na stoliku i zajęła się zabawą. Kolorowy napój przyciągnął uwagę Smyka, który w pewnym momencie nie zniósł pokusy, i poczęstował się. Biorę go na stronę i pocichu pytam po polsku:

 

- Synku, to nie twój soczek, kto Ci go pozwolił pić?

- Tata...

- Tak? Bo to nie jest twój soczek tylko Szarlot. Ona brała go do buzi i teraz na tej butelce są jej zarazki. Chcesz, żeby Ci wygniły ząbki tak jak jej?

- Nie...

Dygresja: Córki sąsiadów nie uważają za stosowne dbać o mleczaki swoich pociech, i rzeczywiście 4-letnia Szarlot nie ma już większości zębów, a resztki tych co ma są czarne, co Smyk sam zauważał już wielokrotnie.

 

Smyk wybiegł z pokoju, najpierw myślałam, że zawstydzony sytuacją, ale po chwili zdało mi się, że słyszę dźwięki dobiegające z łazienki. Idę sprawdzić. W łazience spłakany Smyk ostro szoruje zęby. 

 

- Mama ja nie cie zieby mi źgniły zięby! Buuuu!!!

- Nie zngniją ci...

- Ale...

- Nie zgniją, szybko tu przbiegłeś je umyć, jeszcze dodatkowo wypłukamy płynem.

 

Okrutna lekcja, ale mam nadzieję, że już się Smyk nigdy nie chwyci tego, co kto inny wkładał do buzi.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (4) | dodaj komentarz

Drzewa liściaste

piątek, 19 listopada 2010 21:10

 

Dzisiaj będzie jeszcze nieco w tematyce urodzinowo-prezentowej.

 

Wśród licznych prezentów Smyk dostał kilka takich, które ja cenię najbardziej: książki.

 

Dwie z nich przebyły długą drogę z Polski przez Francję: album o pająkach (och, gdybyście mogli zobaczyć ten błysk w oku mojego dziecięcia!) oraz "Trzy psy przyszły" Marcina Brykczyńskiego (nie zliczę ile razy już czytaliśmy od czasu, kiedy wyciągnęliśmy z koperty - ostatni raz wczoraj przed snem). - Wielkie podziękowania dla Pszczółek!

 

Trzecia książka jest po angielsku "Big words for little people" (Duże, w domyśle trudne, słowa dla małych ludzi), i w przystępny sposób wyjaśnia znaczenie niektórych trudnych, także do wymówienia, słów typu privacy (prywatność), impossible (niemożliwy), patience (cierpliwość), consequence (konsekwencje), love (miłość), respect (szacunek) - to tylko niektóre.

 

Wieczorem, leżeliśmy sobie w trójkę w łóżku i czytaliśmy, ćwicząc na głos wymowę. Smyk się trochę wstydził na początku, więc tata udał, że to też dla niego trudne i skończyliśmy na chóralnym ćwiczeniu wymowy najtrudniejszych słów oraz na wymyślaniu innych kontekstów obrazujących ich zastosowanie poza tymi podanymi w książce.

 

I przypomniało mi się wtedy, jak to już ponad miesiąc temu Smyk zaskoczył mnie znajomością innego trudnego wyrazu.

 

Kiedy dzieci w przedszkolu przerabiały literkę D, pani zabrała ich na spacer i opowidała o drzewach liściastych. Deciduous trees (drzewa tracące jesienią liście) zaczyna się wszak na D.

Ale zaskoczenie przyszło kilka dni później, kiedy to wracając do domu ulicą, po obu stronach której rosną stare, liściaste drzewa, mieniące się wówczas żółcią i czerwienią, których rozlegle korony stykają się ze sobą tworząc baldachim, tunel, otóż jadąc sobie i kontemplując piękno tego miejsca, dobiegł mnie z tylnego siedzenia głos Hultajstwa:

 

- O ja pamiętam! Deciduous trees! Lose leaves in fall!

 

I szczęka mi opadła i zagubiła się pod fotelem, i niemal pękłam z dumy, że mój Maluszek zapamiętał takie trudne słowo - wraz z definicją.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (4) | dodaj komentarz

5 lat

środa, 17 listopada 2010 21:20

 

Dzisiaj, o godzinie 17.05 czasu lokalnego, Smyk kończy 5 lat.

 

Z tej okazji w niedzielę mieliśmy małą imprezkę na sali gimnastycznej.

 

Był tort ze Spidermanem:

 

 

 

 

W tym roku motywem przewodnim był właśnie Spiderman - tak sobie zażyczył Smyk, więc poza tortem, także kubeczki, talerzyki, serwetki i obrusy były spidermanowe.

 

Była świetna zabawa - dzieciaki wyszalały się za wszystkie czasy!

 

 

 

 

Na zdjęciu powyżej, wyczerpane Hultajstwo w basenie z gąbkami.

Nie tylko dzieciaki świetnie się bawiły - rodzice też, zwłaszcza tatusiowie. 

 

Były prezenty:

 

 

 

 

Wspaniałe, zachwycające prezenty - obdarowujący chyby potrafią czytać w myślach mojego dziecka, bo wszystkie prezenty świetnie dobrane do upodobań Hultajstwa.

 

Obszerniejsza fotorelacja tutaj.

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (16) | dodaj komentarz

Nauczka dla taty?

poniedziałek, 15 listopada 2010 20:50

 

Na dwa tygodnie przed Halloween tata zabrał Smyka na farmę, gdzie kupili dynię.

Dynia, jak łatwo się domyślić, miała zostać wycięta przez tatę, Smyk nawet narysował jak miała wyglądać buzia (z trzema zębami).

 

Ale tacie się nie chciało. Zbywał Smyka tymi wszystkimi "Nie teraz", "Potem", "Teraz nie mam czasu" itp. Potem wyjechał służbowo na dwa tygodnie i wrócił w nocy przed samym Halloween. Rano był zmęczony a poza tym stwierdził, że Halloween już jest i nie opłaca się dyni wycinać.

 

Może do dorosłego taka argumentacja by dotarła, ale nie do Smyka. Bo skoro tata obiecał, to Hultajstwo czekał.

 

I czekał.

 

I czekał cierpliwie. Bo jest przyzwyczajony, że jak mama coś obieca, to słowa dotrzymuje.

 

Dynia, wdzięcznie ustawiona na ganku, zaczęła się pokrywać z jednej strony pleśnią, więc tata postanowił ją wyrzucić. A kiedy niósł ją do kosza na śmieci, zauważył go Smyk - i w płacz! Jak tata może wyrzucać dynię, skoro jeszcze nie wycięta? Dziecko głuche na argumenty w stylu "Za rok", "Bo gnije", "Bo już po Halloween". No to co, że po? Było obiecane wycinanie, to ma być.

 

Tata objechał wszystkie okoliczne sklepy, ale że było to 5 dni po Halloween, po dyniach nie było już nawet śladu. Obdzwonił też kilka okolicznych farm, ale jedynie odsłuchał wiadomości, że farma zamknęła już swoje wrota na zimę, i że zapraszają z nadejściem wiosny.

 

Tak więc tata nie miał innego wyjścia jako odkroić spleśniałą część dyni, a w tej pozostałej wyciąć zaprojektowaną przez Hultajstwo buzię. A zły był przy tym tak, że bez kija nie podchodź. W tej złości zapomniał, że przecież miały być trzy zęby, i wyciął tylko dwa - oj naraził się Smykowi, i to bardzo!

 

 

 

 

Ponieważ dynia zaczęła pleśnieć po tej czystej stronie, buzia została wycięta na tyłku, czyli jest umorusana, bo tacie nie przyszło do głowy przetrzeć jej najpierw szmatką.

 

Ciekawa jestem, czy z całej tej historii tata wyciągnie odpowiednie wnioski. 

Śmiem wątpić...



Podziel się
oceń
0
1

komentarze (15) | dodaj komentarz

Słowotwórstwo

poniedziałek, 08 listopada 2010 19:10

 

Jeszcze jak Smyk był mały kupiłam na yard sale książeczkę dla dzieci traktującą o anatomii człowieka. Taki mały atlas dla dzieci.

Kiedyś już Smyk wykazał krótkotrwałe zainteresowanie budową człowieka, ale raczej wyglądem zewnętrznym, więc atlas powędrował szybko na półkę.

 

Kiedy książka ponownie wpadła w ręce Hultajstwa, to co mamy w środku wzbudziło ogromne zainteresowanie. Poopowiadaliśmy sobie więc co nieco na temat tego co się kryje pod skórą, pomacaliśmy te kości, które łatwo wyczuć, przy żebrach było sporo hi hi ha ha bo trochę połaskotałam mojego Chudziaszka. Smyk nie mógł się nadziwić, że w głowie mamy coś poza kością (dygresje, że niektórzy niczego tam nie mają odpuściłam sobie).

 

Dziecku bardzo spodobał się wyraz pośladki. Usiłował napinać je i rozluźniać - nie udało mu się, ale i tak nakłamałam, że świetnie mu to wychodzi. A śmiechu przy tym było co niemiara.

 

Kilka godzin później pytam Smyka jak się nazywają połówki pupy. Hultajstwo myśli, widzę, że usiłuje sobie przypomnieć, w końcu pyta:

 

- Pupinki?

 

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 26 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  480 290  

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 480290
Bloog istnieje od: 3921 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl