Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 773 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Motylek teraz czyta: Carlos Ruiz Zafon "Marina"

Zdjęcia w galeriach.


Kolęda dla Nieobecnych

wtorek, 20 grudnia 2011 22:04

A nadzieja znów wstąpi w nas.

Nieobecnych pojawią się cienie.

Uwierzymy kolejny raz,

W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,

Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,

Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.

Że nie trzeba żałować przyjaciół.

Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,

Bo są z nami choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,

Że po głosach tych wciąż drży powietrze.

Że odeszli po to by żyć,

I tym razem będą żyć wiecznie.

 

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,

Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.

Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,

I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

Muzyka: Zbigniew Preisner

Słowa: Szymon Mucha

 

Kolędy można posłuchać tutaj.

 

Pełnych wzruszeń świąt Bożego Narodzenia

życzy

Motylek


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Ptactwo

poniedziałek, 02 maja 2011 21:20

Na wielkanocnym spacerze nie tylko syciliśmy oczy kolorami kwiatów. Czekały na nas niespodzianki tak nieoczekiwane, że nigdy bym nie pomyślała, że do takich spotkań może dojść na zwykłym spacerze. A wszystko za sprawą ptactwa.

Kaczek, gęsi, a nawet mew jest u nas sporo i ich widok nikogo nie dziwi.

Ale widok stadka czapli - tak!

 

 

 

 

Przez chwilę obserwowaliśmy kolonię czapli modrych. Tutaj trochę informacji na temat czapli modrej.

Inni obserwatorzy twierdzili, że para ma na drzewie gniazdo z młodymi - tych akurat nie udało nam się zobaczyć ani usłyszeć, więc nie wiem czy to prawda. W każdym razie, trochę się działo w okolicach czubka drzewa, czaple latały wokół, lądowały, startowały, prezentowały czuby i wdzięcznie wyginały szyje. Udało mi się nakręcić krótki film, choć jakość nie najlepsza, bo przy dużym przybliżeniu a bez statywu trudno mi było utrzymać rękę w bezruchu.

 

 

 

 

Pierwszy raz w życiu widziałam czaple w takiej ilości i z tak bliska.

Ale to widok innego ptaka wprawił nas w osłupienie. Wprost oczom nie mogliśmy uwierzyć, kiedy na swej drodze spotkaliśmy przechadzającego się wolnym krokiem pawia!

 

 

 

 

Pawia, który wogóle się nas nie bał - udało mi się podejść na odległość metra i dopiero wtedy ptak odchodził niespiesznie w swoją stronę.

Niestety, nie raczył zaprezentować piękna ogona w całej krasie, ale nawet ze złożonym wyglądał pięknie.

 

 

 

 

Ach te kolory!

 

 

 

 

 

Po prawie dwugodzinnym spacerze, mama i tata byli skłonni wracać do domu, ale Hultajstwo nadal wykazywało nadmiar energii. Rodzice usiedli więc na ławeczce i zażartowali z dziecka, żeby złapał kaczkę. Dziecko dało się wpuścić w maliny ale jak łatwo się domyślić, kaczki złapać mu się nie udało. Za to trochę sobie pobiegał i ostatecznie zmęczył się, a o to przecież chodziło. Tutaj filmik.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zielony zawrót głowy

piątek, 29 kwietnia 2011 23:40

Już od kilku lat tak się składa, że co święta (Wielkanoc czy Boże Narodzenie) to u nas pada, leje, siąpi albo mży - pogoda do bani! Póki dzecięcia nie było, albo był malutki, nie miało to większego znaczenia. Ale odkąd Smyk podrósł i zaczął emanować energią, kiepska pogoda to dla nas kara za grzechy - trzymanie naszego Skarbu w domu przez cały dzień to ciężka próba cierpliwości rodziców.

Tak więc w niedzielę, mimo deszczu, wskoczyliśmy w kalosze, zabraliśmy ze sobą komplet parasoli i wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki.

 

 

 

 

Już sam fakt, że Hultajstwo mogło pochodzić po kałużach w swoich ulubionych gumowcach-krokodylach i z czerwonym parasolem w ręku, wprawił Smyka w doskonały humor. Zamiast wyasfaltowanymi alejkami, przebijaliśmy się przez nadbrzeżne krzaki, starając się nie poślizgnąć i nie wpaść w co większe błotne bajorka. Spacerowiczów, jak można było oczekiwać, nie było zbyt wielu. Nikt więc nie przeszkadzał nam podziwiać piękna rozbuchanej wiosennej natury.

 

 

 

Nie wiem, czy nasionka zboża ktoś celowo rozsypał nad rzeką, czy przyniosły je ze sobą ptaki, faktem jest, że rośnie sobie na dziko przy alejce a my nie musimy jechać na żadną farmę, żeby pokazać dziecku jak wyglądają kłosy zboża.

Mimo deszczu, dzień wcale nie smucił szarością. Spacer przesycony był kolorami, i to nie tylko za sprawą naszych malowniczo kolorowych parasoli.

Było żółto:

 

 

 

 

Było niebiesko/fioletowo:

 

 

 

 

Było biało-różowo:

 

 

 

 

Ale przede wszystkim było zielono! Topole pachniały tak intensywnie, że chwilami kręciło się w głowie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

W pogoni za jajem czyli Egg Hunt 2011

wtorek, 26 kwietnia 2011 20:29

W wielkanocny piątek zafundowałam sobie wolne od pracy zarobkowej. Doszłam do wniosku, że jeżeli mam zrobić wszystko to co trzeba i jeszcze mieć siły i radość aby świętować, potrzebny jest mi dodatkowy wolny dzień.

Miałam też cichą nadzieję, że kiedy już uwinę się ze sprzątaniem, praniem, gotowaniem i pieczeniem, to uda mi się przed odebraniem Smyka z przedszkola wygospodarować chwilkę na jakieś przyjemności.

Pralka postarała się, żeby na żadne przyjemności nie wystarczyło czasu. Właśnie w piątek postanowiła zbuntować się i zalać całą kuchnię. Zepsuł się czujnik odcinający wodę, która lała się i lała szerokim potokiem, aż było jej w kuchni po kostki. Dzięki temu podłogę w kuchni miałam tak odmoczoną, odszorowaną, doczyszczoną i błyszczącą na święta jak jeszcze nigdy! Nie opłaca się tej pralki naprawiać bo koszta byłyby zbyt wysokie w stosunku do kosztów zakupu nowej pralki, więc jeszcze tego samego dnia udaliśmy się z Hultajstwem na zakupy i kupiliśmy nową pralkę, którą dostarczą nam za dwa tygodnie. Do tego czasu czeka nas frajda korzystania z pralni publicznych. Dobrze, że jest ich w okolicy sporo.

Po takim atrakcyjnym wstępie, reszta świąt siłą rzeczy musiała być miła.

W sobotę dopisała nam pogoda - było tak ciepło, że można było biegać z krótkim rękawem! Nawet Smyk rozkoszował się ciepłem promieni słonecznych zapadając w letarg na huśtawce:

 

 

 

 

Na trzecią umówieni byliśmy z polskimi znajomymi na Egg Hunt, czyli zaadaptowaną na nasze potrzeby amerykańską tradycję wielkanocną.

Wszyscy stawili się w komplecie: 9 dorosłych + 12 dzieciaczków.

Plastikowych jaj nafaszerowanych różnościami było około trzystu, czyli  tyle, żeby dla wszystkich dzieci było więcej niż wystarczająco. Trochę zajęło rozrzucenie ich po ogrodzie, potem trzeba było jeszcze przypilnować, żeby do wyśigu po jaja wszyscy wyruszyli razem. Starsze dzieci przebierały z niecierpliwości nogami, ale nie było zmiłuj się, trzeba było zrobić zdjęcie grupowe:

 

 

 

 

Na dane hasło, ruszyli!

Jaja znikały w koszykach w takim tempie, dzieciaki biegały z taką szybkością, że prawie wszystkie zdjęcia wyszły zamazane.

W tym roku nie trzeba było pomagać Smykowi ani trochę. Intuicyjnie wybrał trasę najbardziej obfitującą w jajka i nazbierał ich tyle, że wypełniły po brzegi koszyk.

 

 

 

 

Kiedy już wyzbierano wszystkie jajka, odbyła się mała sesja fotograficzna - wszystkie rodzinki uwieczniały się z pociechami i koszykami wypełnionymi jajkami, równiż na tle ślicznej rabatki przed domem znajomych, u których w tym roku się spotkaliśmy. Niektórzy mieli już dość, i wcale nie były to dzieci, które jeszcze raz udało się zagonić w jedno miejsce i zrobić  jeszcze jedno zbiorowe zdjęcie, tym razem ze ślicznymi pierwiosnkami i tulipanami:

 

 

 

 

A potem, już w środku, dzieciaki zajęły się sprawdzaniem co też mamy ukryły w tych jajkach, a w tym roku słodyczy było mało a drobnych zabaweczek sporo, więc kiedy wszystkie jajka zostały wybebeszone, nasatąpiła wspaniała zabawa.

Co jakiś czas chłopaki wybiegały za dom, żeby poskakać sobie na trampolinie.

A rodzice oddali się życiu towarzyskiemu.

Było miło, czas minął zbyt szybko i trzeba było zbierać się do domu.

W drodze powrotnej zaczęło padać...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Saneczkowe zamknięcie sezonu

czwartek, 24 marca 2011 17:57

W niedzielę wybraliśmy się na sanki - to już ostatni raz w tym sezonie.

Wprawdzie śniegu jest jeszcze bardzo dużo, ale odwilż panoszy się już na całego.

Na zdjęciu poniżej tabliczka oznaczająca początek szlaku - słupek, na którym osadzono tabliczkę, jest mniej więcej tak wysoki jak ja.

 

 

 

 

Snieg mokry, poślizg kiepski - idealne warunki dla uczących się jazdy na nartach: zjeżdżając tak powoli ma się wszystko pod kontrolą!

Niemniej jednak trochę poszaleliśmy na dętkach i sankach a potem poszliśmy na spacer nad wodospad.

 

 

 

 

Towarzyszył nam dźwięk kropel spadających z drzew w blasku pięknego słońca. Wspomnienia przeniosły mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to, zanim zaczęliśmy chodzić z bratem do szkoły, co roku w marcu mama zabierała nas na dwa tygodnie do Rabki.

Tak właśnie pamiętam Rabkę: jeszcze białą, ale już wiosenną, szumiącą kroplami topniejącego śniegu, słoneczną...

 

 

 

 

Ciepło było, więc zgrzaliśmy się. Pozbywaliśmy się stopniowo kolejnych warstw pod kurtkami.

Smyk, jak to Smyk, nabijał tatę w butelkę bujając jak to strasznie bolą go nogi, a tata, jak to tata, dawał się nabrać i ciągnął sanki, na których leżał zadowolony Smyk.

Mokry śnieg świetnie nadawał się lepienia kul, więc trochę poćwiczyliśmy miotanie nimi do strumienia. Po takim machaniu Hultajstwo padło.

 

 

 

 

To zresztą widok typowy - ilekroć dochodzimy do wodospadu, Hultajstwo zalega na sankach, by po kilku minutach odzyskać siły i znowu tryskać energią.

Po powrocie do domu, sprzęt zimowy powędrował  na stryszek.

Dawno nie byliśmy nad oceanem, więc jak pogoda pozwoli, zapewne następny wyjazd odbędzie się w tamtym kierunku.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Urodzinowy poślizg

środa, 16 marca 2011 20:03

Dzisiaj, z ponad tygodniowym poślizgiem, o moich urodzinach.

Nie były świętowane hucznie, bo wtorek niezbyt temu sprzyja - dzień jednak, mimo że deszczowy, okazał się bardzo miłym.

Najpierw moi chłopcy zaskoczyli mnie nieziemsko. Kiedy o siódmej rano wyszłam z łazienki, czekali na mnie z kwiatami. Od każdego dostałam bukiet: 

 

 

 

 

 

 

Kwiaty, poza różami,  trzymają się do dziś.

 

Ku rozczarowaniu Smyka tortu ze świeczkami nie było.

Za to  był prezent od męża, ale jakoś nie zainteresował on Hultajstwa.

 

W pracy też było miło.

Sekretarka wysyła wszystkim rano maila informując kto danego dnia obchodzi urodziny.

Przez cały dzień zaglądali do mnie koledzy i koleżanki z życzeniami, jedna koleżanka odśpiewała nawet Happy Birthday w stylu Marylin Monroe - koleżanka ma zdolności aktorskie i uśmiałyśmy się po pachy.

Dostałam też kilka kartek - może niewiele, ale za to od tych najbliższych sercu. 

 

Były też prezenty! Od Splocika dostałam śliczyny obrazek z niebieskim motylem:

 

 

 

 

A do tego przecudną kartkę i dwa mini zestwy DMC:

 

 

 

 

Dostałam też książkę i włóczkę. Osoby, które mnie obdarowały dobrze mnie znają i wiedzą co sprawi mi radość - świetnie dobrały prezenty.

 

Po pracy pojechaliśmy do włoskiej restauracji. Bardzo lubię lazanię, ale jej sama nie robię. Od jakiegoś czasu utarło się, że w dniu urodzin delektuję się lazanią właśnie.

Był też deser - znowu nie tort! Smyk ciągle jeszcze liczył na świeczki, ale w końcu pogodził się z faktem, że ich nie będzie tym razem. Na otarcie łez spałaszował deser i swój i taty.

 

Baaardzo miły dzień...

 

Za pamięć, życzenia przesłane tradycyjnie, elektronicznie, złożone w komentarzeach - bardzo dziękuję!

serce


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

W śnieżnej krainie

środa, 23 lutego 2011 21:19

Nabraliśmy ponownie ochoty na białe szaleństwo - nic dziwnego, śniegu nie widzieliśmy już prawie od miesiąca! A to padał w górach deszcz zamieniając biały puch w mokrą papkę, a to my byliśmy chorzy - i tak zeszło.

Kiedy w poprzedni weekend okupowaliśmy łóżka powaleni wirusem, w górach sypało i sypało, aż napadało ponad pół metra świeżutkiego puchu. Wprawdzie jeszcze trochę byliśmy słabowici, ale  postanowiliśmy się dotlenić i pojechaliśmy w nasze ulubione miejsce: Salt Creek Snow Park.

Na miejscu byliśmy dość wcześnie, bo na Smyku można polegać jak na Zawiszy - budzenie w weekend o 6.30 mamy co tydzień jak w banku. Szwajcarskim!

Na parkingu było jeszcze pustawo - cała górka nasza!

Wypróbowaliśmy więc nasz nowy sprzęt zjazdowy:

 

 

 

 

Snow Tubing czyli zjazd na dętce samochodowej. Nie trzeba już wybebeszać samochodu, od dawna można kupić dętki specjalnie wyprodukowane do szaleństwa na śniegu. Widzieliśmy takie u innych i sprawiliśmy sobie jedną.

Koło spiasuje się fantastycznie, niesamowicie amortyzuje wstrząsy, jest stabilne (nie udało nam się wywrócić ani razu co rozczarowało Hultajstwo) i mknie dużo dalej niż sanki, ponieważ nie zapada się w śnieg a jedynie ślizga po jego powierzchni niczym poduszka powietrzna - w końcu to przecież jest poduszka powietrzna!

Uderzając w świeży śnieg, poducha wzbija w powierze tumany śniegu i resztę zjazdu przebywa się w śnieżnym obłoku, bez świadomości gdzie góra a gdzie dół, czując jedynie, że się dokąś pędzi, ale bez kontroli co do kierunku. Na szczęście koło ma uchwyty, więc wystarczy mocno się trzymać i nic nam nie grozi. Pyszna zabawa!

Wada: dędka zatrzymuje się daleko za wydeptanymi szlakami, i żeby do nich dotrzeć, trzeba przedrzeć się tych kilkanaście metrów przez śnieg sięgający do bioder - dość spory wysiłek.

 

Kiedy na górce pojawiło się za dużo matołów, do których nie dociera, że na górę wchodzi się bokiem zostawiając środek zjeżdżającym na dół, odnieśliśmy dędtkę do samochodu, zjedliśmy kanapki, przypięliśmy rakiety śnieżne i poszliśmy na spacer.

 

Mąż przecierał szlak, a my z Hultajstwem dziarsko maszerowaliśmy za nim. Postanowiliśmy dotrzeć do potoku Salt Creek:

 

 

 

 

Droga przez las i sam potok w śnieżnej szacie - bajka!

Smyk chciał dojść jak najbliżej wody, a kiedy już mu się to udało, zajął się wrzucaniem do potoku śniegu:

 

 

 

 

Jakimś cudem nie wpadł do wody...

Ja syciłam wzrok pięknem otoczenia - wpadł mi w oko ośnieżony kamień na środku potoku:

 

 

 

 

Spokój i ciasza, którą mącił jedynie szum wody. Przed chwilą przestał prószyć śnieg, więc białych połaci nie zdążyły jeszcze naznaczyć swoją obecnością żadne zwierzęta.

Na tle tej przepięknej bieli pysznie prezentowała się nowa czapka Smyka:

 

 

 

 

Na policzkach Bąbla zakwitły śliczne rumieńce - pod kolor czapki...

Drogę powrotną chłopaki umilali sobie zabawą w strącanie śnieżnych czap z drzew:

 

 

 

 

Bardzo przydatne okazały się kijki - dzięki nim nie leciał śnieg za kołnierz!

Mniejsze drzewka gięły się do samej ziemi pod ciężarem śniegu, a po strąceniu go podnosiły się w góry, zyskując nagle na wysokości.

 

Prognoza pogody zapowiada opady śniegu u nas - to dopiero byłaby sensacja!

Już dzisiaj wszyscy o niczym innym nie dyskutują tylko o tym czy rzeczywiście zasypie nas  (zapowiadają od 5 do 13 cm śniegu) czy nie, czy szkoły i przedszkola będą zamknięte (pewnie będą), kto dotrze do pracy, kto będzie musiał zostać w domu (rodzice dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym z powodu zamkniętych placówek).

Smyk też się cieszy - szkoda tylko, że nie mamy w pobliżu żadnej górki...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Salt Creek Falls Zimą

środa, 12 stycznia 2011 21:11

Wodospad Salt Creek Falls to jedno z naszych ulubionych miejsc w Oregonie.

Wracamy do niego co roku, zazwyczaj latem, ale nigdy dotąd nie udało nam się go zobaczyć zimą. Głównie dlatego, że kiedy drogę dojazdową zasypie śnieg, można do wodospadu dotrzeć tylko na piechotę, i dobrze jest mieć ze sobą rakiety śnieżne (snow shoes). Poza tym do tej pory Smyk był nieco za mały na tego typu wyprawy.

 

W noworoczny, długi weekend wybraliśmy się na zimowy spacer.

Spacer z parkingu do wodospadu i z powrotem zajął nam prawie dwie godziny.

Ale warto było:

 

 

 

 

W drodze powrotnej nóżki Smyka już bardzo bolały, ale przewidujący tata zabrał ze sobą sanki, więc Hultajstwo wróciło po królewsku, w saniach zaprzężonych w rodziciela.

Zdjęć zrobiłam sporo. Trudno mi się było zdecydować które z nich zamieścić. A ponieważ na wszystkie raczej nie mam już miejsca, więc podaję linka, pod którym można sobie te wszystkie widoczki pooglądać z podkładem muzycznym Vangelisa - CLICK

 

Po odpoczynku w saniach i doładowaniu akumulatorków kanapkami, Smyk odzyskał siły i jeszcze godzinę poszaleliśmy na saneczkach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Spacer

poniedziałek, 03 stycznia 2011 19:17

Koniec grudnia i początek nowego roku to czas, kiedy wiele dzieje się w sprawach rodzinnych. I dlatego, mimo, że o świętach wielu z nas może już zapomniało, ja jeszcze wracam do dnia Bożego Narodzenia.

 

Swięta Bożego Narodzenia spędziłam w Oregonie po raz siódmy. I po raz siódmy tego dnia była taka sama pogoda: lało jak z cebra.

Udało nam się wstrzelić w dwugodzinną przerwę między opadami i pojechaliśmy do parku na spacer. Smyk bardzo lubi ogród rododendronowy w Hendricks Park. Uwielbia zapuszczać się w kręte alejki wijące się na zboczu pagórka. Z od lat niezmienną radością skrada się, chowa, skacze po kamieniach, dokonuje nowych odkryć. Absolutnie nie przeszkadza mu brak placu zabaw – ten stworzony przez naturę jest wystarczająco atrakcyjny.

 

Jak można było przewidzieć, w dniu Bożego Narodzenia, przy deszczowej pogodzie, w parku nie było tłumów. Jedynie wytrawni biegacze przemykali opłotkami a daleko, w części leśnej (nie ogrodowej) można było dostrzec właścicieli psów ze swoimi podopiecznymi (do części ogrodowej psy można wprowadzać jedynie na smyczy).

 

Zaraz przy wejściu natknęliśmy się za to na stadko dzikich indyków – przechadzały się po zielonej trawce i wcale się nas nie bały.

Spacerując po parku kolejny raz zadziwił nas Oregon – może to nie wiosna, ale z pewnością przedwiośnie zagościło u nas! Tutaj zdjęcia na dowód! Ale już wiemy, że to co wiosną trwa w Polsce tydzień, tutaj trwa miesiąc, więc jeszcze przyjdzie nam poczekać zanim będziemy mogli cieszyć oczy kolorami wiosny. Tym bardziej, że od kilku dni temperatury nocą są raczej zimowe - sporo poniżej zera. Uczniowie jednej ze szkół mają o jeden dzień dłuższe ferie bo zeszłej, mroźnej nocy, pękła rura w ich szkole. Dzieciaki pewnie się cieszą!

 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na placu zabaw, żeby Smyk mógł się trochę pohuśtać, ale szybko przegonił nas deszcz. 

 

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wigilia a świerszcze

poniedziałek, 27 grudnia 2010 18:16

 

W tym roku udało mi się przygotowania przedświąteczne zaplanować tak, że nie musiałam już w Wigilię jechać do żadnego sklepu. Ale mąż wybrał się po świąteczne rarytasy dla swoich pupilków mieszkających w akwarium. Co jakiś czas rozpuszcza ryby kupując im żywe świerszcze. 

 

Kiedy świerszcze zostały ulokowane w wiaderku, z trawą i liśćmi, mąż zabrał Smyka na spacer a ja mogłam dokończyć przygotowania do świąt. Krzątając się po kuchni słuchałam kolęd, i nie zwróciłam uwagi na inny koncert, który rozpoczął się w pokoju.

 

Kiedy moje chłopaki wróciły ze spaceru, wszystko było gotowe, żeby zasiąść do stołu. Jeszcze tylko panowie przebrali się i już składaliśmy sobie życzenia. A wtedy skończyła się ścieżka dzwiękowa odtwarzanej płyty. Złożyliśmy sobie życzenia, przełamaliśmy się opłatkiem, zasiedliśmy do stołu i dotarło do nas, że cały czas towarzyszyła nam muzyka, choć nie ta z płyty. Muzyka, kojarząca siię z letnim, ciepłym wieczorem - koncert wygrywany przez świerszcze.

I grały nam te świerszcze cały wieczór, i jeszcze długo w noc, a my zasypialiśmy przy dźwiękach tej niecodziennej kołysanki. 

Całe święta upłynęły nam przy blasku światełek na choince, ognia w kominku i muzyce świerszczy. 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Salt Creek Snow Park

poniedziałek, 29 listopada 2010 21:46

 

Od czwartku do wczoraj cieszyliśmy się długim weekendem z okazji Swięta Dziękczynienia.

W czwartek większość Amerykanów krzątała się po kuchni, lub zmierzała w kierunku jakiejś gościnnej kuchni, my natomiast wybraliśmy się w góry na sanki. 

Z wczesnym wstawaniem nigdy u nas nie ma problemu - Hultajstwo zawsze urządza nam pobudkę przed siódmą rano, dwie godziny w samochodzie i o 11.00 byliśmy namiejscu. Na parkingu razem z naszym - 3 samochody. Właściciele pozostałych dwóch przypięli biegówki i zniknęli w lesie, więc cała polana, cała górka były do naszej wyłącznej dyspozycji:

 

 

 

 

W czwartek aura postanowiła nas porozpieszczać - bezchmurne, błękitne niebo, temperatura nieco poniżej zera, po prostu bajka!

 

A na indyka i tak załapaliśmy się, bo byliśmy zaproszeni na wieczór do znajomych.

 

Z góry wiedzieliśmy, że po jednym wyjeździe będziemy odczuwali spory niedosyt, więc jeszcze przed weekendem nagraliśmy wyjazd ze znajomymi na sobotę. Tym razem wybraliśmy się nieco później, bo znajomi mają nieco więcej potomstwa niż my i wybranie się z domu zabiera im więcej czasu.

 

Dotarliśmy na miejsce w południe załapując się na ostatnie wolne miejsca na parkingu.

 

Aurze nie spodobały się te tłumy i słonka poskąpiła, ale i tak nie przeszkadzało nam to w saneczkowym szaleństwie. Bawiliśmy się tak świetnie, że zapomnieliśmy, że mamy w samochodzie aparat. W pewnym momencie przez chmury przedarło się słonko, i oświeciło nas, że przecież trzeba by uwiecznić wyjazd cyfrowo.

 

 

 

 

Tata pobiegł do samochodu i nakręcił jak Smyk z mamą pędzą z górki na pazurki.

Potem mama uwieczniła na zdjęciach jak tata gna na łeb na szyję z Hultajstwem, a na koniec jeszcze nakręciła filmik ze Smykiem i Julią w rolach głównych.

 

Bawiliśmy się tak fantastycznie, że nie czuliśmy żadnego zmęczenia. Dopiero nadciągający zmrok przegonił nas z górki, bo padający coraz mocniej śnieg jakoś nam nie przeszkadzał. Ostatni raz tak się wysaneczkowałam chyba jako dziecko. Ponad cztery godziny! Do tej pory się dziwię, jak Smyk to wytrzymał, ale nie od dziś wiadomo, że dzieci mają ogromne zasoby energii. Nawet nie zasnął w samochodzie w drodze do domu.

Za to mamusia czuła wczoraj które mięśnie pracowały...

 

Ze zdjęć z obu wyjazdów skleciłam krótki filmik do muzyki Vangelisa.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

...

poniedziałek, 01 listopada 2010 16:51














Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Sobota nad oceanem

poniedziałek, 21 czerwca 2010 19:32

W sobotę nie spieszyliśmy się zbytnio z wstawaniem, a kiedy już wygrzebaliśmy się z pościeli, spakowaliśmy kanapki, termos z herbatą i pojechaliśmy nad ocean.

Zakotwiczyliśmy na szerokiej, piaszczystej plaży Heceta Beach we Florencji i oddaliśmy się bez reszty wypoczynkowi.





Mimo że nad horyzontem kłębiły się chmury, nad nami nie przemknął nawet najmniejszy obłoczek. Piasek był nagrzyny i tak milutko się na nim wylegowało - nawet udało nam się załapać nieco opalenizny.

Kopaliśmy ze Smykiem dziury łopatą, "sadziliśmy" kawałki drewna a nawet udało nam się zrobić drogowskaz, który miał wskazywać drogę do buta taty schowanego pod stertą drewna, tyle tylko, że był obrócony w innym kierunku, i gdyby nie to, że byłam świadkiem chowania buta, tata musiałby wracać do domu na bosaka.





Tata z Hultajstwem wybrali się na długi spacer, ja w tym czasie ucięłam sobie drzemkę. Wrócili pełni wrażeń, przemoczeni do pasa.

Zbieraliśmy też muszelki - przecież bez tego nie może się obyć żadna wyprawa nad ocean!





Ale najlepszą zabawą okazało się skakanie po wielkich pniach wyrzuconych przez fale na brzeg. Smyk udawał, że jeden z takich pni to jego motolufka
Pływał tą motorówką, potem zamieniał się w stwora morskiego i pływał pod nią. 





Baraszkował też w domku zbudowanych wcześniej przez kogoś z pni i konarów - domek okazał się świetną kryjówką podczas zabawy w chowanego. Tylko musieliśmy się z mężem wysilać, żeby za szybko nie znaleźć Smyka.

Smyk bawił się fantastycznie, wogóle nie marudził  i był to chyba najbardziej relaksujący wyjazd nad ocean z naszym dzieckiem od jego narodzin.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Liść paproci

czwartek, 13 maja 2010 19:56

Makneta zaprosiła mnie do zabawy "Dziesiąte zdjęcie", która polega na tym, że należy odnaleźć w zasobach swojego komputera najstarsze zdjęcia i zaprezentować dziesiąte.

Mam kilka bardzo starych zdjęć, pochodzących z czasów, kiedy o fotografii cyfrowej nikt jeszcze nie marzył. Ba! Zwykła fotografia to było coś!
Oczywiście chodzi o skany starych zdjęć. Ale jak ustawiłam je sobie w kolejności chronologicznej, to wyszło, że dziesiąte z najstarszych zdjęć to jest właśnie to:





Zdjęcie powyżej przedstawia autorkę niniejszego blogu w przeddzień swoich pierwszych urodzin. Zdjęcie od lat funkcjonuje w rodzinie pod nazwą "Asia Hydraulik". Profesja nie przypadła mi widać do gustu, bo skończyłam w całkiej innej dziedzinie.

Teraz powinnam zaprosić kogoś do zabawy, ale nie wiem kogo. Może zróbmy tak - w komentarzach niech się zgłoszą chętni, dobrze?









W niedzielę wybraliśmy się na pierwszą po zimie wycieczkę - pojechaliśmy do Akwarium w Newport. Nie była to nasza pierwsza wizyta w tym mejscu - co jakiś czas zaglądamy tam. Tutaj można obejrzeć filmik zmontowany ze zdjęć zrobionych podczas wizyt w Akwarium w minioną niedzielę oraz 3 lata temu. A tutaj jednego z mieszkańców Tufted Puffin (Fratercula cirrhata) zażywającego kąpieli.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy Alsea Falls - to jedno z tych miejsc, do którego lubimy zaglądać. Kilka zdjęć w tym wpisie. 

Podczas spaceru zrobiłam to zdjęcie:





Zieleń o tej porze roku ma właśnie ten soczysty odcień.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Dzień Matki

poniedziałek, 10 maja 2010 20:09

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Matki

Już w piątek dostałam od Smyka laurkę zrobioną w przedszkolu. 
Na okładce, w różowym sercu wypisany był wierszyk:


You take care of me, like a tender young plant.
You give me good roots.
You feed me.
You give me water each day.
You let me out in the sunshine.
When I go to places, you make sure it's
the right environment for me to grow.
You weed out the bad things.
Some day I will grow strong
and blossom into an adult.
Thank you for nurturing me.


a w środku laurki taki oto obrazek:





Smyk własnoręcznie napisał jedynie swoje imię, choć jak widać obsypał mnie za to literkami A.

A ogródek obdarował mnie w tym dniu pierwszymi różami:









Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Urodziny mamy

czwartek, 08 kwietnia 2010 22:23


8  kwietnia to urodziny mojej mamy.

Odeszła 9 lat temu. 
Ciągle mi Jej brak. 
W miarę upływu czasu, brak mi Jej coraz bardziej.



Na zdj.: Z mamą, 37 lat temu.







Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Urodziny

poniedziałek, 08 marca 2010 20:19

W piątek zadzwonił do mnie z pracy mąż z pytaniem, co też sobie żona życzy na urodziny. 
Żona zażyczyła sobie kwiaty.

W sobotę rano, zaraz po wstaniu, mąż stwierdził, że nie ma kawy.

Nie ma, bo u nas w domu to mąż parzy kawę a w dni powszednie, kiedy mąż na delegacji, mam kawę w pracy - świerzo zaparzoną tuż przed moim przyjściem, bo jest to pierwszy poranny obowiązek naszej recepcjonistki. 

Mąż żonie nie powiedział że kawa się skończyła, to żona nie kupiła.

No to mąż pojechał do sklepu po kawę.
Przyjechał z kawą i kwiatami:



Na zdj.: Kwiaty od męża


Drugi bukiet był od Smyka:



Na zdj.: Kwiaty od syna


Urodziny mam dopiero dzisiaj, ale obchody przenieśliśmy na sobotę.

Smyk cały dzień śpiewał mi Happy Birthday i nie mogłam go odgonić od tortu, więc w końcu dmuchałam świeczki między zupą a drugim daniem.



Na zdj.: Tort urodzinowy


Udało się znaleźć aż 4 świeczki, a szkoda, bo to pewnie niezłe wyzwanie zdmuchnąć za jednym razem 37 świeczek - jak się uda to na mur beton życzenie urodzinowe musi się spełnić, prawda? 

Już kilka dni wcześniej przyszło kilka kartek urodzinowych od osób, które choć daleko, są mi bliskie. Wśród nich była jedna własnoręcznie wykonana przez Splocika:


Na zdj.: Kartka urodzinowa od Splocika


Do kartki dołączony był wspaniały prezent:



Na zdj.: Prezent od Splocika


O powstaniu tych ślicznych saszetek można poczytać tutaj. Kwiatuszki i motylki usadowiły się w okienku drzwi wejściowych:



Na zdj.: Motylki i kwiatuszki w okienku drzwi wejściowych


Do jednej z kartek były dołączone rysunki moich siostrzenic. Rysunki są z podtekstami:



Na zdj.: Rysunek od Kasi


O ile rysunek powyżej jest łatwy do rozszyfowania, o tyle ten poniżej kryje w sobie mały sekret znany tylko... Pszczółkom i Motylkom.



Na zdj.: Rysunek od Julii


Oba rysunki wzbudziły żywiołową rekcję pani i pana Motylków.

A tutaj jeszcze można posłuchać jak gra dla mnie urodzinowo mój chrześniak Dominik.

Fajnie mieć takie urodziny, prawda?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Walentynki

wtorek, 16 lutego 2010 18:51

Na zajęciach w przedszkolu dzieci robiły kartki walentynkowe dla rodziców.
Smyk wręczył mi tę wykonaną przez siebie w piątek, kiedy Go odbierałam:



Na zdj.: Walentynka od Smyka


Prawdziwa niespodzianka czakała w środku.
I nie chodzi mi o to, że imię moje dziecko napisało własnoręcznie, bo tym zaskoczył mnie już jakiś czas temu.
Chodzi mi raczej o to jak to imię zostało napisane.



Na zdj.: Walentynka od Smyka - podpis


Jak widać na zdjęciu, Hultajstwu zabrakło miejsca na napisanie całego, dość długiego imienia, więc przeniósł resztę do linijki powyżej, kontynuując pisanie od prawej strony do lewej.
Chwilę musiałam się temu przyjrzeć, zanim załapałam tę smykową metodologię.

A róże, jak łatwo się domyślić, to prezent od męża.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wzruszenie

środa, 16 grudnia 2009 18:28

Ostatnio listonosz przynosi nam sporo przesyłek winnych niż zwykłe listy.
Większość z nich zawiera upominki dla Smyka, co jest szalenie miłe, tym bardziej, że prezenty te są niespodziewane.

Wczoraj listonosz dotarł do nas dość późno, było już ciemno, ale za to JAKI prezent nam przyniósł!

Pomimo adresu wydrukowanego na naklejce, dość szybko zorientowałam się, że to od mojego brata - formularz celny wypełnił własnoręcznie, więc bez sprawdzania nadawcy z tyłu koperty wiedziałam od kogo ta wielka szara koperta.

 A w środku - aż mi mowę odjęło, kiedy zobaczyłam. Polały się łzy wzruszenia.



Na zdj.: Ostatnia (zbiorcz) strona kalendarza


W środku był kalendarz, a każdy miesiąc ozdobiony zdjęciami: trochę Smykowych, kilka fotografii brata, kilka starych zdjęć, jak choćby to sprzed lat ponad trzydziestu przedstawiające mnie i brata na balu karnawałowym w przedszkolu:



Na zdj.: Ja z bratem w przedszkolu


Ależ mnie ten mój kochany brat zaskoczył! I nawet kartkę świąteczną dołączył - wypisaną własnoręcznie! Ci, którzy znają Kubę wiedzą, że do pisania kartek nie jest skory, woli zadzwonić, co z resztą czyni dość regularnie.

Boję się tylko, że od tego ciągłego przeglądania kalendarz "zużyje się" zanim zacznie się ten nowy rok...



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Santiam Snow Park

wtorek, 01 grudnia 2009 17:36

W piątek, w wiadomościach podano, że jeden z ośrodków narciarskich właśnie otworzył swoje stoki dla wielbicieli białego szaleństwa.
W związku z tym, w sobotę wybraliśmy się na śnieżne szaleństwo do Santiam Snow Park, położonego obok tegoż ośrodka narciarskiego miejsca, gdzie można pozjeżdżać na sankach z górki, ulepić bałwana i wyszaleć się na śniegu nie posiadając nart.



Na zdj.: Santiam Snow Park


Górka (na zdjęciu powyżej), specjalnie przystosowana do zjeżdżania na saneczkach, niewielka, o odpowiednim nachyleniu, oddzielona wałem śnieżnym od parkingu. 
Idealne miejsce dla dzieci i przez rodziny z dzieciakami głównie odwiedzane.

Pogodę mieliśmy wymarzoną: kilka stopni na plusie, bezchmurne niebo a do tego metr śniegu pod stopami.
Wdrapaliśmy się na górkę, zjechaliśmy na dół i wróciliśmy do samochodu, żeby pozbyć się kilku warst odzieży. Spokojnie można było biegać w samych swetrach, chodziaż my zosostawiliśmy sobie wiatrówki, rękawiczki i nieprzemakalne spodnie na śnieg.



Na zdj.: Smykowe rysowanie na śniegu


Smyk nie był zbytnio zainteresowany saneczkami, udało mi się go namówić na zaledwie parę zjazdów i to na kilkumetrowym kawałku - dużą górkę "zaliczył" raz z mamą i raz z tatą. Za to wyszalał się na śniegu: stoczyliśmy bitwę na śnieżne kule, zrobiliśmy kilka orłów w śniegu, ulepiliśmy bałwana, rysowaliśmy na śniegu a na koniec tata pomógł Smykowi wygrzebać norkę w śniegu - bardzo przydała się szufla do śniegu, którą zabieramy zimą na wyjazdy w góry.



Na zdj.: Smyk w śniegowej norce


Kiedy ja bawiłam się ze Smykiem, mąż wybrał się na krótki spacer po okolicy. 
Wrócił po 20 minutach zlany potem - wchodzenie po śniegu pod górę jest wszak dość męczące.
Teraz z kolei ja poszłam pooglądać sobie okolicę. W połowie górki musiałam przysiąść na zwalonym pniu i odsapnąć, bo serce chciało mi gardłem wyskoczyć. 
Posiedziałam i pogapiłam się na Mt. Washington:




Na zdj.: Mt. Washington


Odsapnęłam i poszłam jeszcze kawałek dalej, tylko tyle, żeby zrobić kilka ładnych zdjęć:



Na zdj.: Zimowy spacer


Kilka lat temu okolice te spustoszył pożar, kikuty nadpalonych drzew straszą do teraz, chociaż widać już młode drzewka pnące się do góry. Niestety, wiele czasu minie zanim w pełni zastąpią te zniszczone przez pożar.



Na zdj.: Spalony pożarem las


Spacer ten wykończył mnie, czułam jak trzęsą mi się nogi ze zmęczenia. 
Wyszło na to, że straszne z nas cieniarze - kilka minut na śniegu i padamy jak muchy! 
Najszybciej padł Smyk. W drodze powrotnej leżał sobie oglądając książeczkę i zasnął w trakcie przewracania stronicy:



Na zdj.: Smyk śpiący w samochodzie


W domu, po obiadku zmogło męża, a kiedy wstał po drzemce, zmogło i mnie. 
I chociaż jeczcze następnego dnia byliśmy nieco zmęczeni, to i tak bardzo nam się ten wypad w góry podobał i planujemy kolejne - chociaż zgodnie z czarnymi prognozami męża teraz to już ilekroć pojedziemy na sanki to będzie padał śnieg, albo i deszcz...

A tutaj jeszcze króciutki filmik ze zdjęciami z sobotniego wyjazdu na śnieg.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Crater Lake

piątek, 02 października 2009 19:01

Trzeciego, ostatniego dnia wycieczki, pojechaliśmy nad Crater Lake
Dzięki naszemu Milusińskiemu byliśmy tam bardzo wcześnie rano, tuż po dziewiątej.



Na zdj.: Crater Lake.


Crater Lake to jezioro w kraterze wulkanu - jak łatwo się domyślić po nazwie.
Jest to najgłębsze jezioro słodkowodne w USA, w najgłębszym miejscu ma 589 metrów głębokości!
Jest ogromne - 8 km po przekątnej. Nawet obiektywem szerokokątnym trudno uchwycić je w całej okazałości, chyba, że się dysponuje helikopterem.



Na zdj.: Smyk z tatą na tle Crater Lake (Wizard Island w tle).

Oryginalnie nie było w nim ryb, ale gdzieś czytałam, że eksperymentalnie wpuszczono do niego trochę pstrągów. Nie za dużo, bo nie bardzo mają się tam czym odżywiać.

Ponieważ dziecko od rana tryskało energią, trzeba było znleźć dla niej jakieś ujście.
Zatrzymaliśmy się więc na parkingu przy punkcie widokowym, z którego prowadzi szlak na pobliskie wzniesienie Watchman
Na szczycie stoi budynek, w którym dyżurują strażnicy wypatrujący pożarów okolicznych lasów. Przy dobrej pogodzie można dojrzeć z góry zarówno pobliską Kalifornię jak i stan Waszyngton.



Na zdj.: Watchman - widok z parkingu.


Różnica poziomów między parkingiem a szczytem wynosi 108 metrów, ale szlak prowadzi zakosami i ma ok. kilometra a sama trasa nie jest zbyt męcząca. Akurat na możliwości moje i Hultajstwa!

Wprawdzie Smyk jak zwykle próbował szczęścia narzekając jaki to jest zmęczony i tata dał się nabrać, ale dzięki mojej interwencji większość trasy Smyk przebył na własnych nóżkach.



Na zdj.: Widok ze szczytu Watchman'a.


Na górze byliśmy jedynymi turystami, mieliśmy więc cały taras widokowy dla siebie. Kiedy wracając dochodziliśmy już do parkingu, minęliśmy strażniczkę maszerującą na posterunek. Ale tego dnia akurat nic się nie paliło (widzieliśmy z góry), tydzień później dym był tak gęsty, że nie można było dostrzec drugiego brzegu jeziora.



Na zdj.: Widok z Watchman'a na parking.


Pojechaliśmy jeszcze do miejsca, gdzie jest główne zaplecze turystaczne: restauracja, sklepik z pamiątkami, salki z planszami, filmami na wideo i innymi interaktywnymi bajerami. Hultajstwo pobawiło się przyciskając guziczki uruchamiające różne prezentacje a potem jeszcze pospacerowaliśmy po okolicy.

Pożegnaliśmy w końcu piękne błękity (woda w Crater Lake jest niesamowicie czysta, stąd taki cudowny kolor) i rozpoczęliśmy powrót do domu. Ale przecież nie mogliśmy tak po prostu pomknąć najkrótszą drogą, prawda?



Na zdj.: Widok na Wizard Island na Crater Lake.


Najpierw zatrzymaliśmy się nad Diamond Lake. Kiedyś wpuszczono do niego ryby Tui Chubs, które tak się namnożyły, że wytępiły niemal wszystkie inne zwierzęta oryginalnie żyjące w jeziorze. W 2006 roku wytruto je więc, a kiedy w wodzie nie było już trucizny wpuszczono lokalne gatunki. Teraz populacja pstrągów ładnie się już odbudowała i można je łowić (trzeba mieć pozwolenie).



Na zdj.: Wodospad Clearwater Falls.


Do domu wracaliśmy mniej uczęszczaną, węższą, ale za to bardziej malowniczą drogą. 
Po drodze zatrzymaliśmy się nad wodospadami: Clearwater, Whitehorse oraz Watkins.



Na zdj.: Wodospad Whitehorse Falls.


W ciągu tych trzech dni pstryknęłam trochę ponad 300 zdjęć, co i tak wydaje mi się niewiele jak na ogrom tego całego piękna, które dane nam było zobaczyć na własne oczy.



Na zdj.: Wodospad Watkins Falls.


 Na tym kończę zamęczaniem Was opisami naszych wojaży i wracam do zwykłych wpisów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Newburry National Volcanic Monument

czwartek, 01 października 2009 22:17

Tuż po pouszczeniu parkingu High Desert Museum. Hultajstwo zapadło w sen a my pognaliśmy do Newburry National Volcanic Monument.

W kraterze po wulknie, który czynny był jeszcze ok roku 600 naszej ery (ostatni wybuch wulkanu w Oregonie - jak do tej pory) są dwa jeziora: Paulina Lake oraz East Lake. Kiedyś były ze sobą połączone w jeden akwen.

Pospacerowaliśy chwilę nad East Lake, potem pojechaliśmy nad Paulina Lake, a Smyk ciągle smacznie spał.
Pojechaliśmy więc obejrzeć wielkie pole lawy Big Obsidian Flow, o powierzchni 700 akrów, które powstało zaledwie 1300 lat temu. Tutaj króciutki filmi z tego miejsca.




Na zdj.: Big Obsidian Flow.

A Smyk dalej smacznie spał. Czekając na jego przebudzenie poczytałam gazetkę informacyjną, którą dostaliśmy wraz z biletami i zaproponawałam, żebyśmy pjechali na szczyt Paulina Peak - najwyższego zniesienia w okolicy.


Na zdj.: Tabliczka na szczycie Paulina Peak
podająca wysokość n. p. m. (w stopach)


Szutrowa droga na szczyt wije się oplatając zbocze góry i zdecydowanie nie polecam jej osobom cierpiącym na lęk wysokości. Mąż prowadził, nie wiem czy ja bym się odważyła. W końcu dotarliśmy na szczyt i oczom naszym ukazał się widok na całą okolicę.



Na zdj.: Widok z Paulina Peak: Paulina Lake po lewej, East Lake po prawej.


I w końcu Bąbel się obudził.
I musiałam go pilnować, żeby nie spadł mi z urwiska w dół, bo moje dziecię nie zdaje sobie sprawy jak niebezpieczne może się okazać zbyt niesforne brykanie w takim miejscu.

Z góry widać też pole lawy, na którym byliśmy wcześniej:



Na zdj.: Widok z Paulina Peak na Big Obsidian Flow.


Czarne chmury kłębiły się nad nami, ale nie spadła z nich ani jedna kropelka. 
Wisiały niemal tuż nad naszymi głowami dodając grozy niesamowitym widokom. 
Bojąc się, że jednak nas zmoczy (do czego ne doszło), salwowaliśmy się ucieczką na dół.
A tam okazało się, że wcale tak źle nie jest, więc jeszcze pojechaliśmy zobaczyć wodospad Paulina Falls.



Na zdj.: Wodospad Paulina Falls.


Nawet wybraliśmy sić na małą przechadzkę w górę potoku. Szukaliśmy mostku, żeby zobaczyć wodospad z drugiej strony, ale nie udało się nam do niego dojść.


Na zdj.: Wodospad Paulina Falls.


c. d. n.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tartak

środa, 30 września 2009 21:07

Obiecałam wczoraj napisać osobno o tartaku.

Stary, ponad stuletni tartak stanowi część ekspozycji High Desert Museum
Ale tylko w niektóre dni można obejrzeć na żywo jak kiedyś wyglądała w nim praca. 
Udało nam się - trafiliśmy na dzień, w którym tartak był czynny.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


Podobało się całej naszej trójce bez wyjątków. Dość długo staliśmy tam i przyglądaliśmy się, a panowie w czerwonych szelkach bardzo chętnie odpowiadali na wszystkie pytania i objaśniali co trzeba.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


Oczywiście zrobiłam sporo fotek  a nawet nakręciłam film, niestety nie mogę go przerzucić z aparatu na komputer, więc póki co film nie mojego autorstwa, ze strony muzeum: tutaj.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


I jeszcze obiecna druga część zdjęć z muzeum: tutaj.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.



Na zdj.: Ponad stuletni tartak w High Desert Museum.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

High Desert Museum

wtorek, 29 września 2009 20:37

Drugiego dnia naszej wycieczki, z samego rana wybraliśmy się do High Desert Museum w Bend.
Ponieważ nasz Bąbel zadbał o wczesną pobudkę, byliśmy na miejscu 5 minut po otwarciu.



Na zdj.: Rzeźba u wejścia do muzeum.


Usiłowałam znaleźć tłumaczenie terminu  high desert, ale nie udało mi się. Wydaje mi się jednak, że jest to rodzaj półpustyni.
Tak wygląda połowa Oregonu na wschód od Gór Kaskadowych.

Muzeum dzili się na kilka części.
W środku budynku obejrzeliśmy eksponaty przedstawiające życie Indian, którzy zamieszkiwali te tereny zanim zostali wymordowani przez białych. 
Sporo gablot i eksponatów z czasów przybycia na te tereny białych osadników. Przy wejściu na przykład stoi sobie taki oto dyliżans:




Na zdj.: Dyliżans w holu muzeum.

Jest też kilka pierwszych samochodów, między innymi Ford  z korbą z przodu.

Ale to nie koniec atrakcji. W innym skrzydle muzeum przedstawiono wygląd oregońskiej półpustyni łącznie z przykładami fauny w pięknie urządzonych terrariach. Jest tam nawet akwarium z lokalnymi rybami! Niewielkie terraria z mniejszymi zwierzętami sprytnie wkomponowano w budynki sprzed 120 lat i kiedy zajrzałam w okienko szopki, stanęłam oko w oko z wężem...



Na zdj.: Przykład fauny półpustyni.

Słowo muzeum nie oddaje w pełni tego czym jest High Desert Museum. Jest to połączenie muzeum, skansenu, parku i mini ogrodu zoologicznego.

Po wyjściu z budynku - pięknie i z wielką dbałością urządzona część zewnętrzna. 
Potok poprowadzony tak, że co jakiś czas przechodzimy nad nim mostkiem, rośliny posadzone tak, że mamy przekrój tego, co można tutaj znaleść w naturze. Gdzieniegdzie ustawione rzeźby zwierząt z opisami, takie jak na pierwszym zdjęciu.
Woda potoku zasila basen - część terrarium wydry, która niestety spała sobie w swojej norce i nie miała ochoty wystawić z niej nosa - może było jeszcze zbyt wcześnie? 
No to poszliśmy dalej aż zawędrowaliśmy do indiańskiego tipi:



Na zdj.: Tipi.

Potem doszliśmy do rancza osadników sprzed 120 lat. Jest tam i niewielka chata, i piwniczka, i budynki gospodarskie łącznie z kurami na ogrodzonym wybiegu.



Na zdj.: Chatka osadników sprzed 120 lat.


Jest koral dla koni zrobiony z witek wierzbowych oraz... wychodek z okienkiem w kształ księżyca (bardzo zainteresował Smyka) oraz stary tartak.
Więcej o tartaku będzie następnym razem.



Na zdj.: Wnętrze chatki osadników.

Idąc dalej dróżką dochodzimy do budynku z lokalnymi ptakami drapieżnymi: sowami, jastrzębiami i orłami. Mają one tutaj swoje terraria (sowy w środku budynku, pozostałe na zewnątrz). Myślałam, że nie odciągniemy Hultajstwa od sów, tak mu się podobały.


Na samym końcu trasy jest mini plac zabaw dla dzieci urządzony w duchu muzeum. 
Są dość grube rury pod stertą piachu, przez które dzieci mogą przeczołgać się na drugą stronę, ale ja skierowałam Smyka w stronę pajęczyny:



Na zdj.: Smyk na pajęczynie w muzeum.

W piaskownicy można pobawić się w paleontologa i za pomocą leżących obok łopatek i szczotek odkopać szczątki zwierząt (są one wmurowane, więc nie można zabrać swojego znaleziska ze sobą).



Na zdj.: Kości czekające na swego odkrywcę w piaskownicy w muzeum.

Tego dnina w muzeum czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: pokaz mustangów. 
Koni, nie samochodów.



Na zdj.: Mustang.

Smykowi bardzo się one podobały, odważył się nawet jednego pogłaskać bez strat w paluszkach.

Jeżeli ktoś ma ochotę obejrzeć więcej zdjęć z muzeum, to tutaj znajdzie pierwszą część z podkładem muzycznym. Będzie i część druga, ale dopiero jutro.

Wizyta w High Desert Museum tak wyczerpała Hultajstwo, że zaraz po wyjeździe z parkingu zasnął słodkim snem a my pomknęliśmy dalej, o czym
c. d. n.



 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Smith Rock

poniedziałek, 28 września 2009 5:59



Smyk smacznie spał a my dojechaliśmy do Smith Rock National Park.

  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River

Smith Rock to miejce narodzin współczesnej amerykańskiej wspinaczki skałkowej. Nawet Hultajstwo spóbowało się powspinać, asekurowane przez tatę. 


Na zdj: Hultajstwo na ścianie. 


Ale i dla zwykłych śmiertelników, nie przepadających za dyndaniem na linie przy pionowej ścianie jest tu ciekawie. Kilka wspaniałych szlaków, chłodna woda w rzeczce...


  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River


Pięć lat temu ambitnieprzeszliśmy najtrudniejszym szlakiem. Tym razem ze względu na obecność Hultajstwa, pospacerowaliśmy głównie po płaskim, wzdłuż Crooked River, zwłaszcza, że żar lał się z nieba.


  
Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



W Smith Rock latem są temperatury  jak w pobliżu pieca w hucie. Kiedyś byliśmy tu pod koniec października i też było ponad 30 stopni Celcjusza.


Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



Znaleźliśmy sobie zacienione miejsce z dojściem do rzeczki i baraszkowaliśmy sw wodzie podziwiając takie widoki jak na zdjęciach powyżej i poniżej. Samo dojście w to miejsce a potem powrót do samochodu w tym upale tak nas wykończyło, że w sumie dobrze, że nie wybraliśmy się na żadną ambitniejszą trasę. 


Na zdj.: Smith Rock National Park & Crooked River



A tutaj jeszcze link do bardzo króciutkiego filmiku ze Smith Rock. 
c. d. n.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Dee Wright Observatory oraz Sisters

piątek, 25 września 2009 19:35

W piątek, tydzień temu, wzięliśmy z mężem dzień wolnego i urządziliśmy sobie mini wakacje, czyli wyjechaliśmy na trzy dni.

Wyruszyliśmy na wschód, na drugą stronę Gór Kaskadowych.

Pierwszy przstanek: Dee Wright Obserwatory, położone na przełęczy McKenzie, na drodze Nr 242. 
Droga 242 to stara droga, którą podróżowali do Oregonu pierwsi osadnicy. Jest bardzo wąska i kręta i odkąd wybudowaną nową drogę przez inną przełęcz, ta jest zamykana jesienią do czasu aż stopnieje na niej śnieg, czyli przeważnie do czerwca. 
Widoki są zabójcze, ale nie polecam osobom z lękiem wysokości. Od tych wszystkich zakrętów zawsze robi mi się niedobrze i z ulgą witam przerwę w podróży przy obserwatorium.



Na Zdj. Smyk z tatą na schodach prowadzących do Obserwatorium Dee Wrigh 
oraz samo obserwatorium,


Obserwatorium położone jest na wysokości 1730 m.n.p.m. a wybudowano je w czasie Wielkiego Kryzysu w ubiegłym stuleciu.
Nazwa - na cześć kierownika odpowiedzialnego za budowę obserwatorium.

Obserwatorium położone jest na ogromnym polu lawy - wokół nic tylko zwały skał wulkanicznych tak ostrych, że można zniszczyć buty doszczętnie.
Skały te posłużyły do budowy obserwatorium, które składa się z dwóch poziomów.
Górny, to odkryty taras, na środku którego znajduje się mosiężna tablica z nazwami widocznych z tego miejsca wzniesień i strzałkami wskazującymi który to szczyt.



Na zdj.: Widok z jednego z okienek w obserwatorium.


Pod spodem, w ścianach okrągłego pomieszczenia umieszcono okna i okienka różnej wielkości tak sprytnie, że stając przy każdym z nich, widzimy jeden szczyt, dokładnie w środku okna. Żaby wyjrzeć przez niektóre z nich trzeba stanąć na specjalnym stopniu. Przy każdym okienku znajduje się tabliczka z nazwą oraz wysokością wzniesienia.

Wokół obserwatorium, przez pole lawy prowadzi wyasfaltowany szlak, więc można sobie pospacerować w tym księżycowym krajobrazie.

Smyk stwierdził, że obserwatorium to "zamek" i tak się wyszalał po schodach, że zaraz po odjeździe z tego miejsca zasnął, choć było to dopiero południe.

A my pojechaliśmy dalej. 
Ponieważ do następnego miejsca mieliśmy już niedaleko, więc zatrzymaliśmy się po drodze w miasteczku Sisters.
Tata został w samochodzie ze Smykiem i też uciął sobie drzemkę, a ja pospacerował po Sisters i pstryknęłam kilka fotek. Można je zobaczyć tutaj.



Na zdj. Metalowy kogut na dachu jednego z domów w Sisters.


c. d. n.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nad rzeką

środa, 26 sierpnia 2009 20:18

W minioną niedzielę wybraliśmy się na krótką wycieczkę nad rzekę McKenzie. 
To z niej mamy wodę w kranie a jest to jedna z lepszych wód w USA pod względem jakości.

Celem wycieczki nie było leniwe leżakowanie na brzegu, ale poćwiczenie zastanych mięśni.

Zaczęliśmy od jednego z ulubionych naszych miejsc, czyli od wodospadu Sahalie, w pobliżu którego zaparkowaliśmy samochód.



Na zdj.: Wodospad Sahalie


Wzdłuż urwistego brzegu rzeki prowadzi wąską dróżką szlak. Można udać się w górę biegu rzeki, np. do jeziora Clear Lake, albo w dół, tak jak to zrobiliśmy tym razem.

Po drodze szumiała nam dość głośno kipiel McKenzie a my rozkoszowaliśmy się widokiem krystalicznie czystej wody.



Na zdj.: Rzeka McKenzie


Wkrótce dotarliśmy do kolejnego wodospadu: Koosah Falls. 



Na zdj.: Wodospad Koosah


Smykowi najbardziej podobała się tęcza - na szczęście nie usiłował dotrzeć do jej końca. 



Na zdj.: Smykowa "Tęcza"


Dotychczas stąd wracaliśmy do punktu wyjścia, ponieważ spacer wzdłuż McKenzie stanowił tylko część dłuższego wyjazdu.

W niedzielę poszliśmy jeszcze dalej w dół rzeki, aż do sztucznego zbiornika Carmen.




Na zdj.: Carmen Reservoir


Tam zabawiliśmy chwilę i rozpoczął się powrót. 
Niestety Smyk był już zmęczony i tata musiał go nieść przez większość drogi.

Potem pojechaliśmy jeszcze nad pobliskie jezioro Big Lake. Hultajstwo zasnął w samochodzie a kiedy zaparkowaliśmy nad wodą, tata myszkował sobie po okolicy a ja wybrałam sobie miejsce z widokiem na lustro wody, wyciągnęłam druty i oddałam się relaksowi w promieniach popołudniowego słońca.

PS
Więcej zdjęć znad McKenzie można obejrzeć tutaj (z podkładem muzycznym.)



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Smutna rocznica

wtorek, 04 sierpnia 2009 21:23


Już od roku nie ma z nami Werki, autorki: 





Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dzień Matki

piątek, 08 maja 2009 17:48

W przedszkolu, pod okiem pań, dzieci przygotowały prezenty dla swoich mam - w najbliższą niedzielę obchodzimy tutaj Dzień Matki.

 

W tym roku, zamiast typowej laurki, dostałam od Smyka takie coś:

 

 

Smyk sam nakleił literki tworzące wyraz „MOM" , pani jedynie wskazała Mu w jakiej kolejności.

 

Pod wyrazem „MAMA" - wierszyk:

 

Sometimes you get discouraged

Because I am so small

And always leave my fingerprints

On furniture and walls.


But every day I'm growing -

I'll be grown some day

And all those tiny handprints

Will surely fade away.


So here's a little handprint

Just so you can recall

Exactly how my fingers looked

When I was very small.


Wolne tłumaczenie:

 

Czasami się zniechęcasz

Bo jestem taki mały

I ciągle zostawiam odbicia paluszków

Na meblach i ścianach.


Ale rosnę z każdym dniem

I pewnego dnia dorosnę

A te wszystkie maleńkie ślady

Z pewnością znikną


Oto więc małe odbicie rączki

Żebyś pamiętała

Dokładnie jak wyglądały moje paluszki

Kiedy byłem bardzo  mały.


 

A na wierszyku odbicie dłoni Smyka. Słodkie, prawda?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Friends

czwartek, 23 kwietnia 2009 17:53

Wczorajszy dzień wypełniony był bardzo miłymi niespodziankami.

Napierw natrafiłam w komentarzach na informację od Maknety na temat wyróżnienia "Friends".
Kilka godzin później takie samo wyróżnienie otrzymałam od Splocika.
I od Uli.
A na koniec, przeglądając blogi, na które wpadam dość regularnie, choć nie codziennie, okazało się, że zostałam też wyróżniona na czwartym blogu (Guzik z pętelką).

Szalenie mi miło. Trudno to wyrazić słowami - nie ma daru ubierania uczuć w słowa.





Teraz powinnam wybrać osiem blogów/osób, które chciałabym wyróżnić. 
Od wczoraj nad tym myślę i mam mały problem. Blogów, na które chętnie zaglądam jest koło setki. Niektóre odwiedzam częściej, inne rzadziej, wiedząc, że ich autorzy nie dają częstych wpisów. Ale przecież nie chodzi o kopiowanie mojej listy "Ulubionych".

Skupiłam się  więc na słowie FRIENDS. Jest kilka takich osób, które są mi szczególnie bliskie, z którymi utrzymuję kontakt pozablogowy, które wprawdzie wiedzą, że je bardzo lubię, ale uważam, że nigdy dość mówienia tego na głos.

Moje, już od dawna nie tylko wirtualne przyjaźnie, za które jestem wdzięczna wirtualnemu światu, to (alfabetycznie):


serce   Makneta 
serce  Poziomka 
serce  Splocik 
serce  Ullak 


Dziewczyny, cieszę się, że jesteście, że Was "mam"!




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mama

środa, 08 kwietnia 2009 17:47

Dzisiaj skończyłaby 60 lat.


Na zdj. Moja mama opierająca się o brzozę.

Tak bardzo kochała brzozy...



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Happy Birthday Mamusia

poniedziałek, 09 marca 2009 16:56

Dzisiaj króciutki wpis pourodzinowy.

Bardzo dziękuję za życzenia wszystkim tym, którzy pamiętali - nie ważne w jakiej formie życzenia do mnie dotarły - wszystkie sprawiły mi ogromną radość.

Ale najbardziej wzruszył mnie prezent, jaki orzymałam od Smyka: wyśpiewał dla mnie, i to kilka razy Happy Birthday.
Udało mi się nawet jeden występ uwiecznić i dzielę się dzisiaj z Wami tym wzuszającym okruchem:



Tak prawdę powiedziawszy to odtwarzam ten filmik raz za razem i nie potrafię skupić się na niczym innym.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Nad oceanem zimową porą

poniedziałek, 19 stycznia 2009 18:54

W sobotę wieczorem obejrzeliśmy w TV prognozę pogody na niedzielę.
Głosiła ona, że w niedzielę, mimo słonecznej pogody, ma u nas być maksymalnie +3 stopnie Celcjusza. Nad oceanem prognozowano +15 stopni, więc postanowiliśmy się wybrać tam gdzie ciepło.

Nie wyruszylilśmy z samego rana, bo Smyk skarżył się, że boli go brzuszek. Ponieważ nie miał gorączki i nie wyglądał na chorego, zaczekaliśmy aż problem sam opuści układ trawienny jedną czy drugą stroną, a kiedy już się tak stało - pojechaliśmy.

Hultajstwo drogę przespało.

A na miejscu czekała na nas piękna słoneczna pogoda, lekki wietrzyk, błękitne niebo, spieniony ocean i piaszczysta plaża. Na naszej wysokości ocean jest dość kapryśny i łatwiej tutaj o mgłę i deszcz niż o takie warunki.



Przezornie zabrałam dla Smyka gumowce, więc mógł sobie pobiegać po płytkiej wodzie. Największa frajda to podchodzić jak najbliżej wody a kiedy nadciąga fala uciekać ile sił w nogach. Nawet nie nalało się do środka butów - o dziwo!



Jak już Hultajstwo się wybiegało, przenieśliśmy się na wydmy, po których tutaj można bez ograniczeń spacerować, i które ciągną się dość mocno wgłąb lądu zanim zacznie się lasek rododendronowy. 



Budowaliśmy zamki z piasku, kopaliśmy doły i fosy. Chociaż nie zabraliśmy łopatki nie narzekaliśmy na brak narzędzi - na plaży można znaleźć sporo dużych muszli i odpowiednio szerokich patyków. Wyrzucone na brzeg pnie drzew posłużyły Smykowi za ścieżkę zdrowia. Niektóre z tych pni mają piękną fakturę drewna:



Napatrzeć się nie mogłam!

Na jednym z takich ogromnych pni urządziliśmy sobie piknik: kanapki i herbatka z termosu na lunch w oślepiających promieniach południowego słońca. 

Potem jeszcze tata odkrył kilka sadzawek z deszczówką - zadziwiająco czystą, i znowu Hultajstwo miał używanie. A z nim i tata. Znaleźli też sobie odpowiednie kije i walczyli na miecze, które się w końcu połamały.

Do domu wróciliśmy okrężną drogą, trasą, którą jeszcze nigdy nie jechaliśmy. Po drodze mijaliśmy kilka ładnych i ciekawych miejsc wartych odwiedzenia w przyszłości. A Smyk był przez cały dzień tak grzeczny, że aż trudno w to uwierzyć. W nagrodę idziemy dzisiaj do kina.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Winter Wonderland

piątek, 26 grudnia 2008 17:16

I po świętach.

A same święta choć krótkie, to były bardzo miłe.
I tylko raz się zdenerwowałam. W Wigilię, kiedy ja wszystko przygotowywałam do wieczerzy, Hultajstwo dopadło rolkę po papierowych ręcznikach. Nasadził ją na kran w kuchni tak, że drugi koniec wystawał poza zlew.
Odkręcił wodę.
Poleciaaaałooo na podłogę.
Nie przewidywałam już mycia podłóg, ale musiałam nieco zmodyfikować plany.

Mimo to, aniołek widać uznał, że Smyk był grzeczny i przyniósł mu prezent, a w zasadzie kilka prezentów.
Hultajstwo dorwało się do nich i otwierało każdy po kolei nie bacząc czy to dla niego czy dla rodziców.
Przystopował dopiero przy śmieciarce.
Tak, bo Hultajstwo dostało od aniołka śmieciarę!

Ach ten zachwyt na buzi dziecka! Lepiej aniołek nie mógł trafić! 
Resztę wieczoru poświęciliśmyna produkcję śmieci, które wkładaliśmy do małego kosza na śmieci a potem Smyk w roli operatora śmieciarki specjalnym podajnikiem podnosił kosz na śmieci do góry i kiprował do wnętrza śmieciarki.

Nawet spał czule obejmując śmieciarkę...

Tutaj zdjęcia z bożonarodzeniowego poranka - Hultajstwo jeszcze w piżamce, ale śmieciary nadal nie wypuszcza z objęć:


Nawet zabrał ją ze sobą w góry!

Ponieważ nie wybieraliśmy się do nikogo, ani nikt nas nie odwiedzał w Boże Narodzenie, wybraliśmy się, tak jak w zeszłym roku w góry, na śnieg.

A w górach pięknie jak w bajce:

  

Załadowaliśmy Smyka na sanki i poszliśmy na spacer. Hultajstwo zajadał śnieg i lizał sople, a ja mam dzisiaj zakwasy na nogach. Ale chyba lepsze zakwasy niż ból żołądka z przejedzenia...

Potem zaczęło mocno wiać i sypnęło śniegiem, więc przenieśliśmy się nieco niżej, nad Clear Lake:


Między drzewami było cicho i spokojnnie a oprócz nas była tam tylko jeszcze jedna rodzinka. Z drogi dojazdowej urządziliśmy sobie tor saneczkowy i poszaleliśmy troszkę biorąc ostro zakręty i zatrzymując się w zaspach do pasa.

Hultajstwo zażyczyło sobie kopać tunel. Tata wyciąnął z samochodu łopatę i chłopaki zabrali się do roboty. Smyk pokopał tylko troszkę, ale załapał się na fotkę:


Potem pałeczkę przejął tata. Kopali, kopali, ale nie dokopali się do końca zaspy i skończyło się na dość głębokiej jamie, do której wchodzili na zmianę (Smyk stwierdził, że to jego domek). 
A ja w tym czasie obserwowałam sobie kaczki na jeziorze i ucztujące ptaszki:


Ponieważ narobiłam sporo zimowych zdjęć, wystarczyło ich na oprawę graficzną do zimowej piosenki. Poniżej Winter Wonderland ze zdjęciami z naszej wczorajszej wycieczki w góry. Miłego oglądania!




PS
Planujemy kolejny wyjazd na biały puch w sobotę!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Choinka

poniedziałek, 22 grudnia 2008 19:58

W sobotę pojawiła się u nas długo wyczekana choinka.

Dlaczego już w sobotę a nie w Wigilię, jakt to jest w zwyczaju?
W Wigilię idę jeszcze do pracy i wolałam mieć pod kontrolą akcję ubierania choinki.
I nie o aspekt estetyczny tu chodzi - niech sobie będzie ozdobiona jak tylko się to moim panom podoba.

To może napiszę jak to było w sobotę i niech to będzie odpowiedzią na pytanie DLACZEGO.

Tata został oddelegowany do zajęcia się choinką.
Ponieważ lało jak z cebra (i nadal leje, i tak ma lać przez najbliższy tydzień), tata wymknął się z domu cichcem i pojechał kupić drzewko sam, bez Hultajstwa.
Potem razem już osadzili drzewko w stojaku, poprzycinali niektóre gałązki i choinka została wniesiona do domu.

Przyniosłam dwa kartony ozdób choinkowy, do których z miejsca przyssał się Smyk i zaszyłam się w kuchni przy produkcji uszek do barszczu.

Hultajstwo dopadło pudełko z drewnianymi zabawkami na choinkę kupionymi latem na yard sale, usadowił się wygodnie na podłodze i zaczłą przysrtrajać choinkę.



Tata zabrał się za zakładanie światełek i gwiazdki na czubek choinki. 

Kiedy kończyłam lepić uszka, zarówno gwiazdka jak i światełka już radośnie mrugały z choinki, wszystkie przedłużacze zostały odnalezione, podłączone i dyskretnie pochowane tak, żeby się o nie nie potykać. I w tym momencie zapał męża gdzieś się zapodział a mąż zapadł się w miękkości kanapy przed telewizorem i na tym skończyło się ubieranie choinki w jego wykonaniu.

Zostawiłam lepienie uszek i przejęłam pałeczkę. Po kolejnej półgodzine znudziło się też i Hultajstwu i zabrał się za bardzo przemyślane przeszkadzanie.
2 godziny i 10 (potłuczonych) bobek później choinka była już przystrojona:



A mi zostało tylko posprzątać ten cały bałagan jaki się przy okazji (i wybitnej  pomocy Hultajstwa) zrobił, dokończyć lepienie uszek i posprzątać kuchnię. Bez presji czasowej zrobiłam to wszystko i nawet się nie zdenerwowałam (chociaż przy okazji dowiedziałam się, że program telewizyjny na kanale dziwiątym kończy się o północy...) Obawiam się, że w Wigilię tak pięknie by nie było i dlatego choinkę mamy już od soboty. 

Uszka też, chociaż musiałam je zakamuflować na samym dnie zamrażalnika, bo mi je zaczął Smyk wyciągać i jeść takie zamrożone.

Wczoraj też upiekłam ciasta i teraz zastanawiam się gdzie je schować przed mrówkami i samą sobą...

W Wigilijny wieczór pojawi się na moim blogu filmik choinkowy. Z racji różnicy w czasie mogę się zabawić w aniołka i dostarczyć prezencik pod choinkę (u mnie  wdomu prezenty pod choinkę przynosił aniołek),




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wyróżnienia

czwartek, 18 grudnia 2008 17:58

Mój blog został ostatnio wyrtóżniony, i to dwukrotnie przez Splocika wyróżnieniami:  
I love your blog oraz Uber Amazing Blog
Te wyróżnienia sprawiły mi sporą przyjemność, bo świadczą o tym, że Splocik lubi tu do mnie zaglądać,czytać i oglądać, dobrze się czuje w Okruchach. Mam nadzieję, że nie tylko Splocik.

 

Zasady przyznawania wyróżnienia skopiowałam z wpisu u Splocika, a  są one następujące:


Wyróżnienie jakiegoś bloga nie należy traktować jako zabawę i nie należy przyznawać go na zasadzie "bo kogoś lubię" lecz jako przemyślaną nominację.

Nagroda - wyróżnienie, "Uber Amazing Blog", przyznawana jest blogom, które:

- inspirują Cię;
- sprawiają, że uśmiechasz się / śmiejesz się;
- przedstawiają zdumiewające, niesamowite informacje;
- mają dużo do poczytania;
- zawierają zdumiewające projekty;
- są jakieś inne powody, dla których sądzisz, że są niesamowite.

Zasady przyznawania nagrody-wyróżnienia są następujące:

- należy umieścić logo na swoim blogu;
- należy wyznaczyć przynajmniej 5 blogów (może być więcej), które są dla Ciebie Uber Amazing (Super Zdumiewające)
- należy powiadomić wyróżnionych, że otrzymali nagrodę Uber Amazing Blog, przez wpisanie komentarza na ich blogach;
- podać link do bloga i osoby, która otrzymała nagrodę-wyróżnienie od Ciebie. 

Wyróżnienie otrzymałam już jakiś czas temu, ale przyznam, że miałam poważny problem z wybraniem Super Zdumiewających blogów, bo takich, które mnie inspirują, bawią, zadziwiają czy zdumiewają jest sporo.

Moje nominacje (porządek alfabetyczny):


 

@)-->-->--                    @)-->-->--                    @)-->-->--

 

 

Wyróżnienie I love your blog, również przyznane przez Splocika.

 

Tym razem sprawa jest łatwiejsza, bo mam podać 7 blogów, które uwielbiam

Jak już pisałam, jest wiele blogów, na które lubię zaglądać, choć ostatnio już powoli zaczyna brakować mi czasu na komentowanie, ale jest kilka wśród nich, które lubię najbardziej i zaraz z rana pędzę sprawdzić czy nie ma jakiegoś nowego wpisu:

 

Dzień po dniu

Karri Angel

Marudniasty

Poziomka w Mieście

Splocik


 

Jest też jeden blog, na którym od jakiegoś czasu nie pojawiają się nowe wpisy, i już się nie poajwią. Dodawane  mimo to komentarze świadczą o tym, że nawet w wirtualnym świecie można stać się sobie bardzo bliskim.  Ten blog to blog Werki.

 

6 blogów, i niech tak pozostanie. Trudno mi zdecydować się na wybranie jednego spośród tylu lubianych przeze mnie.

 

Splociku, jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za przyznane mi wyróżnienia!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Tam

piątek, 31 października 2008 17:54

Już od kilku dni myślami jestem tam, przy grobie moich rodziców:



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jesienna wycieczka

poniedziałek, 27 października 2008 19:00

Już od dość dawna nie wybraliśmy się w weekend na żadną wycieczkę. 
Ciągle coś stawało na przeszkodzie: a to jakieś choroby, a to brak odpowiedniej pogody, a to tata pracował.

W minioną sobotę niemal wszystkie warunki zostały spełnione (tylko mama była jeszcze trochę słabowita), więc pojechaliśmy na jesienną wycieczkę.

Z domu wyruszyliśmy dość późno, bo dopiero w południe, kiedy już słonko przegnało poranne mgły i wysuszyło rosę.

Najpierw jechaliśmy malowniczą drogą wśród złotych pagórków:



Potem zaparkowaliśmy niedaleko kempingu, który o tej porze roku jest zamknięty a samochodom drogę zagradza brama. Dzięki temu asfaltowa alejka wysłana jest opadającymi liśćmi, których nieliczni turyści nie są w stanie rozdeptać. 
Kolejnych kilkaset metrów przeszliśmy po miękkim dywanie z brzozowych liści:



W końcu dotarliśmy tam, dokąd zmierzaliśmy, czyli do wodospadu Alsea:



Trochę zabawiliśmy nad potokiem Alsea, na którym to znajduje się wodospad na zdjęciu powyżej, ponieważ woda to żywioł Smyka, i nie odpuścił okazji połowienia ryb i pogrzebania kijem w wodzie. Starał się wielce wpaść do wody, lub chociaż zamoczyć buciki, ale rodzice upilnowali i tym samym pozbawili go tej przyjemności.

Kiedy już cała rodzinka trochę przewietrzyła płuca i zmęczyła nóżki, wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej. Rodzice podziwiali bogactwo kolorów jesieni, Hultajstwo spało:



Po trochę ponad godzinie dotarliśmy nad ocean, do miejscowości  Newport. 
Najpierw pojechaliśmy na obiadek do chińskiej restauracji. Smyk postanowił sam przyrządzić sobie przysmak: ryż na talerzyku posypał grubą warstwą cukru, zużywając połowę zawartości dość sporej cukierniczki, a potem z apatytem spałaszował te pyszności. Tylko pić mu się potem bardzo chciało.

W Newport pospacerowaliśmy po turystycznej uliczce, pooglądaliśmy sklepy z pamiątkami, zwiedziliśmy Undersea Gardens, czyli takie małe podwodne zoo prezentujące faunę typową dla naszej części Pacyfiku. Załapaliśmy się nawet na pokaz: płetwonurek po kolei brał w ręce różne morskie zwierzątka i bawił się z krabami i innymi żyjątkami, a my staliśmy po drugiej stronie szyby i oglądaliśmy pokaz, słuchając komentarza pani narratorki. 

Na koniec jeszcze spędziliśmy chwilkę na pomoście słuchając i oglądając foczki (albo raczej lwy morskie sądząc po rozmiarach)  wygrzewające się w resztkach popołudniowego słońca:



Udało mi się też zrobić ładne zdjęcie mostu łączącego brzegi zatoki Yaquina:




Robiło się już późno a my mieliśmy w planach jeszcze plażę. Nie o opalaniu czy kąpieli myśleliśmy oczywiście. Po prostu nie można nie  przespacerować się plażą będąc nad oceanem.

Mieszkamy w Oregonie już 4 lata i pierwszy raz byliśmy na plaży tak późno, niemal o zachodzie słońca:



Kiedy wróciliśmy do domu było już zupełnie ciemno. Po drodze oglądaliśmy ze Smykiem gwiazdy na czarnym niebie. 

Miary Smykowego szczęścia dopełnił dźwięk klaksonu niosący się echem po tunelu, przez który przyszło nam przejechać w drodze powrotnej.

Z prognozy pogody wynika, że załapaliśmy się na ostatni taki piękny jesienny weekend. Teraz z każdym dniem ma być chłodniej a od przyszłej soboty ma zacząć lać.





Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Wygrałam!

piątek, 03 października 2008 21:01

Niedawno, 15 września, blogowi Splocika  stuknęł a trójeczka. 

Z tej okazjij Splocik ogłosiła konkurs - należało zgadnąć ile wykaże licznik w rocznicowym dniu. Żeby było trudniej, to licznik jest normalnie ukryty, więc trzeba było strzelać!

Początkowo miałam nie brać w konkursie udziału, bo wstyd się przynać, ale nie wiedziałam jak zrobić zrzut ekranu (na mojej klawiaturze nie ma odpowiednigo klawisza) poza tym źle spojrzałam na kalendarz i byłam przekonana, że zrzutu ekranu należy dokonać w niedzielę a mój domowy komputer był już zepsuty, więc i tak nic z tego.

Drugie się wyjaśniło, rocznica wypadała w poniedziałek, nie w niedzielę. A z pierwszym jakoś sobie poradziłam.

Teraz zostało jedynie zgadnąć jak też może wyglądać ta cyferka.

Postanowiłam być dowcipna i  posłałam taki typ:

654321

I wygrałam! Strzeliłam najblliżej!

A wczoraj pojechaliśmy ze Smykiem na pocztę odebrać nagrodę - niespodziankę.

Nagrodę odebrał z rąk pana w okienku Smyk i nie puścił koperty aż doszliśmy do samochodu. I pewnie wogóle by mi jej nie oddał, gdyby nie to, że nie mógł sobie sam poradzić z otwarciem. Nie wiem, które z nas pierwsze zajrzało do środka, ale oboje równie głośno zawołaliśmy Ooooo!, kiedy naszym oczom ukazała się zawartość:


Przód igielnika


Tył igielnika

To własnoręcznie, pięknie wyhaftowany przez Splocika igielnik z motylkami! 
Na dodatek zamykany na guziczek, żeby utrudnić Smykowi dostęp do igiełek.
Piękny, prawda?

Do nagrody dołączony był też bardzo serdeczny, pełen ciepłych słów list oraz upominek dla Hultajstwa, na widok którego oczy zajaśniały mu nieziemskim blaskiem:


Kolorowanka dla Smyka

Taka nagroda lepsza od wygranej w totka!

Dziękuję Splociku!
serce


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zaduma

poniedziałek, 11 sierpnia 2008 18:31



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Werka

sobota, 09 sierpnia 2008 23:37

Werka.

Autorka fantastycznych tekstów na blogu

"Skąd jestem, dokąd idę, i ile mam jeszcze czasu?"

odeszła.

4 sierpnia, tętniak.

Nie sądziłam, że można kogoś znanego jedynie wirtualnie tak polubić.

Nie uwierzyłabym - do dzisiaj.

Teraz już wiem, że można.

Werka, szkoda, że tam dokąd poszłaś nie ma dostępu do sieci...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wspomnienie

środa, 18 czerwca 2008 19:59
To mama nauczyła mnie robić na drutach.
Na zdjęciu - moja mama z dowodem rzeczowym w dłoniach. Dwa pozostałe dowody na latoroślach obok: mój młodszy brat w czerwonym sweterku wydzierganym przez mamę oraz ja, także w sweterku mamy produkcji.
Zdjęcie zrobione u babci, rok 1980, może 1981, niestety nie ma adnotacji na odwrocie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Skakanka

czwartek, 05 czerwca 2008 22:50
Porządkując szafy znalazłam skakankę.

Napłynęły wspomnienia z dzieciństwa.

W wieku 5-7 lat skakałam z mamą na skakance. 
Która więcej, dłużej, do skuchy (tak to się chyba nazywa).

Moja mama miała niezłą kondycję, przeskakiwała po kilkaset razy! 
Ja nie byłam dużo gorsza, w przeciwieństwie do teraz.

Wyszłam ze skakanką na taras.
Wymiękłam po 50 podskokach...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ulotne chwile

piątek, 23 maja 2008 20:28
Siedzę sobie na schodkach przed domem i patrzę jak mąż kosi trawnik, a wokół niego biega Smyk. Staje kilka metrów przed mężem na trasie kosiarki a kiedy ta się już zbliża to ucieka z perlistym śmiechem dobiegającym do mnie poprzez hałas. Potem goni kosiarkę lub biega wykoszonymi alejkami. Albo pomaga tacie pchać kosiarkę stojąc między mężem a kosiarką i duma połączona z niewyobrażalnym szczęściem maluje się na jego buźce. A kiedy trzeba opróżnić pojemnik na trawę, pomaga tacie go nieść na kompostownik i tak znikają oboje za rogiem domu. 
A ja sobie siedzę na schodku i popijam herbatkę...

Zza firanki patrzę jak Smyk z tatą sadzą rożowy bez. Tata kopie, Hultajstwo też musi potrzymać łopatę. Razem przywożą dobrą ziemię i wsypują do dołka, wkładają bez, Smyk wsypuje resztę ziemi. Kiedy widzi jak tata udeptuje ziemię wokół, sam też tak robi. I najważniejsze - podlewanie! Z namaszczeniem Smyk dzierży wąż i podlewa bez, swoje skrpetki też. 
A ja zerkam zza firanki upajając się tym widokiem...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Na golasa i na bosaka

piątek, 16 maja 2008 19:59
Wczoraj przyszło do nas lato. Piękne, ciepłe, słoneczne.
Popołudniu było +29 stopni a do tego wiał lekki wietrzyk, więc wzięliśmy ze Smykiem we władanie taras za domem. 
Hultajstwo osiągnęło pełnię szczcęścia biegając sobie na golaska, nieskrępowyny żadnymi ubrankami, bucikami czy pieluchą.
Przyniosłam na taras stulitrowy pojemnik zwany u nas Balią i nalałam do niej trochę wody, więc Hultajstwo miało używanie. Chwilę moczył pupę, ale o wiele ciekawsze okazało się nalewanie wody do małej konewki  i polewanie wodą zabawek, siebie, nóg mamy, krzesełek, przesuwanie balii to tu to tam, aż w końcu woda została całkowicie wylana a balia zaczęła służyć jako domek, obracana i przewracana na wszystkie możliwe sposoby.
Jeszcze wcześniej w wodzie wylądowała szmata a potem Hultajswo biegał z tą mokrą szmatą na głowie oraz ćwiczył rzut mokrą szmatą na odległość - wyraźną przyjemność sprawiało Smykowi charakterystyczne mlaśnięcie towarzyszące lądowaniu szmaty na deskach tarasu.
Ja siedziałam sobie na krzesełku turystycznym i z nogami opartymi na drugim krześle robiłam na drutach. Moje nogi okazały się kolejną wspaniałą zabawką dla Hultajstwa. Zaczął się na nie wspinać, wieszać, siadać na nich jak na ławeczce, zaklinowywać się między nimi niczym zakuty w dyby, myć je (!) a nawet... całować mnie po stopach!
Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich Smykowych zabaw z wczorajszego popołudnia, ale było ono bardzo miłe dla nas obojga. To jedne z tych chwil, które chciałoby się zapamiętać na zawsze.
A wieczorem zasypialiśmy przy oknach otwartych na oścież. Żaby wprawdzei nie rechotały, ale zanim całkowicie odpłynęłam, usłyszałam jeszcze odległe niemiejskie szczekanie psa.
Dzisiaj dzień wstał jeszczce piękniejszy i ma być nieco cieplej...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dzień Matki

poniedziałek, 12 maja 2008 18:45
Wczoraj obchodziliśmy Dzień Matki. Tutaj jest to święto ruchome - zawsze wypada w niedzielę, chyba drugą niedzielę maja.
W piątek dostałam od Smyka laurkę, którą zrobił dla mnie wprzedszkolu, przy sporej pomocy pań przedszkolanek, które powycinały serduszka a na koniec ozdobiły laurkę brokatem:



A z tyłu, żeby nie było wątpliwości z jakiej to okazji i od kogo:



Wprawdzie Smyk nie bardzo kojarzył co mi wręcza, po co i dlaczego, ale wyjaśniłam mu to i kiedy tata wrócił z pracy Hultajstwo z dumą zaciągnął go do lodówki, na której zawisła laurka i poinformował go, że to piękne serce zrobił on sam dla mamy.

Ponieważ to pierwsza laurka otrzymana od mojego dziecka, pękałam z dumy i radości i miałam zamiar zachować ją na wieki, ale niestety najpierw chciałam się nacieszyć jej widokiem i tak wisiała na lodówce przypięta magnesikami aż jeden dzień. W sobotę Hultajstwo laurkę odpięło, przyniosło do pokoju, oświadczyło rodzicom kto ją wykonał i dla kogo, poczym przystąpiło do mozolnego odrywania serduszek. Brokat się wykruszył i został wdeptany w dywan. 
Dobrze, że zdążyłam zrobić zdjęcie. 
Nic to - za rok kolejny Dzień Matki!

W sztafecie chorowania pałeczkę ostatnio przejłą tata, został więc wczoraj w domu a ja ze Smykiem pojechaliśmy do mojego ulubionego parku - oczywiście do Hendricks Park (pisałam już o nim kilkakrotnie). Ponieważ był to Dzień Matki, w parku było sporo ludzi, samochód musieliśmy zostawić bardzo daleko, ale za to dodatkowo mieliśmy milutki spacer przez las.
W parku jest c u d o w n i e. W zasadzie to mało powiedziane. Apogeum kwitnienia, feeria barw, odurzający zapach. Do tego ładnie świeciło słonko, mimo, że było dość chłodno.



Na początku Smyk siedział grzecznie w spacerówce zajęty pochłanianiem żelkowych miśków. Ta łapówka dała mamie czas zrobienia kilku ładnych zdjęć, które sukcesywnie będą się pojawiać w zakładce Zdjęcia w miarę możliwości czasowych (zdjęć po wstępnej selekcji jest ponad 50).
Kiedy mały Łasuch zaspokoił swój apetyt, porzucił swój pojazd napędzany siłą maminych mięśni, wrzucił czwarty bieg i ruszył z kopyta po alejkach a mama mogła co najwyżej fotografować takie widoki:



Czyli głównie plecy Hultajstwa. Ale mały spryciarz jak tylko znikał mi z oczu za zakrętem alejki, przystawał na chwilę i sprawdzał czy jestem tuż za nim a jak mnie nie było to szybko wracał i poganiał mnie, żebym szybciej go goniła. No to trochę pogoniliśmy się po tym parku, przewietrzyliśmy sobie płuca, nawdychaliśmy się pięknych zapachów i nacieszyliśmy oczęta. W drodze powrotnej Smyk słodko zasnął wymęczony tym brykaniem.
I byłoby super, gdyby wieczorem nie pojawiła się gorączka...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Słoneczna sobota

wtorek, 15 kwietnia 2008 18:37
W sobotę aura sprawiła nam bardzo miłą niespodziankę - poranek powitał nas przepiękną słoneczną pogodą i do tego było cieplutko, a popołudniu temperatura dobiła do trzydziestki!
Smyk musiał wyczuć sprawę bo urządził mi pobudkę o 6 rano - nie wzbudziło to mojego entuzjazmu, jak łatwo się domyślić, zwłaszcza, że  nawet w tygodniu aż tak wcześnie nie muszę wstawać. Skoro już byłam na nogach o takiej nieludzkiej porze, to zabrałam się za sprzątanie i do 10 w domu był błysk a ja zabrałam Hultajstwo i pojechaliśmy do mojego ulubionego Handricks Parku. Ostatni raz byłam tam miesiąc temu, więc już była najwyższa pora sprawdzić co nowego zakwitło. Kwitnie sporo, zrobiłam dużo zdjęć, które można obejrzeć w zakładce Zdjęcia
Hultajstwo też bawił się wyśmienicie: wspinał się po kamieniach, buszował w koniczynie i wytarzał się po murku wokół małej sadzawki wrzucając do niej patyki i kamyczki.


Buszujący w koniczynie

Po drzemce Smyka zabraliśmy się w trójkę do prac ogrodowych. Hultajstwo pomagało jak mogło! A jakże! Oto dowód:


Smyk - ogrodnik

Na koniec dziecię było tak wysmarowane, że trzeba było brud zeskrobywać, ale porządne i długotrwałe odmaczanie w wannie dało dobre efekty. Niestety nie wiem czy uda mi się doprać koszulkę...
W sobotę było już chłodniej, tylko plus 20 stopni a w poniedziałek zupełnie zimno bo plus 10! A dzisiaj rano był przymrozek... 

A wczoraj rano Smyk powiedział nowe słowo: book (książka). Wprawdzie jeszczcze nie zawsze udaje mu się wypowiedzieć k na końcu, ale ćwiczymy wytrwale.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Urodziny, dzień radosny, pełen słońca, woni wiosny.

poniedziałek, 10 marca 2008 19:05
W sobotę skończyłam 35 lat. 
Tak, w dzień kobiet. 
Nie, nie wpadłam z powodu cyferki w żadną depresję.
Tak jak w tym urodzinowym wierszyku, w sobotę pachniało piękną wiosną. W niedzielę z resztą też, było prawie plus 20 stopni i piękne słonko (w przeciwieństwie do tego co widziałam w TV co się działo na wschodnim wybrzeżu).
W sobotę rano, jak już to sobie wcześniej zaplanowałam, wysłałam męża na zakupy a ja ze Smykiem pojechaliśmy do mojego ulubionego ogrodu rododendronowego. Nie byłam tam od miesiąca i bardzo byłam ciekawa co teraz kwitnie. Dotarliśmy tam zanim jeszcze wyschła rosa i nadciągnęli inni spacerowicze. Nie zawiodłam się - było pięknie. 
Nie mogłam zdecydować, które zdjęcie tu zamieścić, ale niech będzie to, a reszta - wiadomo gdzie.



Kilka dni przed urodzinami zaczęły przychodzić kartki z życzeniami:



Za wszystkie życzenia przysłane i tą tradycyjną pocztą, i elektroniczny - bardzo dziękuję. To miło wiedzieć, że mimo odległości i nikłej szansy ponownego spotkania, ktoś ciągle jeszcze o mnie pamięta.

Nie obyło się bez milutkich niespodzianek. Najpierw tuż przed urodzinami dostałam przesyłkę od Splocika, która wiedziała, że jestem Rybką, ale nie wiedząc KIEDY dokładnie mam urodziny, wysłała przesyłkę w ciemno - i proszę jak doskonale trafiła! 
Po otworzeniu koperty moim zdumionym oczom ukazała się Sabrina Robótki, kartka z życzeniami, oraz piękna, zrobiona na drutach serwetka oraz szydełkowe serduszko. Obie rzeczy zrobione przez Splocika oczywiście. Serduszko zdobi teraz kluczyk do szkatułki z biżuterią, a serwetka znalazła swoje miejsce na komódce w sypialni poza zasięgiem lepkich i często niezbyt czystych łapek Hultajstwa.



Drugą niespodziankę sprawiła mi Kasia przysyłając książkę (przyszła dokładnie w dniu urodzin):



Od męża dostałam koszulki z ekologicznymi aplikacjami:

    



A na koniec prezent, który zrobiłam sobie sama. Jako osoba bardzo mocno uzależniona od dziergania, kilka dni temu zamówiłam sobie włoczkę - z okazji urodzin. Bo dla nałogowca każda okazja jest dobra, żeby nabyć używkę, prawda? Oto ona:



Czy ktoś będzie zaskoczony wyznaniem, że już napoczęłam jeden motek?

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zima

poniedziałek, 28 stycznia 2008 18:05
Niedzielny poranek. Obudziło mnie krzątanie męża. Sprawdziłam, która godzina - 8.25. O rany! Spałam ponad 10 godzin! Kiedy mi się to zdarzyło po raz ostatni? Przed ciążą, czyli 3 lata temu...
Mąż zajrzał cichutko do sypialni, więc podniosłam głowę, żeby wiedział, że już nie śpię.
Zobacz jaki widok za oknem!!! Mąż nie był w stanie ukryć podniecenia, więc mogło to oznaczać tylko jedno:


Za domem - na naszym dębie jeszcze liście...

Kiedy szliśmy spać, padał deszcz. Ranek przywitał nas płatkami śniegu lecącymi z nieba. Padało i padało do popołudnia. Napadało ponad 10 cm śniegu a dodam, że jest to pierwszy śnieg u nas tej zimy. U nas to zjawisko dość sensacyjne, i w związku z tym w nielicznych szkołach zajęcia dzisiaj zaczynają się 2 godziny później a zdecydowana większość szkół jest dzisiaj zamknięta a zajęcia odwołane!
W całej okolicy bałwany wyrosły jak grzyby po deszczu, w zabawie uczestniczyli wszyscy, niezależnie od wieku. Była też sanna i babki ze śniegu. A kiedy już łapki zmarzły a śniegu ciągle jeszcze nie było dziecku dość, tatuś przyniósł białego puchu w garnku i Smyk bawił się w nim w domu.


Hasanie na śniegu przed domem

Dzisiaj już nie jesz aż tak bajkowo, mokry śnieg opadł z gałązek drzew i krzewów i pozostała mordęga dojazdu do pracy. Dla Oregończyków, nie przyzwyczajonych do takich warunków, to stan klęski żywiołowej. Wszyscy jechali z prędkkością 10 km na godzinę, ale na szczęście z zachowaniem odpowiednich odstępów między samochodami. 
Do końca tygodnia temat wszystkich rozmów zapewniony, śnieg też podobno ma się utrzymać przez kilka dni...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Bardzo miły koniec roku

środa, 02 stycznia 2008 18:38
O mały włos a nie udałoby się  nam pojechać na śnieg. Choróbsko zaatakowało tam, gdzie się tego najmniej spodziewaliśmy, czyli tatę (tata niemal nigdy nie choruje). Na szczęście nie było to nic poważnego, tylko tata stracił całkiem głos na kilka dni, ale to może i lepiej, bo wiadomo jak chory facet potrafi by upierdliwy, a tak to nie mógł mówć = narzekać.
Kiedy mama robiła kanapki, a tata ładował sprzęt do samochodu, Hultajstwo strzeliło sobie makijaż, bo przecież dobrze zrobione oko to podstawa udanego białego szaleństwa!



Ponieważ 2 metry za aparkingiem Bobas zaprotestował przeciwko przymusowemu unieruchomieniu w nosidełku, dostosowaliśmy się do potrzeb i wymagań naszego Szczęścia i tarzaliśmy się w śniegu tuż przy parkingu. Zresztą dało się zaobserwować prostą zależność: rodzice dzieci, które grzecznie siedzały w nosidełkach lub na sankach ruszali na szlak, rodzice żywych sreberek brykali ze swoimi pociechami przy parkingu, gdzie na dodatek była bardzo stroma góreczka kończąca się w tej części parkingu, gdzie już nie wolno wjeżdżać samochodami, ale jeszcze płasko i odśnieżone a od reszty stoku oddzielała wszystko 3-4 metrowa zaspa - nie do przedarcia się! Czyli bezpiecznie, blisko do WC i zapasów jedzonka w autkach.
Mama walczyła z wiatrakami, czyli usilowała utrzymać rękawiczki na rączkach Smyka od czasu do czasu eksplorując pobliskie zaspay (w celu przećwiczenia mięśni nóg i spalenia choćby odrobiny kalorii po świątecznych wypiekach). Bobas odkrył rzucanie śniegowymi kulkami, tzn. wołał Ku! a mama/tata mieli rzucać kulami. W bezpiecznych i miękkich warunkach Smyk uprawiał też śnieżne rodeo czyli ujeżdżał mniejsze zaspy:



A w sylwestra obchodziliśmy urodziny męża. Był pyszny tort i świeczki, szampan i dosyć trafiony prezent. Podarowałam mężowi serięfilmów na DVD Planeta Ziemia, więc reszta tego dnia i następnego  minęła nam pod znakiem przepięknych filmów przyrodniczych z miejsc,  których zapewne nigdy w życiu nie zobaczymy osobiście, a gdzie moglilśmy być dzięki tym fimom.



W pierwszy dzień nowego roku, pomimo zimna, zabraliśmy Smyka do parku, żeby znaleźć ujscie dla jego energii życiowej i było bardzo miło.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 18 października 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 484981
Bloog istnieje od: 4005 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl