Bloog Wirtualna Polska
Są 1 260 654 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Motylek teraz czyta: Carlos Ruiz Zafon "Marina"

Zdjęcia w galeriach.


Wygibasy

piątek, 01 października 2010 21:38

To, że Smyk w drodze powrotnej z Wesołego Miasteczka zasnął w samochodzie i dospał do rana - to nic zaskakującego.
To, że ja tego dnia zasnęłam o ósmej wieczorem i dospałam do pobudki urządzonej mi następnego dnia o szóstej przez Smyka - to niepokojące.

Ale od jakiegoś czasu męczyła mnie świadomość, że z moją kondycją fizyczną jest krucho.
Postanowiłam coś z tym zrobić i w tym celu wypożyczyłam sobie z biblioteki kilka płyt z ćwiczeniami.

Na pierwszy ogień poszedł 15-minutowy podstawowy trening Pilatesa. 
Jak tylko Hultajstwo zobaczył mnie ćwiczącą  na dywanie przed telewizorem, natychmiast porzucił zabawę i przyłączył się do mnie.
Położył się na podłodze i zaczął machać podniesionymi do góry nogami i rękami, tyle że robił to bez ładu i składu. Wyglądał przezabawnie!

Przećwiczyliśmy razem do końca "treningu" - Smyk zapewnił mi dodatkowe ćwiczenia przepony, bo turlałam się ze śmiechu widząc "ćwiczenia" w jego wykonaniu.

Potem Smyk pokazał mi jakie ćwiczenia wykonują w przedszkolu - okazało się, że najbardziej podoba mu się "koci grzbiet".

Fajnie się ćwiczy w towarzystwie mojego Słoneczka, ale skuteczniej bez.
Od tamtego dnia staram się ćwiczyć po położeniu Smyka spać.

Wczoraj porwałam się na trening z Cindy Crowford.
Oj oj oj oj... Ale jestem dzisiaj obolała! 
Ale nic dziwnego - w końcu wygibasy trwały bitą godzinę!
A jaka głodna jestem!




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

I po diecie...

piątek, 18 czerwca 2010 19:56

Wraz z powrotem rodziny z wakacji skończyła się moja dieta.
Nie jestem w stanie gotować dla chłopaków, wąchać i nawet nie spróbować. 
To już nie odmawianie sobie, a najzwyklejsza tortura.

Poza tym mąż pamiętał, że lubię Michałki i przywiózł mi paczuszkę, choć go o to nie prosiłam. Przywiózł też dwie butelki żurku, więc dzisiaj będzie na obiad prawdziwy żurek śląski a nie coś plastikowego w smaku z torebki.

Wracając jednak do diety: udało mi się zgubić 3 kg, a będąc poza domem staram się nadal przestrzegać diety. Oznacza to, że w pracy wcinam warzywne przekąski, odmawiam skosztowania pączków i nawet nie spoglądam w stronę innych, kalorycznych pyszności. W domu też staram się nie obżerać.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Na diecie

środa, 02 czerwca 2010 20:37

Rodzina na wywczasach w Polsce, więc korzystam z okazji i uskuteczniam dietę, tę samą co rok temu (pisałam o tym tutaj).
W tym roku jest mi łatwiej, ponieważ nie muszę dla nikogo gotować, więc mniej pokus chyha w lodówce.
Dodatkowo codziennie jeżdżę pół godzinki na rowerku stacjonarnym.

Niestety od ubiegłorocznej diety znowu mnie przybyło, ale mimo to wagę wyjściową mam o 3 kg niższą niż rok temu. 
Po tygodniu efekty nie są wprawdzie oszałamiające patrząc na wskaźnik wagi, pomiary metrem krawieckim napawają jednak optymizmem (2 cm w biodrach mniej!).

Tylko znowu mnie nurtuje myśl co zrobić, żeby po diecie kilogramy nie wróciły.  
Co zrobić, żeby po trzech miesiącach znowu nie zacząć sobie folgować...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Dieta owocowo-warzywna

piątek, 17 lipca 2009 19:53

 

Od 26 maja do 7 lipca byłam na diecie warzywno-owocowej, o której dowiedziałam się dzięki uprzejmości Maknety. Szczegóły na temat tej diety można znaleźć w  publikacji Ewy Dąbrowskiej „Przywracać zdrowie żywieniem". Poniżej fragment tejże publikacji:

 

 

Przez pierwsze trzy tygodnie przestrzegałam diety bardzo ściśle, potem coraz trudniej było mi stosować się do jej rygorów tak, że pod koniec niewiele to miało wspólnego z jej zaleceniami. Mimo to w ciągu tych sześciu tygodni schudłam 8 kg (18 funtów).

 

Przez cały okres na diecie czułam się dobrze - normalnie. Jedynie przez pierwsze trzy dni niesamowicie bolała mnie głowa, potem ból ustąpił i już nie powrócił.

Nie byłam osłabiona, nie wypadały mi włosy, nie łamały się paznokcie - przed tym wszystkim ostrzegali mnie różni „życzliwi", kiedy dowiedzieli się na co się porywam.

Chodziły za mną chętki na różne smakołyki typu parówki - tak, zdecydowanie takich najzwyklejszych parówek chciało mi się najbardziej...

Do słodyczy nie bardzo mnie ciągło (o dziwo!), ani do pieczywa czy ziemniaków.

 

Dietę zakończyłam 10 dni temu, ale aby uniknąć „efektu jojo", wprowadziłam do codziennego odżywiania kilka jej elementów. Dość dobrze mi służy banan na śniadanie i warzywno-owocowe snaki w pracy. Unikam nadal pieczywa i ziemniaków.

Po dziesięciu dniach waga wskazuje nadal 140 funtów (63 kg), czyli tyle ile 7 lipca. 

To powód do radości, ale do satysfakcji jeszcze daleka droga - przynajmniej 5 kg (a jeszcze lepiej 8.)

 

Nie bardzo wiem co jeszcze mogłabym na ten temat napisać.

Jeżeli kogoś dieta ta zainteresowała to mogę broszurę przesłać mailem. Proszę prośby kierować na adres: motylek73@gazeta.pl



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Załamanie

czwartek, 04 czerwca 2009 17:42

 

Zaraz po świętach Wielkiej Nocy dopadł mnie kryzys w kwestii odchudzania.

Zaczęło się od ogromnego rozżalenia z powodu takiej a nie innej przemiany materii, jaką obdarzyła mnie natura, w wyniku której jem o połowę mniej od moich szczupłych koleżanek, a jestem dwa razy grubsza.

I tak się zaczęłam nad sobą użalać, że w końcu całe to odchudzanie się, katowanie wstawaniem o szóstej rano i ćwiczenie straciło w moich oczach jakikolwiek sens.

I tylko pozostały wyrzuty sumienia z powodu zaniechania ruchu w celach zdrowotnych.

 

Za to efekt jojo zaprezentował się pokazowo!

 

Potem zaczęłam znowu ćwiczyć, ale już bez uprzedniego zapału, ledwie na „pół gwizdka."

 

A kiedy zobaczyłam się na zdjęciach z długiego weekendu to niemal się rozpłakałam.

 

Od ubiegłego wtorku stosuję dietę warzywno-owocową i nareszcie są jakieś efekty w kwestii odchudzania.

 

Dietę tę należy stosować przez 6 tygodni, więc jeszcze prawie 5 tygodni przede mną - mam nadzieję, że tym razem wytrzymam - to moje trzecie podejście do tej diety.

 

Tym razem zdjęcia wagi nie mam, ale w sumie od początku roku zgubiłam 15 funtów (prawie 7 kg.) Czyli jeszcze tylko 25 (11 kg) do stracenia!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Dieta ŻM?

wtorek, 07 kwietnia 2009 18:10

W marcu szgubiłam kolejne 3 funty co daje 9 od początku roku (4 kg).
Wynik może nie jest imponujący, ale tendencja spadkowa utrzymuje się, co mnie bardzo cieszy.

Mieszczę się w kolejne spodnie, cieńsze - i dobrze, bo coraz więcej ciepłych dni, kiedy mogę je założyć.


Na zdj.: Wskazanie wagi z dnia 4.04.2009 r. (152 funty = 68.4 kg)


Z ciekawostek zdrowotnych:

 

  • Umiarkowany wysiłek fizyczny pomaga uniknąć wielu chorób oraz przedłuża życie. "Umiarkowany", zdaniem lekarzy to 5 razy w tygodniu po pół godziny.

 

  • Na jednym z amerykańskich uniwersytetów przeprowadzono badania , w których wzięto pod lupę  różne diety. Okazało się, że niezależnie od diety najwięcej schudli Ci, którzy spożywali najmniej kalorii. Czyżby sprawdzała się najstarsza dieta świata ŻM (Żryj Mniej)?

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Nadal trwam w postanowieniu noworocznym

wtorek, 03 marca 2009 18:12

 

Mija drugi miesiąc moich porannych wygibasów. Niestety tylko wstając o szóstej rano mogę cokolwiek poćwiczyć. 

Ale znalazłam dobry spsób na bezsenność: teraz jeśli obudzę się o jakiejś dziwnej porze typu 4 lub 5 rano, to zamiast przewracać się z boku na bok wstaję i idę ćwiczyć.

 

Rankiem udaje mi się poćwiczyć pół godziny. Co drugi dzień są to ogólne ćwiczenia na poszczególne partie ciała, co drugi dzień jest to jazda na rowerku. Bo na początku lutego kupiliśmy rowerek stacjonarny. Najpierw trudno się było do niego dopchać - cała nasza trójka chciała go sobie poużywać, choć niekoniecznie wszyscy do pedałowania. Teraz zostałam sama na polu  bitwy, jedynie Hultajstwo sporadycznie uprawia na nim wspinaczkę.

 

Lubię to poranne pedałowanie, zwłaszcza odkąd odkryłam, że można czytać książkę w trakcie. Tylko co jakiś czas zerkam na konsolę pilnując tempa. Rowerek ma konsolę podającą tempo w jakim się pedałuje, czas i przybliżoną ilość spalonych kalorii. Dla mnie to jest niesamowicie motywujące. Jak zobaczyłam ile się muszę napedałować, żeby spalić puszkę koli, to z dnia na dzień pożegnałam się z nałogiem jej picia, chociaż wcześniej nie udawało mi się to przez kilka tygodni. Nawet mnie już nie pociągają pączki czy pudding, który uwielbiam.

 

Nie ukrywam, że w minionym miesiącu „zgrzeszyłam" słodkościami, ale były to występki kontrolowane i usprawiedliwione: dogodziłam sobie domowym polskim  piernikiem i sernikiem oraz tortem z cukierni wprawdzie, ale za to najlepszej w mieście. To na imprezach urodzinowych, a ser na sernik koleżanka zrobiła sama, wię chyba musiałabym być upośledzona na umyśle, żeby nie skosztować takich specjałów.

Udało mi się natomiast uniknąć obżarstwa słodkościami przez kilka dni z rzędu bez powodu.

 

Waga troszkę spadła:

 

 

3 funty to wprawdzie niewiele, ale za to moje odchudzanie zaczyna być bardziej wymierne w talii i biodrach. Od początku roku zgubiłam w talii 4 cm a w biodrach 3 cm. Zaczęłam się też mieścić w drugie spodnie i teraz mogę chodzić w dwóch parach na zmianę. Reszta nadal czeka w szafie aż jeszcze trochę schudnę.

Są też i inne korzyści codziennych ćwiczeń. Skóra zrobiła się gładsza a ja nie marznę już tak szybko jak jeszcze miesiąc temu - chyba poprawiło mi się krążenie. Zniknęło też zmęczenie, które trapiło mnie wcześniej. A poza tym JESTEM sprawniejsza. Bawiąc się z Hultajstwem na podłodze szybciutko zbieram się do pionu - nie robię już tego na raty i nie trwa to pół godziny.

Poza tym czuję się szczuplejsza, lżejsza i ogólnie jakby w lepszym nastroju. A może to wpływ wiosny?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Falstart

poniedziałek, 02 lutego 2009 20:47

Mija miesiąc odkąd zadeklarowałam Wielkie Odchudzanie. I co? Porażka. Z bólem to muszę przyznać.

Pierwsze dwa tygodnie szło świetnie. Nie objadałam się zbytnio, regularnie ćwiczyłam i zgubiłam 3 funty. A potem przyleciała z Polski mama koleżanki i dostałam pokaźny woreczek słodyczy, które spałaszowałam natychmiast. Równocześnie zaczęłam znowu objadać się pączkami, batonikami etc. W efekcie wróciłam do wagi wyjściowej i zaczęłam wszystko od początku.

Na szczęście cały czas ćwiczę o poranku, więc jak się już opamiętałam z tym opychaniem się, to znowu udało mi się te 3 funty zgubić. Ale jak tak ma wyglądać to moje odchudzanie to ja dziękuję.

 

 

Generalnie jeśli chodzi więc o odchudzanie to jestem lekko przygnębiona. Dobrze, że chociaż mąż mnie wspiera duchowo, chowa przede mną moje ulubione czekoladki (akurat pracował na wyjeździej ak dostałam te łakocie z Polski), doradza w sprawie efektywnego ćwiczenia. Ale najbardziej ujłą mnie wczoraj.

Oglądaliśmy zdjęcia sprzed kilku lat (i kilkunastu kilogramów). Pokazuję siebie na jednym z nich:

- Zobacz jaka byłam wtedy szczupła!

- Przecież teraz też jesteś szczupła!

Ależ się rozczuliłam!

A na koniec dwie ciekawostki związane tematycznie z tym wpisem zasłyszane w minionym miesiącu w TV.

  1. Wszyscy zapewne słyszeli, że jak się jest chorym/przeziębionym to nie powinno się ćwiczyć. Otóż ostatnie badania sugerują, że niekoniecznie to prawda. Odkryto, że w trakcie wysiłku fizycznego w organiźmie zostają uwolnione naturalne związki odpowiadające substancją zawartym w środkach przeciwgrypowycz czy przeciw przeziębieniu. W efekcie doznaje się tymczasowej ulgi od objawów przeziębienia. To tak jakby się łyknęło pigułkę pełną chemii, tylko że mamy to w wydaniu naturalnym wyprodukowane przez nasz organizm.
  2. Nadwaga wiąże się z mniejszymi możliwościami inetlektualnymi. Ludzie, którzy ograniczyli przyjmowane kaloriie po miesiącu odznaczali się o 30%  lepszą pamięcią niż Ci, którzy nadal spożywali tyle samo kalorii.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

No to zaczynam!

wtorek, 06 stycznia 2009 17:38

Zgodnie z postanowieniem noworocznym, zabieram się za odchudzanie. 
A właściwie to już zabrałam się.

W Sylwestrowe popołudnie najpierw pojechałam do cukierni odebrać tort urodzinowy męża:



Torcik był niewielki, 15 cm średnicy, a i tak zajęło nam aż 4 dni rozprawienie się z nim. Bo ja starałam się bardzo zjeść jak najmniej. A Hultajstwo wyjadało jedynie te esy floresy co zdobiły brzeg tortu (stwierdził, że to ślimaki - bardzo smaczne ślimaki!).

Prosto z cukierni pojechałam do sklepu i kupiłam sobie wagę, a po powrocie do domu zważyłam się:



Waga jest amerykańska i wskazuje w funtach, nie kilogramach. 1 kilogram = 2.2 funta, więc 161 funtów = 73 kg.
Przeżyłam lekki szok, bo moja stara waga mówiła mi wyraźnie, że ważę o 4 kg mniej... Teoretycznie powinnam ją bardziej lubić, ale... Podejrzewałam, że nie waży dokładnie, bo przy okazji różnych wizyt u lekarzy ważono mnie i widziałam różnicę.

Cel: 55 kg, czyli 121 funtów = 18 kg (41 funtów) do zgubienia. 
Sporo. 
Aż się za głowę złapałam jak przeczytałam to co napisałam. ALE przed wyjazdem z Polski nigdy nie ważyłam więcej niż 57-58 kg, więc po prostu chcę wrócić do swojej dawnej wagi.

Jak to osiągnąć?

  • Korekta diety: mniej słodyczy, zero fast foodów, nie ma jedzenia po 7 wieczorem (no, może tylko jabłuszko) - żadnego głodzenia się bo to nie dla mnie.
  • Wysiłek fizyczny. Od niedzieli, 4 stycznia, wstaję codziennie rano wcześniej i ćwiczę pół godziny.Dzisiaj ledwie się ruszam takie mam zakwasy, ale za to jak się wspaniale czuję psychicznie, wiedząc, że kolejny raz udało mi się pokonać swoją słabość, lenistwo!

W niedzielę pojechaliśmy całą trójką do sklepu sportowego i kupiliśmy hantle, żeby też ćwiczyć mięśnie rąk.




Po wczorajszych ćwiczeniach miałam dzisiaj mały problem z uczesaniem się - nie mogłam podnieść rąk do góry, ale to minie za kilka dni.

Mam nadzieję, że ta publiczna spowiedź pomoże mi za kilka tygodni, kiedy początkowy zapał opadnie.

Aha! pomierzyłam się też w talii i biodrach, ale na szczęście karteczka została w domu, więc nie będę się kompromitować na całego.

Trzymajcie za mnie MOCNO kciuki - długa droga przede mną i potrzebne mi wsparcie.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 26 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  480 277  

Motylek

Motylek:
motylek73@gazeta.pl

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 480277
Bloog istnieje od: 3921 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl